Jarosław Tomasiewicz: Znowu…

Jarosław Tomasiewicz: Znowu…

Padł kolejny bastion lewicy. Brazylia.

Jeszcze niedawno Ameryka Łacińska stanowiła obiekt westchnień zachodnich lewicowców. Mieniąca się wszelkimi odcieniami czerwieni – od wenezuelskiego karminu po argentyński róż – kontrastowała z szarzejącą lewicowością Starego Kontynentu. Brazylia, największe państwo kontynentu, członek BRICS, zdawała się być stabilnym filarem lewicowego układu. Dynamiczny rozwój gospodarczy współgrał z ambitnymi programami socjalnymi, towarzyszyły temu postępowe przemiany kulturowe, a wszystko odbywało się w warunkach respektowania demokracji i praw człowieka. Porto Alegre było mekką alterglobalistów, a budżet partycypacyjny zaadaptowali nawet warszawscy liberałowie. Podziw rozciągał się na brazylijski model kulturowy – pamiętam zachwyty nad głębią brazylijskiej wielokulturowości, autentyzmem tamtejszej tolerancji, niedościgłej dla ludzi Zachodu. Brazylia jawiła się jako idealne środowisko nowoczesnej socjaldemokracji. I nagle wszystko to rozsypało się jak przysłowiowy domek z kart.

Władzę w kraju demokratycznie przejął „tropikalny Trump” (ba, Hitler nawet!) – Jair Bolsonaro, ucieleśnienie wszystkiego, czego lewica nienawidzi. W kraju, w którym ludzie o afrykańskich korzeniach stanowią połowę ludności, wygrywa rasista. Potężny ruch związkowy, z którego wszak wyrosła Partia Pracujących (PT), nie potrafił powstrzymać reprezentanta wielkiego kapitału. Nie pomogła mobilizacja kobiet #EleNao (swoją drogą – ewidentne naśladownictwo tożsamościowych kampanii północnoamerykańskich).

Jak to się stało? Wiadomo, że prawica wygrywa w Polsce (to tylko potwierdza złą opinię przeciętnego lewaka o kraju nad Wisłą), od pewnego czasu widać, że na całym „rasistowskim” Zachodzie sukcesy odnoszą populiści. Ale Brazylia?! Lewicowi komentatorzy próbują racjonalizować przegraną. Wyjaśnienia znajdują z reguły dwa. Pierwsze to jawna, brutalna stronniczość aparatu państwowego, który wyeliminował z wyborczej rywalizacji popularnego Lulę, oraz środków masowego przekazu, szczujących przeciw Partii Pracujących. Trudno się z tym nie zgodzić. Warto wszakże zauważyć, że z klasowej perspektywy to chyba naturalne, tymczasem euroamerykańska lewica tak przyzwyczaiła się do przychylności mediów, iż nie potrafi sobie wyobrazić odmiennej sytuacji.

Drugą przyczyną ma być zbyt mały radykalizm brazylijskiej socjaldemokracji, która zerwała z walką klas. To fakt, który zresztą dotąd jakoś nie przeszkadzał nowolewicowcom pielgrzymującym do Porto Alegre. Ale czy rzeczywiście brak radykalizmu jest przyczyną klęski? Przecież rewolucyjne masy mogły głosować na radykalnych lewicowców: Verę Lúcię z Socjalistycznej Partii Zjednoczonych Pracowników (PSTU), Guilherma Boulosa popieranego przez Partię Socjalizmu i Wolności (PSOL) oraz Brazylijską Partię Komunistyczną (PCB), João Vicente Goularta reprezentującego Partię Wolnej Ojczyzny (PPL), ewentualnie na Marinę Silvę – afrobrazylijską kandydatkę Zielonych. Ale nie zagłosowały: Goulart dostał 0,03%, Lucia 0,05, Boulos 0,58, Silva cały 1 procent! Masy zawiodły swoją awangardę.

To może i ja wtrącę swoje dwa grosze. Zastrzegam się, że nie jestem specjalistą od Brazylii. Nigdy tam nie byłem, nie znam portugalskiego. Moje refleksje na ten temat to opinia kogoś z zewnątrz. Jednak pewne kwestie mają wymiar po prostu zdroworozsądkowy. Zwrócę uwagę na trzy przyczyny klęski lewicy w Brazylii – takie, które chyba umykają innym komentatorom.

Pierwszą, najgłębszą jest paradoksalnie… sukces rządów PT. Brazylijskiej socjaldemokracji udało się wydobyć z nędzy miliony ludzi, rozrosła się liczebnie klasa średnia. Ale „byt kształtuje świadomość”: nowobogaccy mają inne aspiracje, nie interesują ich programy socjalne adresowane do biedoty. Nie chcą bonów żywnościowych, lecz nowych iphone’ów. Ba – wszelki „socjal” przeliczają na podatkowe obciążenia swoich dochodów (nawet jeśli tenże socjal im samym czy ich rodzicom pomógł kiedyś podnieść się z biedy). Swoje niezadowolenie brazylijska klasa średnia po raz pierwszy zamanifestowała w 2014 r., już wtedy dostrzec można było niechęć do PT. Tego problemu nie rozwiązała dotąd żadna partia socjaldemokratyczna – taki był wszak mechanizm rewolucji thatcherystowskiej, która doprowadziła do upadku welfare state w Wielkiej Brytanii.

Drugą przyczyną było zlekceważenie problemu przestępczości. Jest to jedna z tych kwestii, wobec których lewica tradycyjnie staje bezradna. Albo problem bagatelizuje i przemilcza, zakładając, że w socjalistycznym raju sam z siebie zniknie, albo – co gorsza – traktuje po doktrynersku. Niestety na lewicy pokutuje odrealniona wizja przestępczości, romantyzująca kryminalistów. Przestępczość postrzegana jest jako swoista forma walki klasowej, wojna biednych z bogatymi: wydziedziczeni na własną rękę dokonują ekspropriacji majątku burżujów. To bzdura, urojenie oderwanego od życia intelektualisty. Przestępczość jest de facto wojną biednych z biednymi – ofiarami kradzieży, pobić, gwałtów, zabójstw najczęściej padają inni mieszkańcy biednych dzielnic. Nie burżuje, którzy mieszkają w strzeżonych osiedlach, bawią się w drogich klubach, przemieszczają własnymi samochodami (pisałem o tym już lata temu w tekście „Al Capone i Robin Hood”).

Przyczynę trzecią widzę w forsowaniu przez PT i całą lewicę przemian kulturowych w oderwaniu od kontekstu. Brazylia była krajem wyjątkowo silnego maczyzmu, krajem, w którym sądy uniewinniały mężów za zabójstwo niewiernych żon w afekcie. I oto nagle, na przestrzeni mniej niż jednego pokolenia, Brazylia staje w awangardzie postępu obyczajowego: tu odbywają się największe parady równości, tu państwo uczy tolerancji wobec mniejszości seksualnych w szkołach i mediach, tu pary homoseksualne mogą zawierać małżeństwa. Nie ukrywam, że zdumiewała mnie szybkość transformacji brazylijskiego społeczeństwa – a zarazem zastanawiała wysoka liczba homofobicznych zabójstw, świadcząca, że ta transformacja nie przebiega bezboleśnie. A teraz jawny homofob wygrywa wybory grając homofobiczną kartą. Amerykanie mają na to określenie: backlash.

Nietrudno dostrzec, że wymienione przeze mnie przyczyny nie mają specyficznie brazylijskiego charakteru. W mniejszym lub większym stopniu występują też w Polsce, Francji, Stanach Zjednoczonych. Kryzys lewicy ma bowiem charakter globalny. Ze swej strony powtórzę, że kryzys lewicowości jest kryzysem politycznej poprawności. Lewica na ten kryzys wciąż widzi jedną receptę: więcej politycznej poprawności! Polityczna poprawność – kiedyś dodatek do lewicowości – teraz okazuje się esencją tejże. Zabawną rzeczą jest czytanie, jak próbujący wyrwać się z matni lewicowcy postulują stworzenie „lewicowego populizmu” (zgoda), dodając jednym tchem: „otwartego na mniejszości seksualne, imigrantów”. Populizm oparty na mniejszościach? Toż to oksymoron. Uzasadniać ma teoretycznie ową konstrukcję „postmarksizm” – koncepcja, że nie wszystkie niesprawiedliwości wynikają z kapitalizmu. Abstrahując od ewentualnej prawdziwości tego twierdzenia – to nie jest żaden „postmarksizm”, lecz zwyczajny „premarksizm”, głoszony przez wielu socjalistów utopijnych w XIX w. A właściwie – biorąc pod uwagę zaciekłą walkę Marksa ze zwolennikami takich poglądów – po prostu antymarksizm. I tak wracamy do punktu wyjścia.

Dobranoc Państwu. Miłych snów.

dr hab. Jarosław Tomasiewicz

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie