Lepiej kameralnie i lokalnie. Wsparcie osób z niepełnosprawnością w trakcie pandemii

·

Lepiej kameralnie i lokalnie. Wsparcie osób z niepełnosprawnością w trakcie pandemii

·

„Koronawirus pokazał nam, że w różnych obszarach życia społecznego mamy różne problemy, z którymi się borykamy i które powinny być rozwiązane” – to słowa posłanki Lewicy, Magdaleny Biejat, które padły podczas posiedzenia dotyczącego deinstytucjonalizacji systemu wsparcia. Te słowa można odnieść do wielu sfer związanych z sytuacją osób z niepełnosprawnością w czasie pandemii.

W momencie, gdy powstaje ten tekst, epidemia trwa w najlepsze. Nowe przypadki liczy się w setkach, a choć obostrzenia, którym poddano społeczeństwo, zostały de facto zniesione, to jednak duża grupa osób nadal musi zmagać się ze skutkami koronawirusa. Do tej grupy zaliczają się także osoby z niepełnosprawnością. Wyliczenie ich wszystkich wymagałoby przeprowadzenia szeroko zakrojonych badań i przygotowania obszernego raportu. Jednak nawet bez nich warto, aby społeczeństwo zdawało sobie sprawę z tego, z jakimi problemami zmagały się osoby z niepełnosprawnościami.

„Wiele osób z różnymi rodzajami niepełnosprawności miało znacznie ograniczony dostęp do informacji zarówno dotyczących pandemii, jak i funkcjonowania różnego typu instytucji czy punktów usługowych” – opowiada dr Krzysztof Kurowski, przewodniczący Polskiego Forum Osób z Niepełnosprawnościami. „Problem ten dotyczył osób głuchych, niewidomych czy z niepełnosprawnością intelektualną. Dodatkowe zasady ochrony są kłopotliwe dla osób z niepełnosprawnością manualną, znacznie ograniczony był dostęp do rehabilitacji. Osobnym i największym problemem jest sytuacja w placówkach całodobowych” – wymienia dr Kurowski.

Tu warto pochylić się nad osobami, które z powodu niepełnosprawności mieszkają w instytucjach opiekuńczych – na przykład w domach pomocy społecznej (DPS). Choćby ze względu na to, co działo się w całej Europie.

Uniknąć scenariusza włoskiego

„Instytucje opiekuńcze stanowczo nie zdały egzaminu w okresie pandemii. Po pierwsze, są bardzo dużymi ogniskami, wprawdzie znacznie mniejszymi niż w innych krajach, ale jednak znacznie większymi niż w innych miejscach. Jednak równie istotnym, choć nie podnoszonym w mediach problemem, jest sytuacja psychiczna mieszkańców DPS. Od czterech miesięcy są oni zamknięci w swoich pokojach, bez możliwości wyjścia. Myślę, że większość społeczeństwa nie wyobraża sobie znalezienia się w takim położeniu. Niestety nie widać w debacie publicznej refleksji na ten temat. Pojęcie deinstytucjonalizacji nadal jest dyskutowane tylko w wąskim gronie” – wyjaśnia dr Kurowski.

Tu warto podać statystykę, według której mieszkańcy DPS-ów są 50-krotnie (!) bardziej narażeni na śmierć w wyniku koronawirusa niż reszta społeczeństwa.

Według danych z końca czerwca koronawirus pojawił się w 25 z 824 DPS-ów – mowa tu o placówkach, nad którymi pieczę ma Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Samych zakażonych było 177 pensjonariuszy (6,5 procent wszystkich) i 84 pracowników. Od początku pandemii do końca czerwca zmarło 138 osób z tego grona. Te liczby pokazują, że w Polsce udało się uniknąć tzw. scenariusza włoskiego czy hiszpańskiego – z wojskiem, które wywozi ciężarówkami ciała zmarłych na koronawirusa mieszkańców instytucji opiekuńczych.

„Na zachodzie Europy praktycznie pominięto grupę ryzyka, jaką są mieszkańcy placówek opiekuńczych. W Polsce dosyć szybko w tego typu placówkach wprowadzono zakaz odwiedzin, przyjęto surowy reżim sanitarny itd.” – stwierdza Kurowski. On i inni eksperci zajmujący się tematyką niepełnosprawności wskazują, że Polacy wyciągnęli wnioski z dramatycznych doświadczeń innych krajów i zadziałali dość szybko. Stało się to m.in. dzięki czujności organizacji społecznych i szybkim decyzjom wiceminister Iwony Michałek oraz Pełnomocnika Rządu ds. Niepełnosprawności Pawła Wdówika. Nie bez wpływu na to była też inna struktura demograficzna DPS. W Polsce w tego typu placówkach mieszkają ludzie młodsi niż np. w Szwecji czy Belgii, gdzie żyją w takich miejscach raczej seniorzy, a nie tak jak u nas osoby z niepełnosprawnością1.

Krzysztof Kurowski był jednym z autorów listu wystosowanego na początku pandemii do najwyższych władz państwowych, podpisanego przez 324 przedstawicieli różnych instytucji i organizacji. List zawierał szereg propozycji rozwiązań, które miały pozwolić uniknąć sytuacji z Włoch czy Francji. „Jeśli podobny kryzys nawiedzi Polskę, umrzeć może nawet 1/3 mieszkańców domów pomocy społecznej, zakładów opiekuńczo-leczniczych i zakładów pielęgnacyjno-opiekuńczych, a zatem ponad 40 tysięcy osób z niepełnosprawnościami i seniorów, a pozostałych czekają bardzo bolesne skutki, zarówno znaczne pogorszenie stanu zdrowia fizycznego (np. na skutek odleżyn), jak i psychicznego (np. traumy)” – napisali sygnatariusze tego listu2.

Wśród propozycji działań, które rząd powinien podjąć, aby zapewnić bezpieczeństwo mieszkańcom DPS-ów, znalazły się m.in. monitorowanie sytuacji mieszkańców instytucji stałego pobytu oraz osób korzystających z usług społecznych, utworzenie w samorządach bazy osób wymagających wsparcia i sieci instytucji wspierających, ale też udział Wojsk Obrony Terytorialnej we wspomaganiu mieszkańców DPS.

Warto zwrócić uwagę na szybką reakcję polskiego rządu, który, będąc w stałym kontakcie z przedstawicielami środowiska osób z niepełnosprawnością, zajął się sprawą placówek całodobowych. Reakcja ta polegała m.in. na przesłaniu do DPS-ów dużych ilości środków ochronnych – w tym maseczek i płynów dezynfekcyjnych, ale też na stałym monitoringu sytuacji w DPS-ach. Ogromną rolę odegrały również Wojska Obrony Terytorialnej. Żołnierze WOT zajmowali się dostarczaniem żywności, pobieraniem próbek, transportem, a w skrajnych przypadkach nawet ewakuacją podopiecznych placówek.

Potrzeba deinstytucjonalizacji

Jednak co najmniej równie ważne było samo zaangażowanie pracowników DPS, a także prowadzących je samorządów i organizacji pozarządowych. Często pracując we frontowych warunkach, pielęgniarki, terapeuci i reszta personelu zapewniali wsparcie tysiącom osób mieszkających w DPS-ach. To właśnie dzięki temu liczba ofiar koronawirusa nie osiągnęła stanu znanego choćby z Belgii – o wiele przecież bogatszej od Polski.

Jednak w kontekście DPS-ów powinno się mówić nie tyle o sukcesie w walce z koronawirusem, ile o konieczności zmiany systemu wsparcia i odejściu od modelu wielkich instytucji na rzecz małych placówek działających w oparciu o społeczność lokalną. Tu warto podać dobre przykłady, jak choćby podkrakowska Farma Życia prowadzona przez Fundację Wspólnota Nadziei. Mieszkające tam osoby z autyzmem, choć oczywiście poddane surowym rygorom czasu pandemii, były w relatywnie lepszej sytuacji niż mieszkańcy instytucji-molochów, w których przebywa nawet kilkaset osób. Krzysztof Kurowski jako dobry przykład podaje też funkcjonujący w Gdańsku system mieszkań wspomaganych, które są formą wsparcia najbliższą duchowi Konwencji ONZ o Prawach Osób z Niepełnosprawnościami.

Tak swoją sytuację opisywał mieszkaniec jednego z DPS: „Czwarty miesiąc bez wyroku izolacji od rodzin i społeczeństwa, bo jesteśmy najsłabsi, chorzy, najbardziej narażeni; takie tłumaczenie. Pytam, dlaczego tylko tak dba się o mieszkańców DPS, dlaczego rząd nie wyłapie wszystkich chorych, starych, niepełnosprawnych i nie izoluje ich tak samo. Nie zależy im na nich. Od maja działają dzienne domy, terapie zajęciowe, pracownicy korzystają ze zniesionych obostrzeń, a mieszkaniec nadal zamknięty w domach. Ograniczenia w rehabilitacji, terapii zajęciowej, nawet w spożywaniu posiłków w grupach lub w pokojach. Rzecznik Praw Obywatelskich interweniuje w sprawie więźniów, że mają ograniczone widzenia, a w sprawie DPS wystosował zapytanie. To na tyle w sprawie mieszkańców DPS ze strony rzecznika. Zamiast powolnej śmierci w izolacji dajcie nam wybór natychmiastowej eutanazji”.

Eksperci zajmujący się tematyką niepełnosprawności wskazują, że koronawirus wyraźnie pokazał, jak ważne jest wprowadzenie usług opartych na społecznościach lokalnych – jak mieszkania chronione czy usługi asystenckie. I to nie na poziomie projektów, ale ogólnokrajowej strategii. Taka właśnie strategia ma według zapewnień wiceministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Stanisława Szweda ujrzeć światło dzienne jeszcze we wrześniu tego roku.

Psychiatria wstaje z zapaści

Tu warto wskazać, że proces deinstytucjonalizacji już zachodzi w polskiej psychiatrii. Po wielu latach – bo o potrzebie odejścia od modelu opartego na wielkich szpitalach psychiatrycznych pisano już w latach 70. – Polska doczekała się wprowadzenia, choć na razie pilotażowo, programu Centrów Zdrowia Psychicznego (CZP). Dla nich swego rodzaju próbą ognia okazała się właśnie pandemia.

Na czas epidemii zawieszono w szpitalach psychiatrycznych możliwość odwiedzin, co jest bardzo trudne dla pacjentów, którzy nie mogą spotkać się bezpośrednio ze swoimi bliskimi. Ze względów bezpieczeństwa z części szpitali zwolniono osoby będące w lepszym stanie i pozostawiono tylko te wymagające bardzo intensywnej pomocy, u których np. istnieje zagrożenie życia. Ograniczono też przyjęcia. Kryzys związany z koronawirusem nałożył się na ten od lat trawiący polską psychiatrię, ale też pokazał, że przyjęty przez rząd program jej reformy przynosi pozytywne rezultaty.

Jak tłumaczył na łamach magazynu „Integracja” prof. Andrzej Cechnicki, kierownik Zakładu Psychiatrii Środowiskowej Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, polska psychiatria przed epidemią zaczęła bardzo mocno dźwigać się ze stanu zapaści, wdrażając Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego i uruchamiając w 2020 roku 42 Centra Zdrowia Psychicznego. „Leczenie w CZP jest szybko dostępne, w pobliżu miejsca zamieszkania, w modelu kapitacyjnym, czyli w powiązaniu z odpowiedzialnością za mały, przejrzysty dla opieki rejon. Szczególną formą składającą się na Centra Zdrowia Psychicznego są zespoły leczenia środowiskowego rozwijające leczenie w domu pacjentów we współpracy z rodziną” – tłumaczył prof. Cechnicki3. Psychiatra przekonuje, że doświadczenia CZP pokazują, iż ta forma opieki przynosi wiele korzyści. Pacjenci mają szybki dostęp do specjalistów, a całościowa opieka odbywa się niedaleko ich miejsca zamieszkania. Przez to zmniejsza się potrzeba hospitalizacji w zamkniętych placówkach. „To, jak ta zmiana była konieczna, pokazuje nam sytuacja pandemii. Dzięki temu udało się choć części pacjentów udzielić pomocy w sytuacji, gdy szpitale przechodzą kwarantannę lub zostały przekształcone w szpitale zakaźne. Dlatego im bardziej rozbudowana jest opieka psychiatryczna poza szpitalem, tym lepiej dla pacjentów. Każdego dnia obserwujemy i analizujemy bariery w realizacji reformy, aby zaraz po ustąpieniu nasilenia epidemii dokonać podsumowania i przedstawić ministrowi wnioski” – mówił Cechnicki magazynowi „Integracja”.

„Centra Zdrowia Psychicznego w sytuacji nadzwyczajnych okoliczności związanych z epidemią starały się elastycznie i szybko dostosować do zmieniających się okoliczności i potrzeb. Nie przerwały swojej działalności ani na moment. Ogłoszenie stanu zagrożenia epidemicznego, a następnie stanu epidemii spowodowało jednak zmiany w ich funkcjonowaniu, w organizacji procesu udzielania świadczeń i ich zakresu. Wszystko w trosce o bezpieczeństwo pacjentów” – wyjaśnia Katarzyna Kisielińska, rzeczniczka Biura ds. Pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego. „Przy wejściu do CZP mierzy się pacjentom i pracownikom temperaturę. W punktach zgłoszeniowo-koordynacyjnych, do których trafiają osoby chcące rozpocząć leczenie w Centrum Zdrowia Psychicznego, preferowany jest kontakt telefoniczny poprzedzający wizytę. Specjaliści dyżurujący w PZK telefonicznie informują, proponują wstępne wsparcie i koordynowanie dalszej pomocy, z zachowaniem możliwości bezpośredniego kontaktu w przypadkach naglących lub takich, kiedy zdalne wsparcie jest niewystarczające” – dodaje Katarzyna Kisielińska.

Jak informuje rzeczniczka biura ds. pilotażu, pacjentom, którzy już są pod opieką centrów, lekarze i psychologowie udzielają teleporad. W formie telefonicznej, przy pomocy Skype’a lub Zooma, odbywa się psychoterapia zarówno indywidualna, jak i grupowa. Praca poradni zdrowia psychicznego (PZP) kontynuowana jest bowiem w większości CZP głównie za pośrednictwem systemów teleinformatycznych (telefonicznie, rzadziej poprzez pocztę elektroniczną czy komunikatory wideo). Na odstępstwa od tej zasady decydowano się głównie w odniesieniu do pacjentów pierwszorazowych lub sygnalizujących szczególnie istotne trudności, albo wymagających podania leków w postaci zastrzyku. Dużym ułatwieniem była możliwość korzystania z e-recept i e-zwolnień.

W podobny sposób świadczona jest opieka w ramach zespołów leczenia środowiskowego (ZLŚ). Czynny charakter realizowanej przez ZLŚ opieki wymaga częstszego i bardziej regularnego kontaktu z pacjentami, obecnie realizowanego głównie za pośrednictwem systemów teleinformatycznych. Wyjątki wiążą się głównie z koniecznością podawania leków w postaci iniekcji. Część CZP realizuje też wizyty domowe w sytuacji innych niezbędnych potrzeb pacjentów.

Centra Zdrowia Psychicznego świadczą nie tylko pomoc ambulatoryjną, domową i dzienną, ale każde z nich ma łóżka kryzysowe na wypadek, gdyby konieczne było objęcie pacjenta opieką całodobową. Przyjęcia do oddziałów psychiatrycznych CZP podczas pandemii zostały ograniczone do wskazań bezwzględnych. Dzięki temu pacjenci nie muszą rezygnować z leczenia w trakcie pandemii, a jednocześnie nie są odizolowani od świata zewnętrznego – jak to miało miejsce w przypadku pacjentów szpitali psychiatrycznych. „Ta elastyczność centrów w działaniu jest możliwa dzięki nieskrępowaniu sztywnymi harmonogramami i warunkami udzielania świadczeń występujących w ramach tradycyjnych rozwiązań systemowych. Istotne znaczenie odegrał nowy sposób finansowania pilotażowych CZP – w postaci ryczałtu na populację, co zapewniło stabilność finansową CZP i umożliwiło skupienie działań na poszukiwaniu adekwatnych rozwiązań w odpowiedzi na wyzwania związane z epidemią. Dobrze funkcjonująca opieka środowiskowa sprzyja poznawaniu potrzeb pacjentów i ich warunków życia, co sprawia, że nawet w sytuacji nadzwyczajnej, jak epidemia, opieka nadal prowadzona jest w bezpieczny sposób, dostosowany do danego przypadku” – wyjaśnia Katarzyna Kisielińska.

Placówki dziennego pobytu w trybie zdalnym

Kolejnym problemem, o którym nie można zapomnieć, są placówki dziennego pobytu – m.in. Środowiskowe Domy Samopomocy oraz Warsztaty Terapii Zajęciowej, z których korzystają osoby z różnymi niepełnosprawnościami. Do 25 maja 2020 r. te placówki były zamknięte, a uczestnicy i ich rodziny musieli radzić sobie w inny sposób. W części tego typu placówek – jak choćby tych prowadzonych przez Fundację im. Brata Alberta, przestawili się na tryb zdalny. „Kierownicy naszych placówek, a także pracujący w nich pedagodzy, psychologowie i terapeuci, utrzymują kontakt z rodzinami podopiecznych, i jest to bardzo ważne. Udzielają wsparcia poprzez rozmowę telefoniczną także uczestnikom naszych warsztatów i różnych zajęć terapeutycznych” – opowiadał prezes Fundacji im. Brata Alberta, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. „Wiedzą bowiem, że z dnia na dzień problemy naszych rodzin będą się pogłębiały. Ogromnie ważną rolą terapeutów jest podtrzymywanie kontaktu. Zresztą rodzice i opiekunowie sami do nas dzwonią – także po to, by po prostu porozmawiać, dopytać o wiele spraw, gdyż w nowej sytuacji czują się zagubieni” – tłumaczył duchowny4.

Z myślą o wsparciu uczestników m.in. warsztatów terapii zajęciowej Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych uruchomił specjalny program pomocowy. Osoby z niepełnosprawnością lub ich opiekunowie mogli składać wnioski o wsparcie w wysokości 500 zł netto na dofinansowanie kosztów związanych z zapewnieniem opieki w warunkach domowych.

Edukacja – najwięcej tracą najsłabsi

Oddzielnym tematem jest edukacja dzieci ze specjalnymi potrzebami. Tą tematyką zajmują się społeczniczki i społecznicy z Inicjatywy Chcemy Całego Życia, którzy w tej sprawie przygotowali w maju pismo do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Czytamy w nim m.in.: „Joasia z małopolskiej szkoły specjalnej, uczennica z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego ze względu na niepełnosprawność intelektualną w stopniu umiarkowanym i epilepsję, nie odbyła żadnej lekcji zdalnej. Jej młodsze rodzeństwo korzysta naprzemiennie ze starego laptopa i smartfona mamy, jednak dla Joasi to za duże wyzwanie. Nauczyciele i samotnie wychowująca dzieci mama poddali się przy pierwszej próbie przeprowadzenia lekcji. Joasia dostaje trzy karty pracy w tygodniu do wypełnienia, zawierające powtórzenia przerobionego materiału. Ten rok szkolny jest dla niej stracony. Podobnie jak dla Bartka w spektrum autyzmu i z ADHD, ucznia łódzkiej szkoły podstawowej integracyjnej, u którego zamknięcie w domu i radykalna zmiana rutyny spowodowały nasilenie stanów lękowych, ataki paniki, autoagresję i utratę ciężko wypracowanych umiejętności koncentracji na krótkich zadaniach. Rodzice i nauczyciele przygotowywali Bartka do edukacji w szkole branżowej, jednak jego regres jest tak głęboki, że plany te w zaledwie kilka dni stały się nierealne i potrzebna była interwencja farmakologiczna. Kamil, młody człowiek w spektrum autyzmu, uczeń szkoły specjalnej w centralnej Polsce za rok kończy edukację szkolną. Od momentu przejścia w tryb zdalny nie miał ani jednej lekcji. Nie ma komputera ani telefonu z dostępem do internetu. Mama wychowuje go sama. Nie została poinformowana przez szkołę, że w takiej sytuacji rodzinie przysługuje wypożyczenie sprzętu lub alternatywne przekazywanie zadań”.

To właśnie w imieniu takich młodych ludzi inicjatywa Chcemy Całego Życia zdecydowała się zabrać głos. „Jest duża grupa wykluczonych, którzy nie mogą podjąć nauki przez internet, i w przypadku których niestety nie podjęto nawet próby dostosowania do nowych form nauczania” – czytamy w apelu zaadresowanym do Ministra Edukacji Dariusza Piontkowskiego. Jak wskazują autorki i autorzy pisma, zamknięcie szkół zmusiło rodziców do przejęcia obowiązków nauczycieli i specjalistów, choć większość z nich nie posiada kompetencji, by sprostać takim zadaniom. Rodzice dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi poczuli się pozostawieni sami sobie i przytłoczeni nadmiarem zadań, niejednokrotnie całkowicie niedostosowanych do indywidualnych potrzeb ich dzieci, ale też do pogarszających się w trakcie pandemii warunków edukacji domowej i realiów życia rodzin osób z niepełnosprawnościami. „Raportowanie, skanowanie, przesyłanie, drukowanie – to nowe zadania rodziców dzieci z niepełnosprawnościami, którzy nie korzystają z subwencji oświatowej, a przejmują większość obowiązków szkoły oraz ponoszą koszty materialne i psychiczne zdalnego nauczania. Nauczyciele, rozliczani z pracy przez swoich zwierzchników, naciskają na »raportowanie« w określonym czasie, co jest zadaniem ponad siły rodzin uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi” – czytamy w apelu do ministra.

Ponadto działacze wskazują, że uczniowie ze specjalnymi potrzebami zostali de facto odcięci od różnych form rehabilitacji dostępnych w szkole, a których czasem wręcz nie da się prowadzić zdalnie. „W warunkach zdalnej edukacji specjalistyczne wsparcie to często jedynie namiastka wsparcia. Zarówno dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, jak i ich rodzice dotkliwie odczuwają brak oddziaływań pomocniczych i rewalidacyjnych, brak wsparcia terapeutycznego i dostępu do lekarzy specjalistów” – wskazali reprezentanci Chcemy Całego Życia.

Ich zdaniem czas pandemii negatywnie wpłynie na jakość nauczania i wsparcie uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Konsekwencje takiego stanu rzeczy szkolnictwo specjalne będzie odczuwać przez kilka lat, a niestety najwyższą cenę zapłacą najbardziej potrzebujący – uczniowie z niepełnosprawnościami sprzężonymi, którzy stracili bezpowrotnie czas wydłużonych etapów edukacyjnych.

Dlatego też inicjatywa pisze: „Zwracamy się do pana ministra z apelem o podjęcie działań mających na celu zniwelowanie strat poniesionych przez uczniów ze specjalnymi potrzebami i ich rodziny – choćby dostosowanie do nowych warunków indywidualnych programów edukacyjno-terapeutycznych i możliwość dodatkowego wydłużenia etapu edukacyjnego na kolejny rok szkolny na wniosek rodziców/opiekunów uczniów z niepełnosprawnościami”.

Lekcja z pandemii do odrobienia

Okres pandemii pokazał wyraźnie, że dotychczasowa system wspierania osób z niepełnosprawnościami musi ulec zmianie. Przede wszystkim potrzebne jest odejście od modelu opartego na wielkich instytucjach i przejście do opartego na społecznościach lokalnych. Małe, kameralne placówki radziły sobie o wiele lepiej niż ogromne zatłoczone DPS-y, a ich mieszkańcy mieli dużo większy komfort psychiczny. Przykład Centrów Zdrowia Psychicznego pokazuje, że przy lokalnych i zindywidualizowanych usługach można zapewnić różne formy wsparcia nawet w skrajnym reżimie sanitarnym – dzięki czemu korzystające z nich osoby mogą uniknąć regresu związanego z brakiem stałej pomocy.

Okazało się również, że potrzebna jest sieć placówek dziennego pobytu – zwłaszcza w małych miejscowościach – których pracownicy będą w stanie udzielać także niestacjonarnej pomocy. Pandemia wyraźnie pokazała, że nawet zwykły telefon, gotowość do porozmawiania i okazanie solidarności są na wagę złota. Na wagę złota jest też mądrze zaplanowana edukacja, która uwzględnia różnorodne potrzeby uczniów i nikogo nie zostawia za burtą. To wszystko można streścić w jednym zdaniu: potrzebujemy nie instytucji, ale zorientowanych na ludzkie potrzeby usług widzących człowieka, nie kolejny numer do „odhaczenia”.

Przypisy:

  1. Najwyższa pora na reformę DPS-ów, „Integracja” nr 2/2020.
  2. „Umrzeć może nawet 1/3 mieszkańców domów pomocy społecznej”. Dramatyczny list do prezydenta i premiera, http://www.niepelnosprawni.pl/ledge/x/957920
  3. Egzamin z bycia człowiekiem, „Integracja” 2/2020.
  4. Placówki i ośrodki. Sytuacja może zaraz być dramatyczna, http://www.niepelnosprawni.pl/ledge/x/945036

Mateusz Różański (ur. 1988) – dziennikarz magazynu „Integracja” i portalu Niepelnosprawni.pl, zajmujący się tematyką niepełnosprawności w różnych aspektach: ekonomicznym, społecznym i zdrowotnym. W roku 2019 otrzymał tytuł Ambasadora Konwencji ONZ o Prawach Osób z Niepełnosprawnościami. Czytelnik „Obywatela” i „Nowego Obywatela” od 2002 roku.

komentarzy