Baliśmy się Trumpa – czy powinniśmy obawiać się Bidena?

·

Baliśmy się Trumpa – czy powinniśmy obawiać się Bidena?

·

Wszystko wskazuje na to, że 20 stycznia 2021 roku Joe Biden obejmie obowiązki głowy państwa, kończąc niespokojną erę Donalda Trumpa. Chociaż w poprzednich wyborach triumf tego ostatniego był według doniesień medialnych nieprzyjemnym zaskoczeniem dla polskiego obozu władzy, stawiającego na wygraną Hillary Clinton i pozbawionego kontaktów w środowisku politycznym miliardera, teraz dla odmiany krajowe czynniki dość wyraźnie ociągały się z uznaniem explicite rozstrzygnięcia na korzyść przedstawiciela Partii Demokratycznej, jak gdyby nie odrzucając całkowicie kreślonych przez co większych fantastów scenariuszz, zgodnie z którymi władzę miałby utrzymać Republikanin.

W roku 2016 czynniki polskie, w tym tradycyjnie sympatyzujący z Republikanami obóz PiS, obawiały się Donalda Trumpa z powodu wygłaszanych przezeń w trakcie kampanii i odwzajemnianych przez Kreml pozytywnych sądów na temat Władimira Putina. A także wskutek spekulacji na temat jego pozytywnych rzekomych „niebezpiecznych związków” z Rosją i faktycznych ingerencji Moskwy w przebieg poprzednich wyborów, które według części opinii miały wręcz zapewnić miliarderowi zwycięstwo. Zaniepokojenie budziły zapowiedzi rewizji polityki zagranicznej w duchu izolacjonizmu.

Z perspektywy czasu obawy te nie sprawdziły się. Przy całej kontrowersyjności uprawianej polityki Trump nie tylko nie zniszczył NATO ani nie uznał de iure rosyjskich zdobyczy terytorialnych na Ukrainie, ale wręcz podjął działania mające na celu zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w Europie Środkowej. Nałożone przez jego administrację sankcje spowodowały również poważne kłopoty dla budowy traktowanego jako strategiczne zagrożenie gazociągu Nord Stream 2. Rosjanie niekorzystnie oceniali również politykę administracji Trumpa w odniesieniu do zbrojeń – wzrost ogólnych wydatków, wycofanie się Waszyngtonu z traktatu INF (o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu). Kłopotliwe dla Moskwy pozostawały amerykańskie działania wobec jej aliantów (rząd Syrii, Wenezuela, bardziej skomplikowany przypadek Iranu).

Ogólna retoryka obozu Bidena dla odmiany nie dawała polskim władzom asumptu do obaw. Kandydat Demokratów w kampanii wskazywał kategorycznie Rosję jako przeciwnika Stanów Zjednoczonych, zapowiadał też bardziej zdecydowane i ostrzejsze retorsje wobec naruszeń amerykańskich interesów i odtworzenie naruszonej przez politykę Trumpa koordynacji wspólnej państw zachodnich wobec Moskwy. Jednak bardziej szczegółowa analiza deklaracji wskazuje, że zapowiedź zaostrzenia stanowiska wobec Rosji może pozostać pusta (nie towarzyszą jej żadne konkretne koncepcje), a faktyczna polityka będzie bardziej koncyliacyjna, nastawiona na pewną normalizację stosunków między mocarstwami. Biden deklarował, w przeciwieństwie do Trumpa, bezwarunkowe przedłużenie traktatu o redukcji zbrojeń strategicznych New START. Nowa administracja może być też skłonna do redukcji nakładów na zbrojenia, aczkolwiek w świetle globalnej konfrontacji z Chinami pozostaje to spekulacją. Zapowiadany powrót do negocjacji w sprawie programu nuklearnego z Iranem nie musi być z punktu widzenia Moskwy jednoznacznym pozytywem. Wydaje się, że żadna administracja amerykańska w przewidywalnym horyzoncie czasowym nie będzie dążyła do przekroczenia progu wojny z krajem rządzonym przez ajatollahów. Natomiast ostry kurs wobec Teheranu ogranicza jego pole manewru w polityce międzynarodowej i skazuje go na Rosję, chociaż interesy obu krajów nie są bynajmniej tożsame. Trudno jednak mówić o koncepcjach „strategicznego resetu” z relacjach z Rosją, który nastąpił na początku prezydentury Baracka Obamy. Wydaje się, że w polityce amerykańskiej na tym odcinku będzie przeważała kontynuacja, natomiast wielki przewrót w stosunkach, mający na celu rozbicie układu chińsko-rosyjskiego, pozostaje możliwą ewentualnością niezależnie od konkretnej administracji amerykańskiej.

Wstrzemięźliwość obozu PiS wobec Bidena ma zatem prawdopodobnie przyczyny odmienne niż geostrategia sensu stricto. Wydaje się pewne, że polska polityka wewnętrzna będzie przez nową administrację amerykańską postrzegana znacznie gorzej niż za czasów Trumpa i może to stanowić spory problem wizerunkowy dla polskiego rządu. Republikański Waszyngton pozostawał wszak neutralny wobec koncepcji PiS dotyczących porządku prawnego, co pozwalało na arenie wewnętrznej przedstawiać Stany Zjednoczone i stosunki z nimi jako pozytywny kontrast wobec problemów w relacjach z Unią Europejską. Tymczasem Biden w trakcie kampanii wyborczej posunął się do zestawienia Polski i Węgier z Białorusią, co wskazuje na zdecydowanie negatywną ocenę polityki wewnętrznej ekipy PiS. Obawy obecnych władz Polski mogą budzić też wyraźne nadzieje Niemiec na odtworzenie bliskiej współpracy z Ameryką – stosunki między tymi krajami za kadencji Trumpa uległy znacznemu pogorszeniu.

Z drugiej strony należy pamiętać, że rządy Republikanina nie były dla PiS w żadnej mierze idyllą. Amerykanie niechętnie odnosili się do tych samych polskich koncepcji dotyczących polityki historycznej, które spowodowały ostry sprzeciw Izraela. W Waszyngtonie nie znajdowały żadnego zrozumienia formułowane przez krajowe władze stanowiska niechętne mniejszościom seksualnym, co zresztą nie powinno stanowić zaskoczenia dla nikogo, wszak między Republikanami a Demokratami nie ma pod tym względem żadnych różnic. Potencjalna niechęć administracji Bidena wobec Warszawy będzie nie tyle problemem w relacjach polsko-amerykańskich, co kłopotem dla obozu PiS, z jednej strony skrajnie, wręcz bezalternatywnie proamerykańskiego, z drugiej grającego w sferze światopoglądowej na nutach bardzo źle widzianych w Waszyngtonie, co swoją drogą wydaje się być koncepcją mocno osobliwą. Ślepy zaułek, w który wpędziło się PiS może z drugiej strony przełożyć się negatywnie na obiektywne polskie interesy – przy przemożnej orientacji na Stany Zjednoczone w dziedzinie zakupów uzbrojenia (realizowane programy dostaw systemów obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu Patriot oraz artylerii rakietowej HIMARS, podpisana umowa na zakup myśliwców wielozadaniowych F-35) zła chemia polityczna może dawać Amerykanom asumpt do traktowania dostaw jako elementu nacisku, tudzież wymuszania przyjęcia stanowiska amerykańskiego przy różnicach zdań w kwestii offsetu i współpracy przemysłowej, pojawiających się choćby w odniesieniu do drugiej fazy dostaw systemów Patriot.

Trudno oczekiwać, aby lobbyści amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego przestali wykorzystywać niezwykle silną i uprzywilejowaną pozycję w polskich sferach rządowych, którą zdobyli za rządów PiS, w szczególności za kadencji Mariusza Błaszczaka jako szefa MON. Tu również słabe notowania rządów partii Jarosława Kaczyńskiego w Waszyngtonie będą im de facto sprzyjać.

Trudno spodziewać się, aby to akurat środowisko było zdolne do głębszej rewizji polityki i postawienia w większej mierze na partnerów europejskich czy dalekowschodnich, potencjalnie znacznie bardziej otwartych na współpracę przemysłową i transfer technologii. Można obawiać się forsowania dobrych technicznie, ale fatalnych z punktu widzenia współpracy i transferu ofert amerykańskich jako elementu obłaskawiania niechętnego Waszyngtonu.

Paradoksalnie „dobrą zmianą”, jaką do relacji amerykańsko-polskich wniesie ekipa Bidena, może być kwestia obsady stanowiska ambasadora. Wystarczy, że Georgette Mosbacher z jej ostentacją przywodzącą na myśl rosyjskich przedstawicieli z epoki schyłku I RP zastąpi ktoś bardziej dyskretny. Oczywiście nie sposób łudzić się, że będzie egzekwował interesy amerykańskie w sposób mniej bezwzględny niż „wiceimperatorowa”, ale może chociaż w lepszym stylu, na co skądinąd może też wpłynąć większy dystans między Warszawą a Waszyngtonem, zapobiegający tak niesłychanym wpadkom proceduralnym jak symboliczne zrównanie pozycji prezydenta RP i pani ambasador Stanów Zjednoczonym. Z kolei spodziewane większe zniuansowanie amerykańskiej polityki bliskowschodniej i jej mniej gorliwa proizraelskość być może zaoszczędzi Polsce powtórek z wątpliwej rozrywki w rodzaju żenującej „organizacji” niesławnej konferencji z lutego 2019.

Na zakończenie należy wspomnieć o perspektywach polityki na najważniejszym dla Stanów Zjednoczonych odcinku, a mianowicie chińskim. W tym aspekcie spodziewana jest kontynuacja strategicznej konfrontacji, pod której znakiem stały rządy Donalda Trumpa. Chińskie zagrożenie jest bowiem postrzegane w Stanach Zjednoczonych na zasadzie powszechnego konsensusu jako największe wyzwanie w polityce globalnej. Spodziewane są zmiany taktyczne w postaci większego dążenia do międzynarodowej koordynacji polityki mającej ma celu powstrzymywanie Chin. Z jednej strony intensyfikacji powinna ulec współpraca z Indiami, Japonią i Australią, z drugiej spodziewany „reset” z Niemcami ma przynieść włączenie tak Berlina, jak i pomniejszanego przez Trumpa NATO do globalnej strategii antychińskiej. Z perspektywy polskiej te zagadnienia mają jednak w obecnej sytuacji znaczenie marginalne, wszak Warszawa zrezygnowała z choćby prób podmiotowego lawirowania między Waszyngtonem a Pekinem, przyjmując stanowisko jednoznacznie proamerykańskie ze skłonnością do wychodzenia przed szereg.

dr Jan Przybylski

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie