Polish Jazz po latach, czyli dlaczego warto wymagać więcej

·

Polish Jazz po latach, czyli dlaczego warto wymagać więcej

·

W 2015 roku doszło do przejęcia katalogu legendarnej wytwórni płytowej Polskie Nagrania przez firmę Warner – jednego z największych światowych wydawców. Ta transakcja wywołała sporo kontrowersji. Jedni uważali, że państwo niepotrzebnie odsprzedało prawo do cennych dóbr kultury, inni wyrażali nadzieję, że duża wytwórnia doprowadzi do wydania reedycji wielu białych kruków sprzed lat. Najwięcej emocji budziła seria płytowa „Polish Jazz”, w której katalogu znajduje się absolutna klasyka polskiej muzyki – płyty Komedy, Namysłowskiego, Stańki czy Urbaniaka. Część z nich była poszukiwana przez kolekcjonerów z całego świata, niektóre osiągały niewyobrażalne ceny na aukcjach internetowych. Nic więc dziwnego, że Warner wkrótce zaczął wydawać reedycje płyt z kultowej serii (udostępnił je także w serwisach streamingowych). Na tym jednak nie koniec. Seria Polish Jazz doczekała się kontynuacji i obecnie ukazują się jej kolejne części. Warto pokusić się o dotychczasowy bilans tej aktywności.

W jednym z weekendowych wydań „Dziennika Gazety Prawnej” ukazał się artykuł Konrada Wojciechowskiego pod tytułem „Scena XXL”, prezentujący polskie zespoły jazzowe występujące w dużych składach. Jednym z bohaterów tekstu był Piotr Damasiewicz – lider grupy Power of the Horns, która pod koniec 2019 r. wydała płytę zatytułowaną „Polska”. Album zdobył duże uznanie krytyki, a wielu komentatorów uznało go za jedną z najlepszych płyt roku. Jak wynika z artykułu w Dzienniku, Damasiewicz prowadził rozmowy także z Warnerem. „Była szansa – pisze Wojciechowski – na wydanie »Polski« w słynnym katalogu »Polish Jazz«, ale rozmowy z dużą wytwórnią nie przyniosły zadowalających rezultatów. Kiedy wydawca usłyszał przyjemną dla ucha solówkę Gerarda Lebika na saksofonie tenorowym w utworze »Billy«, bardzo zapalił się do wydania tego materiału. Ale kiedy posłuchał pozostałych kompozycji, znów okazało się, ze POTH robi muzykę zbyt wysublimowaną”.

Wiadomość ta bardzo mnie zdziwiła. „Polska” wcale nie jest płytą nieprzystępną jak na jazzowe standardy. Owszem, jest gęsta, rozimprowizowana, pełna nieoczywistych dźwięków, ale też niepozbawiona chwytliwych tematów i wciągającej dramaturgii. Poza tym w podstawowym katalogu Polish Jazz znajdziemy sporo znacznie trudniejszych albumów, w tym tak kanoniczne pozycje jak „Astigmatic” Krzysztofa Komedy czy „Twet” Tomasza Stańki. Przede wszystkim jednak dziwi fakt, że katalog Polish Jazz zamknięto przed jedną z najbardziej spójnych i dojrzałych płyt roku, mocno osadzoną w tradycji, a przy tym nowoczesną. Dodajmy do tego, że zespół Damasiewicza to absolutny dream team, z takimi osobowościami jak saksofonista Maciej Obara czy kontrabasista Ksawery Wójciński. Wydawałoby się, że to właśnie dla takich płyt wznowiono serię Polish Jazz. A jednak nie – duży wydawca za podstawowe kryterium uznał najwidoczniej potencjał komercyjny. Ostatecznie płyta ukazała się nakładem niezależnej wytwórni Astigmatic Records.

Kilka miesięcy wcześniej miała miejsce dość kuriozalna sytuacja. Mała, ale ceniona w środowisku obserwatorów nowej muzyki wytwórnia Szara Reneta otrzymała od koncernu Warner pismo z wezwaniem do zaprzestania naruszania praw autorskich. Wezwanie to dotyczyło płyty (a właściwie kasety, bo na takim nośniku ukazuje się większość wydawnictw Szarej Renety) grupy Lounge Ryszards zatytułowanej „Polish Jazz vol. 420”.

Tytułowe nawiązanie do legendarnej marki miało charakter ewidentnie ironiczny, o czym można było się przekonać już patrząc na zdjęcie z okładki lub czytając tytuły utworów, np. „Lidl Zapomnienia w Piekle” czy „Zielony jak Cegła” (pisownia oryginalna). Muzyka prezentowana przez Ryszardów to dość agresywne improwizowane utwory bazujące na hałasie i krzykach – rzecz dość hermetyczna i kierowana raczej do innego odbiorcy niż typowy jazz. Dodajmy do tego, że kaseta ukazała się w nakładzie 50 sztuk (dla zainteresowanych – jest już wyprzedana). Trudno zatem uznać, że Warner faktycznie poniósł z tego tytułu jakieś szkody. Sprawę celnie skomentował na Facebooku dziennikarz muzyczny Bartek Chaciński: „Bardzo szanuję markę Polish Jazz i właśnie dlatego uważam, że powinna raczej szukać nowych wykonawców i utrzymywać z nimi ciepłe relacje niż straszyć sądem”. Trudno się nie zgodzić.

Te dwie sytuacje pokazują, że w relacjach między właścicielami marki Polish Jazz a środowiskiem muzycznym coś zgrzyta. Oczywiście, prywatna firma ma prawo wydawać co chce i prowadzić negocjacje z artystami według swoich kryteriów. Oczywiście może także dbać o prawa autorskie w sposób, który uzna za najwłaściwszy. Oddajmy też sprawiedliwość – pod szyldem Polish Jazz ukazują się naprawdę dobre płyty. Warner wypromował na przykład piekielnie zdolnego młodego saksofonistę Kubę Więcka. Nie zmienia to jednak faktu, że reaktywowana seria nie jest tym, czym mogłaby być, czyli katalogiem najciekawszych płyt jazzowych obrazującym pełne spektrum nurtów.

W ramach kontynuacji serii, czyli od 2016 r., ukazało się jak dotąd osiem płyt. Czy to dużo? Raczej nie. Złośliwie można zauważyć, że to niewiele więcej niż liczba pozycji w designerskiej serii ciuchów opatrzonych logo Polish Jazz (koszulkę z białym nadrukiem można mieć już za niecałe 500 zł). Tymczasem polski jazz jest dzisiaj w znakomitej kondycji. Starsi, jak wspomniany Maciej Obara czy Wojciech Mazolewski, zyskują międzynarodową rozpoznawalność. Młodsi, jak choćby Kamil Piotrowicz, śmiało rozpychają się łokciami. Na rynku ukazuje się mnóstwo jazzowych płyt, z których większość wydają niewielkie wytwórnie, jak For-Tune, Audio Cave, Multikulti, Astigmatic czy Alpaka. Duży jest też rozrzut stylistyczny. Wśród nowości znajdziemy zarówno bezpieczny salonowy jazz dla zachowawczego słuchacza, jak i śmiałe eksperymenty z większym polem dla swobodnej improwizacji. Muzycy potrafią prowadzić zaskakujące dialogi z jazzową tradycją, śmiało przekraczają granice gatunku, coraz chętniej sięgają też po inspirację polską muzyką tradycyjną. Ten żywioł raczej nie znajduje odbicia w katalogu Polish Jazz.

A teraz wyobraźmy sobie rzeczywistość alternatywną. Właścicielem marki Polish Jazz jest któraś z państwowych instytucji kultury. Ktoś wpada na pomysł, aby ferment w młodym polskim jazzie i ciągły popyt na klasykę gatunku wykorzystać do promocji polskiej kultury na świecie. W tym celu powołuje program pod nazwą Polish Jazz, zilustrowany legendarnym logotypem. Powołane zostaje grono eksperckie wyłaniające najlepszych młodych wykonawców, którym państwo zapewnia promocję na wybranych rynkach zagranicznych, organizuje branżowe prezentacje, funduje stypendia. W ramach konkursu wyłaniane są płyty, którym „przyznane” zostają kolejne numery serii Polish Jazz. Tym samym przestaje ona być własnością jednego wydawcy, a staje się katalogiem prezentującym najciekawsze wydawnictwa (także wydane przez małe wytwórnie lub własnym sumptem przez samych artystów), które również mogą liczyć na wsparcie finansowe i pomoc w dystrybucji. Przy okazji pod szyldem Polish Jazz ukazują się archiwalia gigantów jazzu (w archiwach radiowych kryje się jeszcze mnóstwo skarbów). Seria spotyka się z dużym zainteresowaniem. Hasło „następcy Komedy” budzi zainteresowanie w środowisku jazzowym na całym świecie. Oddolny ferment artystyczny zostaje przez mądrą politykę publiczną i z pomocą dobrze rozpoznanych zasobów rozwinięty i wykorzystany do promocji budowania wizerunku Polski.

Piszę tę historię alternatywną nie po to, żeby płakać nad rozlanym mlekiem (w istocie nie wiemy, czy taki program by powstał i czy by wypalił), ale żeby pokazać, iż marka Polish Jazz jest czymś więcej niż tylko znakiem towarowym. Formalnie należy do Warnera, ale trochę jakby do nas wszystkich. Stoi za nią potężny kawał historii muzyki, ale też wspomnień, skojarzeń, obrazów (legendarne okładki) czy choćby barwnych życiorysów. Od dysponenta szyldu, za którym stoi kawał polskiego dziedzictwa, należy oczekiwać więcej. Warner jest korporacją działającą dla zysku, warto jednak wywierać społeczną presję na odważniejszą politykę wydawniczą i budowanie bardziej partnerskich relacji z artystami.

Choć w serii Polish Jazz ukazują się dziś naprawdę dobre płyty, a wśród nich co najmniej jedna (Multitasking Kuby Więcka) na pewno przejdzie do historii gatunku, to trudno oprzeć się wrażeniu, że znak ten służy dziś bardziej do metkowania płyt, które i tak by się pod szyldem Warnera ukazały niż do tworzenia nowej jakości. A przecież marka Polish Jazz mogłaby być przewodnikiem po współczesnym polskim jazzie, Warner mógłby wychwytywać zdolnych debiutantów, inicjować międzypokoleniowe spotkania, rejestrować najciekawsze koncerty. Może problem w tym, że nikt takich oczekiwań dostatecznie głośno nie formułuje. Może to najwyższy czas zacząć to robić.

Maciej Łata

Warto przeczytać także tekst o sprzedaży polskiego dziedzictwa fonograficznego firmie Warner: Polskie nabrania.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie