Żegnaj próchnico!

·

Żegnaj próchnico!

·

Za chwilę zaczyna się rok szkolny. Od września w każdej szkole mają pojawić się gabinety pielęgniarskie i stomatologiczne, zapewniające opiekę zdrowotną w miejscu pobierania nauki dzieciom do 19. roku życia. Pojawić się, a raczej powrócić – dentyści zniknęli ze szkół ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze w latach 90. Od tego czasu, pomimo obecności prywatnych gabinetów niemal na każdym rogu, stan zębów polskich dzieci i młodzieży systematycznie się pogarsza.

Jak informuje strona zdrowie.gov.pl. próchnicę ma już ponad połowa, bo aż 57% trzylatków, 80% pięciolatków i aż 90% siedmiolatków. Statystyki podają, że 35% polskich dzieci w wieku 7 lat ma przynajmniej jedną plombę, a 12% dzieci w tym wieku ma już za sobą pierwsze przeżycia związane z usunięciem chorego zęba. W porównaniu ze średnimi europejskimi wynoszącymi odpowiednio 15% i 9% polskie dzieci nie wypadają najlepiej.

Publikacje na temat ogromnego rozpowszechnienia próchnicy (która jest chorobą zakaźną!) pomijają jednak całkowicie temat dostępności darmowego leczenia. Skupiają się za to na piętnowaniu rodziców za niski poziom świadomości zdrowotnej, brak profilaktyki i zainteresowania stanem zębów potomstwa. Kolorowe foldery informują o konieczności przeprowadzania badań kontrolnych uzębienia już od szóstego miesiąca życia dziecka. Ostrzegają, by nie dopuszczać do próchnicy zębów mlecznych, które „w razie czego się wyrwie”, ponieważ dzieci z ubytkami w zębach mlecznych nie mogą prawidłowo jeść, a czasami także mówić. Usunięcie zębów zaatakowanych przez próchnicę przyczynia się do wad zgryzu w późniejszym wieku. „Lepiej zadbać o zęby, by nasze pociechy mogły cieszyć się uśmiechem nie tylko we wczesnym dzieciństwie” – informuje jedna z publikacji Ministerstwa Zdrowia. Na radosnych zdjęciach wszyscy mają piękne białe uzębienie.

Pod enigmatyczną formułą „zadbać” kryje się cały bezlitosny sztafaż III RP i wykrzywiona twarz polskiego liberalizmu. Obywatel/ka ma samodzielnie troszczyć się o zapewnienie sobie na wolnym rynku usługi medycznej, która jest jedną z droższych. W kraju, gdzie bardzo wiele osób zarabia wciąż poniżej 2 tysięcy złotych „na rękę” miesięcznie, koszt jednorazowej wizyty u dentysty – w sprawie jednego zęba – to 150-400 zł. A na jednym spotkaniu bardzo często się przecież nie kończy. Nawet jeśli zlekceważymy odkamienianie, wybielanie, dostawianie koronek czy leczenie mniej widocznych, tylnych zębów – i tak wydamy fortunę, jeśli za jamę ustną weźmiemy się całościowo. Koszt leczenia kanałowego jednego zęba przekracza w tym momencie 1000 zł. Mityczny strach przed dentystą i „zaniedbywanie” zębów to jedno, ale bardzo wielu Polaków przed wizytą w prywatnym gabinecie powstrzymuje po prostu cena. Zwlekają, póki nie zacznie naprawdę solidnie boleć. Wtedy zdarza się, że biorą na leczenie „chwilówkę”.

Można oczywiście leczyć zęby na koszt NFZ, lepszy rydz niż nic. Jednak zakres refundowanych zabiegów nie jest szeroki, a poza tym występuje system dopłat. Do znieczulenia. Do lepszej, jaśniejszej, mniej rzucającej się w oczy plomby. I oczywiście długie terminy, co, w połączeniu z faktem, że bólu zęba nie da się ignorować dłużej niż przez kilka dni, napędza klientelę prywatnym gabinetom.

Czy to wszystko oznacza, że nic się nie da zrobić i należy nabijać kabzę prywatnym przychodniom, bo NFZ jest słabe i niewydolne? Wręcz przeciwnie: należałoby wrócić do pomysłu darmowego, powszechnego leczenia stomatologicznego. Wprowadzić ponownie gabinety do szkół, zwiększyć kadry i liczbę przychodni funkcjonujących na kontraktach z NFZ, a docelowo – otworzyć zupełnie darmowe poradnie dentystyczne, zaś w regiony, gdzie ich nie ma, puścić dentobusy.

Plany te nie są nowe, a wręcz mają już ładnych parę lat, bo, wbrew pozorom, już niespełna dekadę po wypędzeniu gabinetów ze szkół zorientowano się, że nie był to wcale najlepszy pomysł. Państwo radośnie umyło ręce od swoich psich obowiązków, przekazując je, jak zazwyczaj, sektorowi prywatnemu. Kogo stać, poradzi sobie. Kogo nie stać, bo ma pilniejsze wydatki, np. chleb – będzie szczerbaty.

Już w 2010 r. „Gazeta Współczesna” pisała o pomyśle na dentobusy, czyli w pełni wyposażone autobusy dentystyczne, które będą przemieszczały się z regionu do regionu. Ministerstwo Zdrowia wpadło na ten pomysł w 2008 r., dwa lata później jednak nadal pozostawał on w sferze planów. Dentobusy wyruszyły do polskich wsi i mniejszych miejscowości dopiero po niemal dekadzie. „Zdaniem specjalistów, przyczyną pogarszającego się stanu zębów u dzieci i młodzieży jest likwidacja gabinetów stomatologicznych w szkołach. Jeszcze kilkanaście lat temu to one tworzyły główną sieć kontroli nad uzębieniem najmłodszych. Teraz ta odpowiedzialność spoczywa w całości na rodzicach” – alarmowała już w 2010 r. gazeta. Przypominała, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej zęby dzieci były systematycznie kontrolowane. Raz w semestrze do klasy przychodziła dentystka i zapraszała wszystkie dzieci do gabinetu na przegląd zębów. Kto chciał leczyć się prywatnie, poza szkołą, mógł odmówić. Ale ogromna grupa dzieci korzystała na takich przeglądach, bo stanowiły one sito przesiewowe do bezpłatnego leczenia.

Latem 2018 r. ruszył program pod hasłem „Poprawa dostępności do świadczeń stomatologicznych dla dzieci i młodzieży w szkołach”. Do szkół publicznych miały powrócić gabinety dentystyczne. Samorządy na szczeblu gminnym, powiatowym i wojewódzkim miały składać wnioski o dofinansowania wyposażenia i remontów. Jednak w 2018 r. otwarto tylko kilkadziesiąt gabinetów, głównie w małych miejscowościach. Koszt wyposażenia takiej pracowni to prawie 50 tys. zł, tu jednak kłopoty się nie kończą.

Program napotyka na wiele problemów, przede wszystkim kadrowych. Brak pielęgniarek jest już legendarny – przez lata żelazna ręka wolnego rynku ściskała je w klinczu niskich płac, szantażu emocjonalnego („nie odejdziecie do łóżek,, bo narazicie pacjentów”) lub jednym i drugim skutecznie zachęcała do wyjazdów na Zachód. Dentystów za to nie brakuje, to jeden z intratniejszych zawodów medycznych. Cóż z tego, skoro nie chcą pracować w szkołach (a i nierzadko leczyć „na NFZ”), bo „to się im nie opłaca”. W dodatku logika rynkowa przez ostatnie trzydzieści lat przeorała nam umysły tak solidnie, że są w takim podejściu usprawiedliwiani. Pielęgniarka może zarabiać tragicznie mało, chwytać sroki trzech etatów za ogon, a „jak się nie podoba, to zmienić pracę”, stomatolog ma zaś wyłącznie zarabiać i bogacić się w prywatnym gabinecie, mimo że państwo polskie zapłaciło za lata jego darmowych studiów, praktyk i ćwiczeń. W którym momencie zatraciliśmy rozsądek, trzeźwość myślenia, dbałość o zdrowie obywateli? Dlaczego uznaliśmy, że przedstawiciele pewnych niezbędnych zawodów nic nie muszą, choć ich pomoc jest de facto nieodzowna?

Kilka dni temu czytałam na facebookowym profilu Związku Nauczycielstwa Polskiego dyskusję o powrocie darmowej opieki dentystycznej do szkół. Jeśli uda się to przeprowadzić, to wydawałoby się, że to wspaniały pomysł, prawda? Otóż nie – w optyce większości komentujących jest to idea fatalna. „Kojarzy się z komuną”, „jakość plomb będzie słaba”, „dzieci będą się bały”, „nikt nie powinien prowadzić leczenia pod nieobecność rodzica”, i tak dalej. Powracają (i dominują) także oczywiście stare liberalne śpiewki. Prywatne lepsze. Dentystom nie będzie się opłacać, a trudno ich zmuszać. Kto za to wszystko zapłaci? – oczywiście my, z podatków.

Byłam przerażona, że można ludziom oferować coś dobrego i za darmo, rozwiązanie, które może oznaczać uporanie się z problemem próchnicy wśród dzieci na szerszą skalę, ale i tak wiele osób uzna je za niekoniecznie, a wręcz potraktuje je wrogo. Płacą podatki i jęczą, że nie ma usług publicznych (a raczej ich nie dostrzegają, bo przecież są, i to znośne). Mają możliwość dostać coś w zwrocie za te podatki, bez ich podwyższania – pomoc i usługę, która kiedyś była standardem w szkołach. Wolą zapłacić za prywatne na wolnym rynku kupę forsy, bo „lepsze” – niech płacą. Ale niech nie torpedują prawa dostępu do takiej pomocy tym, którzy jej potrzebują. Nie wszystkie dzieci są prowadzane do prywatnych dentystów, którzy rozdają pluszowe ząbki i odznaki dzielnego pacjenta. Są dzieci z próchnicą, której nikt nie leczy, bo brak na to czasu i środków. Nie wszystkim dzieciom ktoś poda choćby witaminy czy tabletkę przeciwbólową. Nie wszystkie dzieci ktoś zważy, zmierzy, dostrzeże wady postawy czy wszawicę. Nie wszystko rozwiąże wolny rynek rękami rodziców, bo nie wszyscy rodzice mają pieniądze, wiedzę i kompetencje, by prowadzać dziecko do dentysty czy na zwykłe bilanse. Mówienie „to niech zaczną mieć” to wygodne spychanie odpowiedzialności z państwa, które za „złej komuny” takie minimum zapewniało.

Bardzo trudno będzie przywrócić opiekę pielęgniarską i dentystyczną w każdej szkole. Są problemy z kadrami, choć mógłby je rozwiązać np. nakaz praktykowania młodych dentystów przez jakiś czas w szkole czy poradni państwowej, za stawki nierynkowe, dla dobra wspólnego. Są problemy finansowe i organizacyjne – za gabinety mają zapłacić samorządy, którym właśnie rząd uszczuplił wpływy, wprowadzając zerowy PIT do 26. roku życia. Przed nami korowód kłopotów, które będziemy musieli pokonać tylko po to, by… przywrócić do dawnego stanu to, co mieliśmy i co nieźle funkcjonowało. Ale trzeba koniecznie wejść na tę drogę. Innej nie ma.

Magdalena Okraska

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie