Lokalny wymiar patriotyzmu

·

Lokalny wymiar patriotyzmu

·

Otaczający nas świat staje się świątynią wystawioną na cześć i chwałę globalnego kapitału. Najlepszym sposobem na przeciwstawienie się temu procesowi jest dążenie do odnowienia więzi z miejscem, do którego należymy i z lokalną społecznością, w której żyjemy. Tak naprawdę jest to ta forma patriotyzmu, która jako jedyna ma jeszcze dzisiaj wartość.

W obliczu zamachów terrorystycznych, do których doszło 7 lipca 2005 r. w Londynie, nagłówki gazet oznajmiły jednym głosem: w obecnej sytuacji wszyscy musimy wykazać się patriotyzmem. Między tak różnymi pismami, jak „The New Statesman” i „Daily Telegraph” zapanowała pełna zgoda: przywrócenie znaczenia naszej dumie narodowej jest najlepszą odpowiedzią na atak przeprowadzony przez nowego Wroga Wewnętrznego. Terrorystyczne zamachy bombowe nadały zatem patriotyzmowi nowy, przekraczający polityczne podziały, sens, który jeszcze kilka lat temu wydawałby się zupełnie nie do pomyślenia.

Z czego – jako patrioci – możemy i powinniśmy być dumni? Każdy ma zapewne własną odpowiedź na to pytanie. Dla Michaela Howarda [1] jest to „nasza demokracja, monarchia, panujące w naszym kraju rządy prawa i pełna chwały historia”. Dla Tony’ego Blaira z kolei powodem do dumy są nie instytucje, lecz „nasze wartości” – wśród nich tak rzekomo z gruntu brytyjskie, jak „uczciwość, kreatywność, tolerancja, otwartość na świat”. Dla polityków prawicowych jest to szansa na udowodnienie, że racja leżała i leży właśnie po ich stronie: że obrona tradycyjnych „brytyjskich wartości” jest naszą najlepszą bronią wobec moralnej i społecznej anarchii. Politycy lewicy przekonują nas natomiast, że oto nadszedł najlepszy moment, by na nowo określić brytyjskie wartości i przedefiniować model funkcjonowania państwa. Jedni i drudzy zgadzają się przy tym, że podstawowym fundamentem i naszą największą siłą powinna być przesiąknięta patriotyzmem jedność narodowa.

Tymczasem jednak na ulicach miast i w całym naszym wspaniałym kraju, który ma stanowić rzekomo powód do dumy, dokonują się zmiany czyniące z tej pompatycznej i uduchowionej dyskusji nic nie wartą paplaninę. W czasie, gdy siedzący za biurkami dziennikarze i politycy wyszukują coraz piękniejsze frazy wychwalające naszą tolerancję, sprawiedliwość, wielokulturowość i rzadko spotykaną umiejętność cierpliwego stania w kolejkach, kraj, do którego tak mocno się ostatnio na nowo przywiązaliśmy, ulega radykalnej przemianie wymuszanej i sterowanej przez interesy globalnego kapitału. Wystarczy wyjść z domu, by natychmiast dostrzec ten swoisty, gorzki paradoks.

Słowo „patriotyzm” pochodzi od greckiego patris, oznaczającego „ziemię naszych ojców”, przy czym to właśnie na pierwszym z tych słów powinniśmy skupić dzisiaj naszą uwagę. A to dlatego, że debata na temat patriotyzmu jest w gruncie rzeczy debatą o przynależności do wspólnego miejsca na ziemi. Wśród całego szumu informacyjnego, wypełnionego zachwytami nad naszymi „wartościami i instytucjami”, ani jeden publicysta, polityk czy komentator nie zająknął się choć słowem na temat pierwszego i najważniejszego aspektu przynależności: przywiązania do miejsca, w którym żyjemy, do najbliższego, otaczającego nas krajobrazu.

Wystarczy rozejrzeć się dookoła, przypatrzeć się dokładnie ziemi naszych ojców (matek, przyjaciół etc.), i zastanowić się przez chwilę, czy najbliższe otoczenie zawiera elementy, z których możemy być dumni, którymi możemy się szczycić. W coraz większym stopniu i w coraz szybszym tempie świat, który nas otacza i w którym żyjemy, staje się pozbawioną duszy i charakteru plątaniną autostrad i dróg szybkiego ruchu, bezładną mieszaniną hipermarketów, centrów handlowych, parków rozrywki, jednakowych domów z czerwonej cegły i ogrodzonych osiedli dla bogaczy, a także skupiskiem jadłodajni-„przejeżdżalni”, w których nie ma potrzeby wysiadania z samochodu, oraz innych fast foodów. Nie jest to z pewnością obraz naszych marzeń. Prawda jest taka, że już tylko administracyjnie chronione tereny – nazwane przez Philipa Larkina cynicznie „obszarami dla turystów” – pozostają „zielone i miłe”, pozwalając ludziom na przyjemne spędzanie czasu i odpoczynek; zresztą nawet „Szatańskich Młynów mrok” przenieśliśmy już do Chin [2].

Krajobraz, który mógłby być fundamentem tego nowego patriotyzmu, otwartego na wszystkie opcje polityczne i poglądy, staje się w coraz większym stopniu pozbawioną osobowości makietą, odmalowaną zgodnie z krótkoterminowymi potrzebami gospodarki globalnej, opartej na bezmyślnej konsumpcji, wystawioną bez poszanowania dla tradycji, historii i specyfiki danego miejsca. Pytanie o przynależność do lokalnej społeczności, o więź z miejscem, staje się czysto akademickie w sytuacji, gdy „tutaj” przypomina każde inne miejsce na ziemi. Wystarczy wybrać się na krótki spacer po swojej dzielnicy, by z łatwością dostrzec jaskrawe tego przykłady.

Tuż za rogiem mojego domu znajduje się ostatnia działająca w mieście przystań, której istnienie jest zagrożone: pomimo sprzeciwu lokalnej społeczności planuje się całkowite zburzenie jej i przeznaczenie terenu pod budowę luksusowych mieszkań i restauracji. Mój niegdyś ulubiony pub, pełen wspomnień, charakteru i związany z ludźmi mieszkającymi w okolicy, został zamknięty, a na jego miejscu jest dzisiaj należąca do wielkiej sieci jadłodajnia o nazwie tak idiotycznej, jak serwowane tam posiłki i drinki. Podobny los spotkał też browar, z którego pochodziło sprzedawane w tym pubie piwo, produkowane od 1782 r. z tutejszej wody i według tradycyjnej, lokalnej receptury. Obecnie mieści się na tym terenie osiedle luksusowych apartamentów, których ceny zaczynają się od 330 tysięcy funtów szterlingów. Wreszcie na miejscu placu znajdującego się kiedyś w centrum miasta, tradycyjnego miejsca spotkań towarzyskich, stoi moloch centrum handlowego, a najważniejszym zadaniem pilnujących go strażników jest przeganianie ludzi siedzących przed wystawami sklepowymi.

Wszystkie te zmiany, z których każda przechodzi niemal niezauważona, są – wraz z setkami tysięcy im podobnych – częścią większej całości. Pewnego schematu, trendu. Transformacji, dokonującej się szybko w skali całego kraju i nie przynoszącej ze sobą nic dobrego. Elementem wspólnym tych zmian jest to, że unikalność zastępuje się masowością, naturalność – sztucznością, coś silnie związanego z lokalnym krajobrazem i charakterem – anonimowym produktem globalnego rynku.

Wszystko to, co odróżnia nasze miasta, wsie i regiony od innych, co świadczy o ich odrębności i wyjątkowości, ulega stopniowej, zaplanowanej erozji. W efekcie nasze najbliższe otoczenie coraz bardziej upodabnia się do wielu innych miejsc. Każdy z was jest zapewne w stanie podać przynajmniej jeden przykład tych zmian, być może dostrzegalny nawet z okien waszego domu czy mieszkania. Jednakowe sieci handlowe na głównych ulicach miast, jednakowe cegły, z których budowane są nowe apartamentowce, te same billboardy przy drodze, te same dania w pubie i restauracji… Można wręcz czasami odnieść wrażenie, że różnorodność, odmienność, harmonia i autentyzm padają ofiarą wojny wypowiedzianej przez plastikowy, przesiąknięty blichtrem i tandetą korporacjonizm. Wynik tej wojny jest przerażający: miejsca i krajobrazy w coraz większym stopniu upodabniają się do siebie.

Nie jesteśmy oczywiście wyjątkiem. Procesy obserwowane w naszym kraju są częścią ogólnoświatowego trendu. Niemożliwa zdaniem niektórych do powstrzymania ekspansja globalnej gospodarki rynkowej wymaga masowej uniformizacji gustów i potrzeb – wszyscy musimy pragnąć tego samego, czuć to samo, mieć jednakowe upodobania i preferencje. Tylko dzięki temu międzynarodowy kapitał nie jest skrępowany granicami etnicznymi, państwowymi czy kulturowymi, co jest warunkiem niezbędnym dla dalszej ekspansji neoliberalnego modelu gospodarczego. We współczesnej cywilizacji przemysłowej pogoń za korzyściami oznacza konieczność masowej produkcji towarów, standaryzacji modelów rozwoju i związanego z tym przeobrażania – na tę samą modłę – krajobrazu w każdym zakątku świata.

Jest to prowadzony w globalnej skali projekt polityczno-ekonomiczny, który dotyka każdej lokalnej społeczności i dotyczy każdego z nas. Dalsza ekspansja tej gospodarki opartej na konsumpcji wymaga porzucenia naszej tożsamości, zerwania więzów łączących nas z określoną wspólnotą. Musimy bezmyślnie pozbawić się odrębności, cech odróżniających nas od członków innych społeczności. Musimy stać się konsumentami, łapiącymi każdą kolejną okazję, obniżkę cen i promocję w supermarkecie czy wyprzedaż w wielkim centrum handlowym. Musimy stać się pozbawionymi charakteru mieszkańcami każdego i żadnego miejsca na ziemi.

Słowa te brzmią z pewnością znajomo dla wielu spośród czytelników „The New Statesman”, co samo w sobie wynika z pewnej godnej podkreślenia ironii. Już 160 lat temu Marks i Engels napisali w „Manifeście Komunistycznym”: „Ograniczenia i przeciwieństwa narodowe pomiędzy ludami znikają coraz bardziej już wraz z rozwojem burżuazji, wolnością handlu, rynkiem światowym, jednostajnością produkcji przemysłowej i odpowiadających jej warunków bytu. Panowanie proletariatu spotęguje jeszcze ich zanikanie” [3].

Choć jak dotąd nie udało się doprowadzić do światowej dominacji proletariatu, globalna dominacja gospodarki rynkowej rozwija się w zastraszającym tempie. Przykłada do tego rękę część tradycyjnej lewicy, wraz z jej potępieniem dla „antagonizmów narodowych”. Skutkiem jest zanik – zarówno dobrych, jak i złych – cech odróżniających od siebie społeczeństwa i narody, ginących w paszczy ujednoliconej, jednowymiarowej gospodarki globalnej. W swoim zaślepieniu „internacjonalizmem”, w swoim przewrażliwieniu i nieufności do wszystkiego, co Marks określał mianem „reakcji”, a więc w konsekwencji do osób i środowisk, których sprzeciw wobec globalizacji wynika z przywiązania do miejsca lub utożsamiania się z lokalną wspólnotą, oddają oni neoliberałom nieocenioną przysługę. Globalny wolny rynek zdaje sobie z tego doskonale sprawę i wykorzystuje tę postawę do dalszego zacierania różnic narodowych pod ciężarem coraz wyższych drapaczy chmur, biurowców ze stali i szkła, ton asfaltu, codziennego terroru kursów giełdowych i znaków firmowych.

Kto zatem w tym kontekście zasługuje na miano bohatera? Kim są dzisiejsi bojownicy broniący lokalnego i jedynego w swoim rodzaju krajobrazu przed uniformizacją będącą skutkiem gospodarczego fundamentalizmu? To ludzie znajdujący się na marginesie debaty politycznej i mający niewielkie wpływy w szeregach polityków sprawujących władzę. To ludzie, których Marks z pogardą określał mianem „wiejskich głupków”, a Torysi – jako pieniaczy, którzy sprzeciwiają się rozwojowi [4]. To ludzie żyjący w lokalnych społecznościach rozsianych po całym kraju, którzy odmawiają podporządkowania się bezkrytycznym wielbicielom nieograniczonego postępu czy też sprzeciwiają się poświęceniu swojego miejsca na ziemi, stanowiącego o odrębności ich kultury i tradycji, na ołtarzu – przypominającej zamek zbudowany na piasku – globalnej ekonomii. Tych zupełnie zwyczajnych, a jednocześnie niezwykle wyjątkowych ludzi można znaleźć w każdym zakątku świata.

Zaliczają się do nich mieszkańcy rozsianych po całej Anglii społeczności wiejskich, którzy w obliczu groźby sprzedaży ich upadającego pubu przez zainteresowaną jedynie osiąganiem jak największych zysków korporację, przeprowadzają publiczną zbiórkę pieniędzy, by do tego nie dopuścić. Są wśród nich również członkowie społeczności żyjących w łódkach rozsianych po wszystkich rzekach i kanałach Wielkiej Brytanii, którzy prowadzą lokalne i często bardzo ostre działania w obronie przystani przed deweloperami, chcącymi na ich miejscu postawić luksusowe apartamentowce. Są nimi ludzie mieszkający w londyńskim Chinatown, którzy próbują ocalić swoje ulice przed agresywnymi handlarzami nieruchomości, podobnie jak członkowie miejskich społeczności Birmingham, Manchesteru, Londynu i Bristolu, którzy przeciwstawiają się zabudowywaniu ulicznych straganów i targowisk kolejnymi, pozbawionymi charakteru biurowcami. Są nimi ci wszyscy, którzy protestują przeciwko sprzedaży placów zabaw, prywatyzacji publicznych parków i skwerów, dewastacji terenów rolnych i krajobrazu wiejskiego. Są nimi farmerzy, sadownicy i rybacy, ekolodzy walczący przeciwko promowaniu autostrad kosztem transportu publicznego, pracownicy urzędów miejskich i właściciele niezależnych sklepów płytowych i księgarń.

To są ci wszyscy, którzy ośmielają się stanąć na drodze gospodarczych i politycznych procesów, które siłą pieniędzy i w zamian za pieniądze pozbawiają otaczający nas świat jego historii, indywidualnego charakteru i niepowtarzalnej atmosfery. Może znacie kogoś takiego. Może sami jesteście takimi ludźmi. Mamy ze sobą wiele wspólnego i nadszedł już najwyższy czas, byśmy zaczęli wreszcie ze sobą rozmawiać.

To jest właśnie najprawdziwsze, najbardziej podstawowe, a zarazem niosące najbardziej rewolucyjny potencjał, znaczenie tak powszechnie nadużywanego i wypaczanego słowa „patriotyzm”. Dyskusja o wartościach i instytucjach prowadzi jedynie do podziałów, natomiast miejsce, w którym żyjemy, z którym się utożsamiamy, może nas zjednoczyć. I to niezależnie od naszych korzeni, poglądów politycznych czy wyznania. Miejski, podmiejski czy wiejski – otaczający nas krajobraz jest jedyną rzeczą, która czyni z nas wspólnotę, która może nas połączyć, której zachowanie jest najbardziej żywotnym interesem każdego z nas. To świat, w którym żyjemy stanowi podstawę naszego poczucia przynależności.

Jest to bez wątpienia forma patriotyzmu warta zaangażowania i podjęcia zdecydowanych działań. To ona powinna stać się platformą jednoczącą ludzi o różnych przekonaniach politycznych. Ideą, która doprowadzi do wściekłości polityków wszelkich maści i odcieni. Postawą, której globalna machina gospodarcza, wymagająca jedynie bezmyślnego, wiernopoddańczego kupowania wszystkiego co sama wytworzy, będzie miała serdecznie dość. Dzisiaj, w epoce globalnej konsumpcji, korporacji sprawujących potężną władzę oraz dominacji anonimowej gospodarki, pozbawionej ludzkiego oblicza – jedyną radykalną formą oporu jest docenienie znaczenia i obrona miejsca, w którym przyszło nam żyć.

Mowa o „patriotycznym obowiązku”? A co byście powiedzieli na to: nie pozwólmy im zabrać naszego świata, do którego należymy i z którym się utożsamiamy. Stańmy im na drodze, rzucajmy im kłody pod nogi, nie poddawajmy się ich podłym sztuczkom. Choć może brzmi jak truizm, stwierdzenie to jest aż do bólu prawdziwe: jedyną drogą obrony jest świadomość przynależności do konkretnego, tego jedynego, naszego miejsca na ziemi.

Paul Kingsnorth

tłum. Sebastian Maćkowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w brytyjskim tygodniku „The New Statesman” 5 września 2005 r. Następnie za zgodą autora został opublikowany w „Obywatelu” nr 35, latem roku 2007.

Przypisy redakcji „Obywatela”:

1. W 2005 r. był przywódcą brytyjskiej Partii Konserwatywnej.

2. Nawiązania do słynnego poematu „Jeruzalem” Williama Blake’a; występujące w nim „Szatańskie Młyny” są najczęściej odczytywane jako dymiące fabryki.

3. Przekład za K. Marks, F. Engels, Dzieła wybrane, tom I, Książka i Wiedza, Warszawa 1949, s. 42; autora przekładu nie podano.

4. W oryg. nimbies – od ang. akronimu NIMBY, Not In My Backyard, co można przetłumaczyć jako „Byle nie pod moimi oknami”.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie