Normalnie o tej porze?

Za dziesięć lat o tej porze: Polska jest nudnym i bogatym krajem europejskim. Strumień zdobytych po europrośbie funduszy strukturalnych nieodwracalnie odnowił oblicze tej ziemi. Polacy cieszą się z wysokich zarobków, ze śmiechem wspominając czasy, kiedy potoczne pojęcie „Zachodu” nie obejmowało kraju między Bugiem a Odrą. Nie patrzą w przeszłość, ciesząc się z sukcesu naszej wspólnej, europejskiej ojczyzny, która dzięki coraz ściślejszej integracji rozwiązała wszystkie swoje problemy. Są młodzi (przynajmniej duchem), pozbawieni kompleksów i pełnymi garściami czerpią z normalności, nienormalnej przecież w naszej części kontynentu. Nieroszczeniowi, dynamiczni, szczęśliwi, z torbami wypchanymi zakupami pełnymi delikatesów. I luźnym zdążają tramwajem, wytworną konfekcją okryci…

Zarysowana wizja jest oczywiście mrzonką. Chociaż ogólny efekt zastrzyku funduszy unijnych jest pozytywny, to naiwne jest liczenie, że zapewnią nam one skok cywilizacyjny. Spore ilości już wchłoniętych przez Polskę euro nie spowodowały trwałego spadku poziomu bezrobocia czy jakościowych zmian na rynkach produkcji bądź usług. Nadal jesteśmy w dużej mierze tanimi podwykonawcami dla zachodnich koncernów, a rodzima myśl naukowa i zdecydowany wzrost kwalifikacji obywateli to nasiona, które padają na wyjątkowo nieurodzajny grunt zapóźnionej polskiej gospodarki.

Dobroczynny wpływ Brukseli i żółwio powolne nadganianie przez Polskę szybko obniżających się zachodnich standardów życia nie powinny nas uśpić. Rozwiejmy wątpliwości: fundusze europejskie nie są wystarczającą dźwignią do trwałych, strukturalnych zmian w tym kraju. Może się okazać, że za dziesięć lat o tej porze – gdy ostatnie firmy będą zamykały swoje niegdyś intratne fabryki w specjalnych strefach ekonomicznych, uszczęśliwiając równie wysoko wykwalifikowanych, lecz wiele tańszych Ukraińców – Polska wcale nie będzie bogata. Co więcej, wcale nie musi też być krajem nudnym. Spiętrzenie problemów pokolenia czterdziestolatków z wyżu demograficznego oraz frustracja wywołana utrwaleniem przez system edukacji antymerytokratycznych, klasowych reguł dziedziczenia statusu społecznego mogą zaowocować kryzysem, którym nie będą potrafiły zarządzić nawet najtęższe głowy.

Sposób przejścia przez trudną cezurę roku 2020 może mieć trwały wpływ na pomyślność naszego kraju. Przy radykalnie zmniejszonym strumieniu środków europejskich oraz nieuchronnym porzucaniu Polski przez kapitał zagraniczny na rzecz państw o tańszej sile roboczej, znajdziemy się w strefie zagrożenia dryfem cywilizacyjnym. Czy tego chcemy czy nie, nasze państwo musi znaleźć na siebie pomysł, gdyż dotychczasowemu zbliża się termin ważności. U tego progu zmierzymy się z nowymi zagrożeniami i będziemy mieli okazję wykorzystać nasze szanse.

***

Nie jesteśmy pozbawieni atutów. Mamy coraz lepiej wykwalifikowanych pracowników, co jest w dużej mierze sukcesem polskich nauczycieli. Ten potencjał, choć nierównomiernie rozłożony, jest obecny w wielu regionach kraju, czekając na bardziej sprzyjające otoczenie rynkowe. W kolejnych latach będziemy notować wzrost gospodarczy – nie bardzo wysoki, lecz wyższy od przewidywań analityków, co będzie efektem lepszego wykorzystywania potencjału produkcji w okresie koniunktury oraz chęci do pracy i aspiracji popytowych. Luka popytowa, której istnienie bezsprzecznie udowodnił ostatnio w swoim raporcie NBP, będzie nieco maleć.

To wszystko, jak również dopływ środków z Brukseli i nieco bardziej zdroworozsądkowe podejście do kwestii deficytu i jego źródeł, sprawi, że będziemy mieli do czynienia z pewną gospodarczą konwergencją (zbliżaniem się) do poziomu „starej Unii”. Nie bez znaczenia będzie specyficzna pozycja naszego „starszego brata” – Niemiec, wykorzystujących na swoją korzyść pokryzysowy model zarządzania gospodarczego Wspólnotą, w którym przypadnie nam rola pomocnego kooperanta. Bez względu na przyczyny tego stanu rzeczy i jego szersze konsekwencje, jest to okoliczność sprzyjająca. Procentować będzie także, nieco dziwaczny z perspektywy ulicy, wizerunek Polski jako kraju coraz bardziej zachodniego, liberalnego, nie sprawiającego większych kłopotów.

Wymienione atuty będą niestety równoważone przez coraz większy cień problemu demograficznego. Ten zaś wyrasta w wielkiej mierze z pogłębiających się różnic w szansach życiowych w ramach jednego społeczeństwa. Ekonomiczny aspekt zapomnienia o wielkiej części kraju jest oczywisty – niewykorzystanie potencjałów ludzkich odbywa się kosztem obecnych i przyszłych pokoleń. Dla wielu wyjazd na Wyspy był nie tyle życiową okazją, co wręcz koniecznością. Przy chronicznie wysokim bezrobociu trudno namawiać te półtora miliona rodaków do powrotu. Ale nie jest też tak, że jedynym powodem wyjazdów na Zachód jest nadzieja na wyższe zarobki. Od wieków tam żyło się lepiej niż tu.

Słabość więzi wspólnotowych powoduje, że pomimo nawyków i przywiązania do ojczystej kultury, wielu Polaków z miejscem urodzenia nie łączy zbyt wiele – a przynajmniej zbyt mało, aby myśleli o powrocie. Trudno o wspólnotę w kraju, w którym hasło „Powinniśmy sobie pomagać” kojarzone jest z totalitaryzmem. Niełatwo uwierzyć, że zapomniane miejscowości i całe regiony doczekają lepszego jutra, skoro nikt nawet nie sili się na takie obietnice. W obliczu rosnącego indywidualizmu brak społecznego spoiwa jest coraz bardziej dotkliwy – nawet emocje przeżywane medialnie stają się wspólnymi doświadczeniami coraz mniejszych grup. To puste miejsce coraz śmielej zajmuje frustracja i narzekanie na państwo i rodaków.

Powyższe obserwacje, nawet tak powierzchowne, mogą stać się wskazówką przy rozważaniu wyzwania roku 2020. Wymaga ono aktywności wielu stron: rządzących, przedsiębiorców i zwykłych Polaków. Jest ono jednocześnie doniosłe, jak i w zasięgu naszych możliwości. Wystarczy złagodzenie gwałtowności procesów demograficznych, a spadek liczby rąk do pracy nie stanie się narodową katastrofą dzięki wzrostowi gospodarczemu.

Zawarta w pierwszym akapicie tego tekstu obietnica lepszej przyszłości, choć naiwna i przesadzona, nie jest pozbawiona elementów racjonalności. Niedopowiedzianym warunkiem jej spełnienia jest niezakłócanie status quo, prezentowanego jako rządy „spokoju” czy też „technokratyczne”, oferujące krzepiącą wizję Polski w budowie. Sen o wykuwanym pracą organiczną sukcesie może się ziścić, jeżeli tylko zwykli ludzie będą robić to, co dotychczas – wstawać wcześnie rano i harować.

Jest to wizja podejrzanie wygodna z punktu widzenia obecnego rządu oraz środowisk biznesowych, ale, powtórzmy, niepozbawiona racjonalnych podstaw. Niestety, w zderzeniu z rzeczywistością przyszłej dekady niechybnie się rozsypie, ponieważ w trójkącie rządzący-biznes-Polacy ci ostatni co najwyżej milcząco akceptują układ sił. Tymczasem progu roku 2020 nie da się z sukcesem pokonać bez prawdziwej umowy społecznej, żywo popieranej przez wszystkie strony. Same nawoływania nie przekonają rodaków do wytężonego wysiłku demograficznego w tak niekorzystnych dla większości z nich warunkach i bez wiarygodnej obietnicy lepszego, bardziej sprawiedliwego jutra. A bez owego wysiłku już wkrótce jako wspólnota będziemy biec dwa razy większym wysiłkiem – i dwa razy wolniej.

Krzysztof Mroczkowski

(ur. 1987) – publicysta, ekonomista i historyk. Propagator zapomnianej
historii myśli ekonomicznej i teorii rozwoju. Stały współpracownik
„Nowego Obywatela”.

5 odpowiedzi na „Normalnie o tej porze?

  1. Recepta wyrażona zdaniem „sen o wykuwanym pracą organiczną sukcesie może się ziścić, jeżeli tylko zwykli ludzie będą robić to, co dotychczas – wstawać wcześnie rano i harować” nie wyczerpuje tematu dotyczącego poszukiwania sposobów polepszenia sytuacji społecznej i ekonomicznej Polski. Potrzebna jest wymagająca dużego nakładu pracy analiza stanu państwa niemożliwa do zamknięcia w krótkim artykule, czy w jeszcze krótszym kokmentarzu do artykułu. Zdając sobie z tego sprawę chcę – podobnie jak to uczynił Autor w cytowanej „recepcie” – zwrócić uwagę na jeden z wielu czynników, które należy uwzględnić.
    Chodzi o wykorzystanie możliwości stwarzane przez ustrój demokratyczny, którego sens opiera się na świadomej aktywności obywateli reprezentowanych przez parlament i rady regionalne, które powołują władzę wykonawczą: rząd i samorządy. Należyte działanie tej całości wymaga, by obywatele byli należycie informowani i by mieli możność wyrażać swoje przekonania w ramach regulowanych prawem, poczuciem odpowiedzialności i kulturą, by rząd i samorząd zarządzały państwem, a parlament i rady dawały władzy wykonawczej ogólne wytyczne działania oraz, by nadzorowały wykonywaniwe zobowiązań podjętych w ramach kampanii wyborczej. U nas te warunki nie są dopełniane i warto zastanowić się nad tym problemem. M. in. zwracają uwagę zjawiska tzw. sejmokracji i bierności obywateli. Ta pierwsza występowała już w II RP, co skłoniło Piłsudskiego do puczu, a druga nie znajdując ujścia energii w zdegenerowanym przez partyjniactwo normalnym trybie postępowania, wyładowuje się w awanturach ulicznych i stadionowych, oraz w usiłowaniach wymuszenia na władzy podporządkowania się dyktatowi grup przez grożenie paraliżującym gospodarkę strajkiem.

  2. _arp pisze:

    Jesteśmy dopiero u podnuża wyskiej góry i wspinaczka nas czeka we wszystkich obszarach bytowania. Niemniej jest wyraźnie zarysowany cel i warto aby na tej drodze znalazły się wyciągnięte pomocnie ręce dla tych którzy z sił opadają. Polska aby wejść w równoważny rozwój nie może ograniczać się tylko do swojej nacji. Zakodowane mamy od pokoleń internacjonalne podejście do życia i nie zatracajmy tego bo to z czasem zaowocuje.

    • Powiem mocniej: rozwój Polski jest możliwy tylko jako nierozerwalnie wpleciony w losy Europy i calej ludzkości. Zarazem poruszona kwestia wspomagania krajów mniej zasobnych ma swój wymiar praktyczny. Skutki „planu Marshalla”, oraz doświadczeń traktowania uzależnionych ludów przez Rzymian, Hiszpanów, Anglię i tp. dowodzą, że sprzyjanie bogaceniu się krajów uboższych jest korzystne dla kraju zasobnego, zaś bezwzględna eksploatacja – odwrotnie.

  3. adamovski pisze:

    Bardzo ciekawa analiza – jednak dlaczego autor pomija 300 mld Euro dlugu zagranicznego i dwa razy tyle dlugu wewnetrznego (brak srodkow na nasze emerytury) ?
    Jesli kraj pozyczyl 300 mld Euro, wydal skladki na ZUS placone przez obecne pokolenie, dostal miliardy z EU, uzyskal wiele miliardow z tzw „prywatyzacji” mienia, i w takim kraju nie da sie znalezc dalej pracy, ani dojechac z punktu A do punktu B pociagiem, to na jakiej podstawie nagle ma zaczac robic sie lepiej?

    Pozdrawiam,

    Adam

    • Dług, jak wszystko związane z obrotem finansowym nie musi być problemem. Przykład: Chiny, ktore po niszczącej, idiotycznej „rewolucji kulturalnej” bardzo szybko, z kraju pozbawionego kapitału, stały się potęgą finansową. Podobnie W. Brytania tragicznie zadłużona po II Wojnie Światowej dość szybko sobie poradziła z tym ciężarem. Problem nasz więc mniej polega na istnieniu długu, a bardziej na traktowaniu finansów państwowych jako pola do walki o władzę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>