To nie „socjal” tworzy biedę

·

To nie „socjal” tworzy biedę

·

Choć statystyki pokazują zwykle fragment rzeczywistości, to ostatni raport GUS na temat ubóstwa w 2010 r. ukazał fragment bardzo istotny. Taki, którego nie widać na co dzień w mediach i o którym, jeśli tylko nas nie dotyczy, chętnie byśmy zapomnieli.

Przychodzi komentator do biednego

Za przytoczonymi liczbami kryją się głębokie dramaty, niewyrażalne statystycznie. Jednak również same liczby są wymowne. Do tego stopnia, że zwróciły na nie uwagę nawet liberalne media. Nie chodzi jednak tylko o to, aby przestano wypierać ze świadomości fakt głębokiej nędzy wokół nas. Ważne jest również, żebyśmy właściwie osadzili problem w kontekście polityki ekonomicznej i społecznej. A to mainstreamowe media robią często niewłaściwie. Dobrym przykładem jest komentarz Bartosza Marczuka pt. „To socjal jest przyczyną nędzy”, który po opublikowaniu raportu GUS zamieszczono w „Dzienniku Gazeta Prawna”.

Po lekturze tekstu Marczuka można odnieść wrażenie, że autor głęboko wczytał się w częste ostatnio komentarze na temat modelu norweskiego. Do tego stopnia, iż chyba wyobraził sobie, że my też jesteśmy „drugą Norwegią”, która rzeczywiście gwarantuje obywatelom hojny „socjal”, pozwalający im na względnie godne życie, nawet gdy znajdą się poza rynkiem pracy. Tyle, że nijak się to ma do Polski zarówno ze względu na nasz ogólny stan bogactwa (czyli to, co możemy dzielić), jak i realizowany od lat model redystrybucji (czyli to, jak dzielimy). Ten podział gwarantuje ubogim niewiele – co pokazał raport GUS.

Marczuk stawia tezę, że zbyt hojny i powszechny „socjal” odpowiada za to, iż część Polaków nie próbuje podjąć pracy i tym samym tkwi w stanie ubóstwa, przekazując je kolejnym pokoleniom. Choć dla każdego, kto wie, jaka jest wysokość świadczeń oraz jak restrykcyjne są kryteria ich przydziału, taka teza jest i śmieszna i irytująca, warto jednak się z nią zmierzyć. Jest to bowiem – zdaje się – pogląd dominujący w debacie publicznej o problemie ubóstwa i wykluczenia.

Ubodzy na zasiłku, ubodzy w pracy

Zacznijmy od – płynących z raportu – faktów. Choć ubóstwo istotnie jest szczególnie wysokie w rodzinach, które żyją głównie ze świadczeń, to jednak występuje nie tylko w nich. Znajdziemy je także wśród rodzin osób pracujących, zwłaszcza tam, gdzie główny dochód pochodzi z pracy najemnej na stanowisku robotniczym. Stopa ubóstwa ustawowego wyniosła tu aż 11%, zaś skrajnego ok. 8%. Warto dodać, że dane porównawcze Eurostatu wskazują, iż w Polsce pracujący biedni stanowią relatywnie dużą część ogółu pracujących. Oczywiście są to liczby znacznie mniejsze niż w przypadku rodzin, które żyją głównie z demonizowanego „socjalu’’, a więc ze świadczeń społecznych innych niż emerytury i renty (w tej kategorii stopa ubóstwa ustawowego wyniosła 36%, a skrajnego 30%). Pokazują jednak wystarczająco, że samo przejście z „socjalu” do aktywności zawodowej nie gwarantuje przezwyciężenia ubóstwa. Zresztą nie trzeba wczytywać się w raporty GUS, żeby to wiedzieć. Wystarczy sobie wyobrazić np. trzyosobową rodzinę robotnika pracującego za minimalną pensję. Dochód na głowę w takim gospodarstwie jest bardzo niski. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w rodzinach wielodzietnych.

Pamiętajmy przy tym, że jeśli osoby, które obecnie żyją ze świadczeń pomocy społecznej, znajdą zatrudnienie, to z reguły mogą liczyć na kiepskie stanowiska, a więc na pracę niskopłatną, co wciąż nie pozwoli im wyjść z ubóstwa. Powiększą oni po prostu odsetek pracujących biednych (working poor).

Brak chętnych czy brak miejsc?

Liberalny oponent powie, że to i tak lepsze. Po pierwsze dlatego, że jednostka dzięki temu staje się produktywna, więc dokłada się do łącznej puli bogactwa, którą można następnie dzielić. Po drugie, bo oducza się ona bezradności i z czasem może znaleźć pracę gdzie indziej. To rozumowanie jednostkowo się sprawdza, ale traktowane jako panaceum zawodzi, gdyż omija kluczowy problem – brak pracy.

Marczuk zgodnie z dość powszechnym mniemaniem milcząco zakłada, że pracodawcy czekają z otwartymi ramionami na potencjalnych pracowników, lecz ci zamiast brać się do roboty, pławią się w lenistwie lub cwaniacko doją nieracjonalne w swej hojności państwo socjalne. Pogląd taki można wyczytać nie tylko z tego komentarza. Nie zauważa się natomiast, że jest wiele osób, które chcą pracować legalnie, ale nie mogą pracy znaleźć. Pokazują to wysokie wskaźniki bezrobocia. Oczywiście znam argument, że część z nich pracuje na czarno. Bywa to prawdą, ale też należy pamiętać, że owa praca na czarno ma często dorywczy charakter, również jest słabo płatna, nie daje zabezpieczenia i w każdej chwili może ulec przerwaniu – nie jest więc sposobem na przezwyciężenie ubóstwa i marginalizacji.

Niezależnie od tego, jest sporo osób, które zgłaszają się do urzędów pracy chcąc pracować, ale brakuje odpowiednich ofert. Obecnie jest ich jeszcze mniej niż wcześniej. Ten sam „Dziennik Gazeta Prawna”, który zamieścił komentarz Marczuka, informował ostatnio, że w bieżącym roku w urzędach pracy jest najmniej ofert od ośmiu lat! Wynika to nie tylko z recesji, ale także z drastycznego obcięcia przez rząd wydatków na Fundusz Pracy. W efekcie zabrakło środków na subsydiowane miejsca pracy, a także na szkolenia dla bezrobotnych.

Czy za to też obarczymy winą socjal lub tych, którzy z niego korzystają? Nie, to skutek określonych decyzji politycznych, choć te oczywiście nie były zawieszone w próżni, ale wynikły z uwarunkowań ekonomicznych.

Na kłopoty migracja?

Jeśli nie ma pracy na lokalnym rynku, red. Marczuk widzi proste wyjście: osoba bezrobotna może wyjechać do większego miasta lub za granicę. Niemcy szukają budowlańców. Jego zdaniem, wykluczeni wolą jednak czerpać z korzystnego dla nich „socjalu” niż ruszyć się z miejsca.

Moim zdaniem problem jest inny. Liberalni komentatorzy dość bezrefleksyjnie podchodzą do kwestii mobilności, także tej wewnątrzkrajowej. Nie uwzględniają dodatkowych ekonomicznych kosztów transportu i zamieszkania w większym mieście, a także społecznych i rodzinnych konsekwencji takich decyzji. Migracje zresztą prowadzić mogą do tego, że będzie więcej pracujących w centrach (także lokalnych) rozwoju, a na obrzeżach zostaną osoby starsze, dzieci i młodzież, zostawieni bez opieki, zwłaszcza, że na peryferiach infrastruktura opiekuńcza i kulturalna jest znacznie skromniejsza.

Jeszcze większe koszty dotyczą migracji zagranicznej. „Euro-sieroctwo” staje się problemem, którego skutki już niedługo dadzą się nam we znaki. Ponadto wiadomo, że – zwłaszcza w dobie globalnej dekoniunktury – za granicą nie na wszystkich czeka praca. Dla pracowników bez kwalifikacji i kompetencji miękkich (np. znajomości języka) niemiecki rynek wcale nie jest aż tak chłonny.

Łatwość, z jaką dziennikarze mainstreamowi podsuwają innym ścieżki migracyjne, zdradza też inną słabość myślenia liberalnego. Człowiek w tej wizji to „homo economicus”, który dokonuje kalkulacji zysków i strat tylko w ramach ekonomicznej racjonalności. Bagatelizuje się tu – na co słusznie zwracali uwagę komunitarianie – takie czynniki, jak zakorzenienie w danej społeczności i systemie norm oraz więzi.

Redaktor Marczuk w pewnym momencie pisze o rodzinnych, psychologicznych i społecznych skutkach… polskiego „socjalu”. Robi to tak: dzieci uczą się roszczeniowej postawy, nabierają przekonania, że można nie pracować, a jakoś się żyje. Szkoda, że owo „jakoś” nie zostało napisane w cudzysłowie. Wiadomo wszak, że tam, gdzie jest ubóstwo, zwłaszcza skrajne, często – przynajmniej w wymiarze materialnym – nie żyje się „jakoś”, lecz wegetuje w bylejakości, w niedożywieniu, wilgoci, w stresie i poczuciu niemocy. Często właśnie te towarzyszące ubóstwu okoliczności wyzwalają w ludziach frustrację, apatię, brak wiary w siebie i sprawiają, że członkowie takich rodzin nie są zdolni do podjęcia skutecznych działań, aby zmienić swą sytuację. Niekoniecznie stoi za tym owa roszczeniowa postawa.

Państwo skąpych świadczeń i nędznych płac

Problemem jest więc nie sam „socjal”, ale raczej bariery uniemożliwiające wyjście z niego. Trudno jednak uznać, by sam system wsparcia socjalnego działał właściwie. Zbyt duża wysokość świadczeń i łatwość ich otrzymywania to chyba ostatnie zarzuty, jakie można postawić polskiej polityce społecznej. Właściwie w tekście red. Marczuka „socjal” jest kategorią mało konkretną. Czy kryje się za nią częściowo uznaniowy, niski i selektywny zasiłek z pomocy społecznej? Czy świadczenie rodzinne – niewielkie i przysługujące rodzinom spod progu dochodowego, od dawna nie podnoszonego mimo wzrostu kosztów życia? Czy też zasiłek dla bezrobotnych – zaledwie kilkusetzłotowy, obudowany licznymi kryteriami dostępu i przysługujący przez krótki czas?

Państwo socjalne nie jest w Polsce zbyt hojne, jeśli miarą miałaby być dostępność i wysokość świadczeń pieniężnych. Zwłaszcza, jeśli uwzględnimy zakres podstawowych potrzeb (żywność, ubranie, opłaty za mieszkanie), które można zaspokoić dzięki tym świadczeniom. To, że ludzie pracują często za niewiele więcej niż mogliby dostać żyjąc na skromnym garnuszku państwa, mówi oczywiście o patologii – tyle że nie w sferze pomocy społecznej, lecz w gospodarce i stosunkach pracy.

Miarą dramatu Polski jest nie tylko to, iż praca jest często mniej opłacalna niż pozostanie na „socjalu”, ale i to, że praca ta nieraz jawi się jako tak nieatrakcyjna lub niedostępna, że przegrywa nawet z „socjalem”, który jest w Polsce, mówiąc kolokwialnie, dziadowski.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie