Strefa ciszy

·

Strefa ciszy

·

Z reguły są to sprawy określane mianem politycznych, choć często niewiele mają wspólnego z tym szlachetnym słowem. Kwestie społeczne nieodmiennie pozostają na dalszym planie, tak jakby były dodatkiem do życia toczonego na widoku telewizyjnych kamer, jakby znajdowały się na peryferiach świadomości garstki dysponentów masowej wyobraźni. Wizja Polski zawęża się do historii opowiadanych przez kilka konkurujących ze sobą frakcji, decydujących o III Rzeczpospolitej.

Jedni powtarzają lustracyjne zaklęcia, uznając je za przepustkę do krainy sprawiedliwości dziejowej, drudzy załatwiają środowiskowe interesy wycierając sobie gęby demokracją. Na targowisku politycznej próżności dobrze sprzedają się ambicje partyjnych aktywistów, którzy w kraju powszechnego braku równych szans traktują „służbę publiczną” jako trampolinę do dostatniego życia. Judzący dziennikarzy i przez nich podjudzani, dumni z siebie tańczą swój chocholi taniec, przekonując nas, że te śmieszne podrygi wykonują „na większą chwałę ludu”. Tymczasem umykają nam sprawy nie mniej ważne, bezwzględnie odciskające swój wpływ na tym, co stanowi tkankę życia wspólnotowego, co decyduje o relacjach i interakcjach społecznych, co – ostatecznie – nie mniej niż decyzje polityczne zadecyduje o jakości polskiego życia w XXI wieku.

Rośnie liczba dzieci regularnie nadużywających alkoholu. Coraz więcej też pijących matek. Dla nastolatków alkohol przestał być zakazanym owocem, po który sięgano łapczywie, ale bardzo rzadko, a stał się nieodłącznym towarzyszem wszelkich sytuacji towarzyskich. Jest też lekiem na stres, frustrację, samotność, poczucie niedowartościowania, brak miłości, czasu, zainteresowania w rodzinie. Dzieci naśladują dorosłych, ale nie są dorosłe, stąd grozi im, że nigdy nie staną się pełnoprawnymi, odpowiedzialnymi uczestnikami życia społecznego. Czy za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będziemy społeczeństwem pijaków? Przecież już dziś nie wylewamy za kołnierz. Alkoholizm nieletnich to nie medialna ciekawostka, ale sygnał zagrożeń, jakie drzemią w głębi polskiego społeczeństwa, objaw patologii, których diagnozie poświęca się stanowczo zbyt mało miejsca w przestrzeni publicznej. Pijane dziecko to policzek i hańba nie tylko dla jego rodziców. To oskarżenie wobec nas wszystkich, wobec Polski, jaką jest tu i teraz. A to, że problem narasta, każe zastanowić się, co właściwie najważniejsze w życiu społecznym i jak brzmi definicja brzmiącego dziś dość archaicznie terminu „dobro narodowe”. Że nie jest to PKB – chyba nikogo nie trzeba w tym kontekście przekonywać. Kłopot w tym, że ta niewymierzalna wartość dobra i zła jest czymś wstydliwym w świecie omnipotentnych wskaźników i kwantyfikatorów. Ale cóż, wzrasta dobrobyt – ubywa dobra: chciałbym wierzyć, że to przypadłość czasów przejściowych, a nie „żelazna konieczność”.

A zatem – przybywa pijących dzieci, nieletni coraz częściej są bywalcami izb wytrzeźwień, powstają już dla nich osobne sekcje na Oddziałach Intensywnej Terapii Medycznej – bo agresywne, strute alkoholem dzieciaki trzeba izolować od ludzi na krawędzi życia. Coraz częściej też słychać o pijanych matkach pozostawiających w domach swoje latorośle, o zalanych w sztok rodzicielkach, które zapomniały zabrać swoje pociechy z miejsca libacji, o nietrzeźwych kobietach, którym niemowlaki wypadają z wózka. Powie ktoś – takie rzeczy zawsze się zdarzały i będą się zdarzać, ot, niemiła przypadłość ludzkiej natury. Owszem, ale gdy zaznacza się wyraźna tendencja wzrostowa, trudno to uznać za przypadek. Choć alkoholizm jest aberracją, urągającą ludzkiemu rozumowi i godności, to jednak życie społeczne jest racjonalne: działa tu zasada przyczyn i skutków. Trudno też uznać, że alkoholu nadużywają regularnie i coraz to częściej ludzie szczęśliwi, czy – ściśle mówiąc – szczęśliwie dzieci.

Przyczyny trzeba zatem szukać w domu – padnie odpowiedź. Dobrze, ale ten dom nie jest zawieszony w próżni; dom pijanego dziecka stoi przy konkretnej ulicy, w dzielnicy jednorodzinnych domków lub na strzeżonym osiedlu czy na blokowisku. Ten dom znajduje się gdzieś na zabitej dechami wiosce, w prowincjonalnym, zapyziałym miasteczku, gdzie, jak pisał poeta, „sąsiedzi dobrzy tyją i głupieją”, lub w wielkim mieście. Ten dom stoi na naszej ziemi, a jego mieszkańcy tutaj płacą podatki, tutaj chodzą/chadzają do kościoła i tutaj walczą o byt. Choć coraz częściej – i to też jest problem – kogoś w tym domu brakuje: bo wyjechał zagranicę, bo nie podołał obowiązkom rodzicielskim i małżeńskim, bo nie radził sobie z samym sobą.

Czy zatem jesteśmy coraz mniej szczęśliwym społeczeństwem, skoro przybywa nam nieszczęśliwych dzieci? Ale jak to możliwe, skoro żyje się nam coraz dostatniej, skoro kraj się rozwija, ba, skoro mamy niepodległość, niezgorszą sytuację geopolityczną i wzrost gospodarczy? Więc jak to możliwe – proszę wybaczyć quasi-dostojewszczyznę – że coraz częściej dzieci płaczą pijackimi łzami? A może to fałszywa perspektywa, może jedno z drugim nie ma nic wspólnego? Trudno w to uwierzyć. Między kulturą, ekonomią, społeczeństwem a państwem istnieją nierozerwalne więzi obyczajów, narodowych instynktów, niepisanych praw i zależności, do których analizy trzeba tęższych głów niż moja. To nie metafizyka, ale – mówiąc brzydko, bo banalnie – „prawo naczyń połączonych”. Nie opuszcza mnie jednak intuicja, że nasz świat stoi na głowie, że jest światem na opak – zbyt wiele miejsca poświęcamy rzeczom nieważnym, a umykają nam groźne zjawiska, które domagają się, by codziennie, godzina za godziną bić na alarm.

Tak, serwisy informacyjne nie mniej rzadko niż tak zwanej polityki powinny dotyczyć spraw społecznych; niestety, narzucono nam perspektywę, śmiem twierdzić fałszywą, co do tego, jakie kwestie dotyczą spraw makro, a jakie spraw mikro. Liczne błazeństwa różnej maści decydentów musimy traktować serio, a własne życie, codzienność, powszedniość egzystencji naszych najbliższych, krewnych, znajomych – jako incydent. Pokażą nas najwyżej, gdy przydarzy się coś, co któraś z Wyższych Instancji raczy uznać za wystarczająco bulwersujące lub tragikomiczne, by zawiadamiać o tym publikę. Gdy staniemy się elementem statystyki i zadziała prawo wielkich liczb.

Oto banalność zła na nowo odczytana – rzadko kogo interesuje proces, prowadzący do jego kumulacji, proces, za sprawą którego zło doprowadza do nieszczęścia rodziny, jak – suma summarum – unieszczęśliwia społeczeństwo, przyczynia się do jego dysfunkcji, paraliżuje jego obywateli. Ciekawa jest dopiero eskalacja zła – małolat na łóżku w izbie wytrzeźwień, kobieta wstydliwie zasłaniająca twarz na posterunku policji, opuszczony, przerażony malec w policyjnej izbie dziecka. Ale wszystko to jakby w próżni, bez związku ze światem ludzkich aspiracji i frustracji, relacjami w domach, szkołach, miejscu pracy, mniej lub bardziej upokarzającą lub satysfakcjonującą walką o każdy grosz. Bez tego sztafażu faktów, jakie codziennie można odczytać na głównej stronie „Obywatela” – są to przecież rzeczy mało istotne, marginalne wobec majestatu „wielkiego świata”. I jeszcze: wszystko to bez pytań o hierarchię wartości, o etykę społeczną, o sens tego, w czym uczestniczymy. Ale to, co dziś przemilczane, co izolowane w strefie ciszy – nie pozostanie bez konsekwencji. Choć, jeśli wszystko pójdzie tym torem, jakim biegnie teraz, pewnie i o nich da się zmilczeć.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie