Nie-święta Rodzina

·

Nie-święta Rodzina

·

Czas jakiś temu w mediach pojawiła się informacja o półtorarocznej dziewczynce, zgwałconej przez chorego psychicznie krewnego matki dziecka, która spała pijana na podłodze, gdy doszło do tragedii. Dziecka nie odebrano jednak matce, gdyż jak stwierdziła odpowiednia instytucja, „między matką a córką istnieją normalne więzi”.

Jak wiadomo, jednym z prawicowych tabu w Polsce jest rodzina. Jest ona wykluczona z jakiegokolwiek krytycznego, normalnego dyskursu, ponieważ „jest święta”. W rodzinie, zgodnie z tą logiką, nie ma przemocy fizycznej ani psychicznej, nie ma molestowania seksualnego, aktów kazirodztwa, alkoholizmu czy narkomanii. Państwo powinno trzymać się od rodziny jak najdalej, akcje „stop bicia dzieci” to głupota, a winna ewentualnemu złu jest co najwyżej szkoła albo „zgnilizna moralna współczesnej kultury”. Że kultura nie spada z nieba, o tym już mówi się rzadziej. Generalnie idzie o to, by utrzymać rodzinne tabu i mit rodziny jako „zdrowej komórki społecznej”. I generalnie nie ma w tym nic złego i nie ma większego sensu czynić z patologii normę, tzn. przekonywać z kolei, że rodzina jest siedliskiem wszelkiego zła – gdyby nie kilka zastrzeżeń, dość poważnej natury.

Wspomnijmy akcję „stop bicia dzieci”. Charakterystyczne było, jak obie strony konfliktu, umownie nazwijmy je lewicą i prawicą, okopały się w swoich racjach i w próżni młóciły te same argumenty. Lewica mówiła, że każdy klaps to przemoc i brak miłości. Prawica powoływała się na tzw. zdrowy rozsądek: „mnie w dzieciństwie ojciec spuszczał lanie i wyrosłem/wyrosłam na normalnego człowieka”. Wychowywałem się na wsi, gdzie użycie siły fizycznej wobec dziecka nie było niczym dziwnym. Sam niejednokrotnie dostałem lanie, ale akurat nie to uważam za największy smutek dzieciństwa. Widziałem jednak, nie tylko na WF, kolegów z sinymi pręgami na plecach, bitych mocno i bezwzględnie. I tu chyba dochodzimy do sedna sprawy.

Pomijając w tej chwili absurd „wychowania bezstresowego”, zwrócę uwagę na to, czego z kolei nie widzą prawicowcy. Że bezmyślne, okrutne, wymierzone nie tyle w ukaranie, co w nasycenie się własną przewagą, a zatem perwersyjne bicie dzieci jest sprawą, nad którą nie da się przejść obojętnie, że to „sprawa rodziny”. Bo nie jest to sprawa rodziny, ale kwestia społeczna. I humanitarna przede wszystkim. Tak samo nie jest „sprawą rodziny” przemoc psychiczna, często nader wyrafinowane znęcanie się nad dziećmi przez ludzi sfrustrowanych i złych lub nieszczęśliwych w swoich związkach. Albo skupiających na słabszych od siebie, jedynych, jakich mają pod swoją władzą, gniew wynikający z ich sytuacji finansowej, społecznej, relacji zawodowych, bądź faktu bezrobocia. Tak, to również jest kwestia społeczna.

Tu dygresja: prawica zresztą ma chyba ogromny problem z przeniesieniem na grunt rodziny kwestii społecznych i ekonomicznych, skoro traktuje ten byt jako coś zupełnie jednostkowego, wyobcowanego z otaczającej rzeczywistości. Jedyne, co ma zwykle do powiedzenia, to: „zostawcie rodzinę w spokoju” i „ręce precz od naszych podatków”.

Tak samo nie jest „sprawą rodziny” to, że lekkomyślni rodzice dają swoim dzieciom samochody w piątkowy wieczór, by mogły jechać na zabawę. A jest to już w zasadzie obyczaj. Jeśli to dziecko-dorosły (ma wszak prawo jazdy) jest odpowiedzialne, jeśli rodzice są odpowiedzialni, to oczywiście, nie ma w tym nic złego. Ale jak często tak jest? Jak często ofiarami pijanych, młodych kierowców padają ich znajomi, osoby postronne? I to także nie jest i nie może być tylko „sprawa rodziny”, tylko dlatego, że wedle logiki pewnej ideologii „jest święta”. Nie, to też jest sprawa społeczeństwa i państwa. Bezpieczeństwa innych obywateli i kosztów, jakie państwo musi ponosić wskutek głupoty jednostek.

I jeszcze raz: półtoraroczna dziewczynka zgwałcona, gdy na podłodze spała jej pijana matka. I później oddana tej matce, ponieważ stwierdzono – zgodnie z owym paradygmatem, że „rodzina jest święta” – iż istnieją między matką córką „normalne więzi”. Wiemy już zatem, co to są „normalne więzi”. Obrzydliwość tej sytuacji kazałaby spuścić zasłonę milczenia. A jednak: NIE! Bo oto z czym mamy do czynienia? Z zakładem: może matka popełniła błąd i się poprawi, i będzie dobrą, odpowiedzialną rodzicielką – owszem, stało się coś złego, ale dajmy jej drugą szansę. Z drugiej strony, nie oszukujmy się, na ile znamy rzeczywistość, jest to bardziej prawdopodobne: to dziecko pozostając w tym „domu” dojrzeje jako ofiara i całe jej życie będzie tym naznaczone. A państwo, a społeczeństwo pozwala sobie na ten zakład w imię największej wartości, na jakiej stoi: godności ludzkiego życia. I jeśli tak określa normy, to normą może stać się w zależności od sytuacji wszystko.

A prawdopodobnie rzecz tylko w jednym – że nikt nie wiedział, co z robić z tym dzieckiem. Dlatego najłatwiej było umyć ręce i oddać je matce. Bo to jest właśnie jedna z cech, ukrytych w logice „świętej rodziny”: że tak naprawdę nic nas nie obchodzi na gruncie społecznym, że liczy się nasz święty spokój i dobre samopoczucie. Że zło to margines społeczny i niech ten margines już tam sobie dogorywa i zdycha, skoro na nic lepszego nie zasługuje. Niech zlituje się nad nim dobry Bóg.

I podobnie jest z kwestią kazirodztwa i gwałtu w rodzinie w wielu innych przypadkach. Pamiętam, że przed kilkoma laty do mojej Matki zadzwonił dyrektor pobliskiej szkoły. Oto w nocy, zimą, pokonując kilka kilometrów przybiegły do niego dwie dziewczynki: ojciec pije i dobiera się do nich. I co zrobić? – nagle staje kwestia. Kwestia, o której wcześniej wszyscy tam wiedzieli, albo przynajmniej domyślali się. Ale była tabu, bo to są „sprawy rodziny”. Gdy prawicowcom wspomnieć o takich rzeczach, wpadają zwykle w histerię, że to szkalowanie, niszczenie ostatnich świętości, albo właśnie patologia (czyli że nic się nie da właśnie zrobić). Alkoholizm w rodzinach to też „sprawa rodzinna”. Przemoc nad kobietami, dziećmi – też „sprawa rodzinna”. I podnosi się krzyk, że statystyki są zakłamane, zawyżone, że to feministki i lewacy niszczą zdrową tkankę społeczeństwa. Tylko czemu przybywa rozwodów? I skąd tyle rosnącej agresji w dzieciakach? I skąd seksting? Bo za dużo telewizji oglądają? A dlaczego? I czemu rodzice nie mają dla nich dość czasu i liczą na to, że ktoś wychowa im dzieci? Szkoła, kościół, podwórko, sąsiedzi. I czemu coraz częściej małoletni piją i palą? Bo jest (im) tak dobrze? Dziwny sposób okazywania radości.

Wiem, nie jest odpowiedzią zabrać dziecko rodzicom, tym bardziej, że instytucje w rodzaju „rodzinnego domu dziecka” to wciąż coś nowego, a tzw. bidule to na ogół dysfunkcjonalne molochy. Wiem, bo jako wolontariusz przyglądałem się przez kilka lat z bliska życiu dwóch takich jednostek. I wiem, że rządzi tam często kastowa niemal przemoc, a dziewczęta traktowane są jako obiekty seksualne – i same siebie tak zaczynają postrzegać. Z drugiej strony, gdy państwo faktycznie chciało temu zapobiec, znalazłoby dość inwencji, środków i możliwości. Ale nie chce/nie potrafi, jak w wielu innych dziedzinach. Dlatego sytuacja jest niestety tragiczna. Ale tu także objawia się podskórnie logika owej ideologii indywidualizmu, kamuflującego egoizm troską o wartości: że niby czemu jako społeczeństwo/państwo mamy się troszczyć o margines? Margines to margines, tak być musi, jest i będzie, bo np. „ubogich zawsze macie u siebie” i możemy wrzucić grosik, albo więcej, ale poza tym czeka nas krucjata z gejostwem, żydostwem i inne ważkie zadania.

Wiem, to już nie felieton, ale paszkwil. Może ktoś poczuł się spoliczkowany. Ale i tak ma szczęście, że nie jest zgwałconą dziewczynką.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie