Zazielenić pola inaczej, czyli wymyślmy rolnictwo na nowo

·

Zazielenić pola inaczej, czyli wymyślmy rolnictwo na nowo

·

Kryzys związany z epidemią COVID-19 ujawnia podstawową sprzeczność w samym sercu kapitalizmu. Choć niektórzy o wywołanie globalnej pandemii oskarżają chińskie siły specjalne czy złowrogiego multimiliardera Billa Gatesa, to wytłumaczenie naszego tragicznego położenia jest znacznie prostsze. Epidemia to efekt kapitalistycznego rolnictwa, który prowadzi do utraty bioróżnorodności światowych ekosystemów. W artykule „COVID-19 and the Circuits of Capital” epidemiolog Rob Walles oraz współautorzy przekonują, że warunki sprzyjające rozprzestrzenianiu się wirusów zostały stworzone przez grabieżczą gospodarkę środowiskową. Odpowiadają za to praktyki wycinania egzotycznych lasów (naturalnych rezerwuarów wirusów) oraz zastępowanie ich monokulturami, takimi jak uprawy oleju palmowego czy masowa hodowla jednego gatunku zwierząt. W efekcie cały łańcuch produkcji żywności zostaje zorganizowany wokół praktyk, które przyspieszają wirulencję patogenów. Wytrzebienie bioróżnorodności osłabia naturalną barierę immunologiczną ekosystemów, ponieważ ogranicza genetyczne zróżnicowanie żyjących w nich organizmów. W takim środowisku transmisja wirusów przyśpiesza i łatwiej przenoszą się one na inne obszary.

Epidemii tego typu doświadczaliśmy wcześniej i przed takimi epidemiami przestrzegali nas naukowcy. Nazwy ptasiej i świńskiej grypy nieprzypadkowo pochodzą od zwierząt. Źródłem tych wirusów były monokultury zwierząt hodowlanych, które przenosiły na ludzi patogen w czasie procesu karmienia. Podobnie COVID-19 pojawił się najprawdopodobniej na jednym z tzw. targów ciepłego mięsa w Wuhan, na którym można kupić wszelkie rodzaje zwierzęcego mięsa. Od tego z egzotycznych, dziko żyjących gatunków, na przykład węży czy nietoperzy, po pochodzące z gatunków typowo hodowlanych. Zgromadzenie ich wszystkich na tak małej przestrzeni w połączeniu z mnóstwem kupujących i sprzedających stwarza doskonałe warunki do przenoszenia się wirusów. Pacjent zero był najprawdopodobniej jedną z osób, które zjadły na targu chiński specjał, czyli półsurowego nietoperza (stąd nazwa „targi ciepłego mięsa”).

Za tym pojedynczym wydarzeniem stoją lata normalizacji gospodarki grabieżczej. Wycinamy lasy, zabijamy i zniewalamy zwierzęta oraz handlujemy nimi na targach. Oddajemy pole transnarodowym korporacjom żywnościowym, które za nic mają troskę o środowisko, a skupiają się wyłącznie na maksymalizacji zysków akcjonariuszy. Przyczyniamy się do drastycznych zmian w ekosystemach i do niekontrolowanego ocieplenia klimatu. Tym samym pozbawiamy wirusy ich naturalnych żywicieli. Natura jednak nie znosi próżni. Konsekwencją wytrzebienia bioróżnorodności jest wyższe ryzyko epidemiczne. Wirusy szybko znajdują nowe ofiary – tym razem wśród gatunku ludzkiego.

Świat pandemiczny nie skończy się wraz z wynalezieniem szczepionki na COVID-19. Zaznamy spokoju, ale prawdopodobnie tylko na jakiś czas. Nasze fatalne położenie nie jest prostym odstępstwem od normy. To raczej pojedyncza manifestacja nowej normalności, w której przyjdzie nam mierzyć się z kolejnymi wyzwaniami – zmianami klimatu, degradacją środowiska naturalnego, nowymi pandemiami. W tym przypadku nie wystarczy zerwać z neoliberalnym modelem zarządzania zdrowiem publicznym. Należy zrobić znacznie więcej. Potrzebujemy całościowej zmiany gospodarki środowiskowej. W najbliższych dekadach musimy przeprowadzić najbardziej ambitną oraz skomplikowaną transformację gospodarczą w historii, która dotknie wielu obszarów: energetyki, przemysłu, transportu – a także rolnictwa.

Przejedzenie i głód

Aby lepiej zrozumieć potrzebę reformy rolnictwa, cofnijmy się o ponad 200 lat. W 1798 r. Thomas Malthus napisał esej „Prawo ludności”, w którym przekonywał, że cywilizacja zmierza w kierunku rychłej katastrofy. Angielski ekonomista twierdził, że wzrost populacji jest zawsze znacznie szybszy niż przyrost dostępnych zasobów. W takim przypadku prędzej czy później liczba ludzi osiągnie na tyle wysoki poziom, że zacznie brakować żywności. W nowych warunkach najubożsi zostaną skazani na cierpienie i walkę o podstawowe zasoby, a przetrwają wyłącznie najsilniejsi. Zbliżająca się klęska nieurodzaju, nazywana również pułapką maltuzjańską, przez długi czas rządziła ludzką wyobraźnią i przestrzegała przed nadmierną wiarą w postęp.

Po latach okazało się jednak, że Malthus poważnie się mylił. Populacja rosła, a mimo tego żywności nie brakowało, a przynajmniej nie było jej mniej niż wcześniej. Dlaczego? W dużej mierze dzięki postępowi technologicznemu. Dzisiejsza gospodarka jest około 80-krotnie większa niż 200 lat temu. Dzięki rozwiniętym metodom użyźniania ziemi, mechanizacji procesu zbierania plonów oraz wykorzystaniu coraz większych połaci terenów, produkujemy najwięcej żywności w historii. Rolnictwo zmieniło się z ekstensywnego w intensywne. Popularne wyobrażenia o sielankowej wsi, na której rolnik hoduje kilka krów i uprawia niewielki kawałek pola, są całkowitym archaizmem. Rolnictwo to przemysł – małe gospodarstwa rolne zastąpiono mega-farmami, a pracę ludzi zaawansowanymi technologicznie maszynami. Równolegle edukacja oraz zmiany wzorców kulturowych osłabiły silny powojenny boom demograficzny.

W takich okolicznościach zjawisko głodu powinno być znane wyłącznie z książek. Jak się jednak okazuje, nadal nie jesteśmy w stanie wyżywić wszystkich ludzi. Na świecie głoduje ok. 820 milionów osób (9% całkowitej populacji). Problemem nie są więc, jak przewidywał Malthus, niedobory jedzenia, lecz niesprawiedliwa dystrybucja i nieracjonalna konsumpcja już istniejącej żywności.

Żyjemy w świecie głodu i przejedzenia. Sytuacja przypomina klepsydrę. Po dwóch stronach istnieją skrajności. Na samej górze znajdują się osoby przejedzone – cierpiące na cukrzycę, choroby serca i otyłość. Po przeciwnej stronie mamy do czynienia z głodem. Z osobami, które umierają z niedożywienia i braku jedzenia. Nierówności w dostępie do żywności mają charakter przestrzenny. Bogate kraje Północy produkują zbyt dużo żywności i marnują zasoby na szeroką skalę. Z kolei w krajach ubogiego Południa, głównie w Ameryce Południowej i Afryce Subsaharyjskiej, sytuacja jest odwrotna. Niestety, taki podział globalnych zasobów nie jest dziełem przypadku. Stoją za nimi setki lat historii kolonializmu, imperializmu i wojen o zasoby, których efekty zostały utrwalone przez globalizację oraz porozumienia dotyczące wolnego handlu i międzynarodowego przepływu kapitału.

Żywnościowa suwerenność dla nielicznych

Ubóstwo żywnościowe w krajach rozwijających się to efekt m.in. silnego protekcjonizmu Unii Europejskiej i USA w handlu międzynarodowym. Rolnictwo w krajach rozwiniętych jest mocno dotowane i wspierane przez aparat państwowy. Taką politykę uzasadnia się potrzebą zapewnienia odpowiednio niskich cen żywności konsumentom oraz bezpieczeństwa finansowego rolnikom. Skutkami ubocznymi są jednak niepotrzebna degradacja środowiska naturalnego i powstawanie nadwyżek żywności, czyli trwonienie zasobów. Na świecie marnuje się 1/3 wyprodukowanej żywności, czyli ok. 1,3 miliarda ton rocznie.

Żyjemy w systemie, który paradoksalnie jest za bardzo efektywny – produkuje zbyt wiele żywności i robi to zbyt tanio – a jednocześnie zaspokaja interesy tylko wąskiej grupy ludzi. Jak przekonuje Ray Pattel, autor książki pt. „Stuffed and Starved: Markets, Power and the Hidden Battle for the World’s Food System”, za tym paradoksem stoi garstka transnarodowych korporacji, którym pozwolono przechwycić niemal całą wartość dodaną w globalnym łańcuchu produkcji żywności. Korporacje te funkcjonują pod parasolem ochronnym państw, dbających o to, aby system działał pod dyktando interesów bogatszej części świata.

Patel przedstawia w książce wstrząsającą historię liberalizacji handlu w Meksyku. W 1994 r. Meksyk podpisał ze Stanami Zjednoczonymi umowę o wolnym handlu (NAFTA). Była ona pierwszym porozumieniem handlowym, które połączyło dwie gospodarki na tak różnym poziomie rozwoju. W tamtym czasie ok. 60% gruntów w Meksyku wykorzystywano pod uprawę kukurydzy, która stanowiła również podstawę diety mieszkańców. Ekonomiści, którzy silnie lobbują za wolnym handlem, wskazują zwykle na to, że uwolnienie konkurencji obniża ceny i pomaga zmniejszyć skalę deprywacji materialnej w uboższych państwach. Przykład meksykańskiej kukurydzy pokazuje jednak, że cena żywności faktycznie spadła, ale skorzystały na tym głównie amerykańskie korporacje.

Gdy tylko uwolniono handel, amerykańscy farmerzy zwiększyli eksport kukurydzy, która ze względu na rządowe dotacje jest znacznie tańsza niż jej meksykański odpowiednik. W rezultacie ok. 3 milionów rolników w Meksyku straciło dochody, a po pewnym czasie okazało się, że najubożsi Meksykanie wcale na tym nie zyskali. Dlaczego? Ponieważ większość mieszkańców Meksyku nie spożywa kukurydzy w surowej formie, lecz jako przetworzone placki z mąki kukurydzianej. Te z kolei podrożały aż siedmiokrotnie, gdy w ramach liberalizacji handlu meksykański rząd musiał zrezygnować z dopłacania do produktów na półkach sklepowych. Ponadto, tylko dwóch przetwórców kontroluje 97% meksykańskiego rynku mąki kukurydzianej i to właśnie te przedsiębiorstwa przechwyciły pozostałe obniżki cen. Równolegle USA zaczęły zalewać Meksyk tanią i wysoko przetworzoną żywnością, która doprowadziła do skokowego wzrostu otyłości wśród niektórych grup społecznych.

Szacunki wskazują, że NAFTA zmusiła około 1,3 miliona mieszkańców Meksyku do emigracji, zwiększyła ubóstwo w biedniejszych dzielnicach oraz doprowadziła do napływu nielegalnych imigrantów do Stanów Zjednoczonych. Patel twierdzi, że Meksyk jest jedynie przykładem tego, co dzieje się na całym świecie. Suwerenność żywnościowa to przywilej wybranych państw, które posiadają wystarczająco duże siły, aby dyktować słabszym warunki w ramach „dobrowolnych” umów dotyczących wolnego handlu. Do podobnych sytuacji dochodziło w Afryce, gdy kraje Unii Europejskiej zalewały tamtejsze państwa tanim drobiem czy mrożonkami.

Rolnictwo to polityka

Politycy lubią wspominać o konkurencyjności. Rynki z reguły mają być konkurencyjne i zapewniać jak najniższe ceny konsumentom. W przypadku rolnictwa konkurencyjność osiągana jest najczęściej poprzez silne wsparcie finansowe państwa. Obok energetyki i branży surowcowej rolnictwo jest jednym z najbardziej regulowanych obszarów gospodarki. Niewątpliwe interwencja państwa w tym obszarze jest potrzebna. Bezpośrednio lub poprzez reprezentację polityczną społeczeństwo powinno posiadać kontrolę nad podstawowymi zasobami, takimi jak żywność, woda czy energia elektryczna. Utrata suwerenności żywnościowej może prowadzić do historii jak te opisane we wcześniejszej części artykułu. Należy jednak podkreślić, że polityka państw w obszarze rolnictwa, szczególnie tych najzamożniejszych, jest wyjątkowo szkodliwa. Współcześnie rządy kierują się głównie krótkoterminowymi korzyściami – niskimi cenami dla konsumentów oraz wysokimi zyskami dla producentów. To jednak przyczynia się do pogłębienia globalnych nierówności oraz znacząco zwiększa ekologiczne skutki działalności rolniczej.

Skalę tarapatów najlepiej oddają liczby. Unia Europejska przeznacza ok. 60 miliardów euro rocznie na Wspólną Politykę Rolną, która polega na silnym subwencjonowaniu działalności rolniczej. Taka polityka ogólnie ma sens. W normalnych warunkach dochody z działalności rolniczej stanowią ok. 60% dochodów z działalności pozarolniczej. Popularny argument za wspólną polityką rolną mówi zatem o tym, że rolnictwo musi się opłacać. Bez dopłat rolnicy żyliby na skraju ubóstwa, a żywność byłaby znacznie droższa. Choć i z tym argumentem można dyskutować, to takie podejście ogólnie zdaje się być racjonalne.

Problem z subwencjami polega jednak na tym, że prowadzą one do wypaczonych oraz niszczycielskich konsekwencji: marnowania żywności, zanieczyszczeń i wylesiania. To m.in. dzięki hojnym subwencjom rolnictwo europejskie generuje nadwyżki żywności, które nie znajdują nabywców na rynku. Według szacunków, w Europie do kosza wyrzuca się ok. 20% wyprodukowanego jedzenia. To 88 milionów ton żywności rocznie, co odpowiada za 6% emisji gazów cieplarnianych państw członkowskich. Badania pokazują, że równolegle jedynie 1% dotacji przeznacza się na ochronę przyrody. Unia Europejska grzeszy krótkowzrocznością. Aż chciałoby się w tym miejscu przywołać słynne słowa Miltona Friedmana o tym, że nie ma darmowych obiadów. Za lekkomyślność historia prędzej czy później wystawi nam rachunek.

Inny problem: subwencje znacząco ograniczają możliwości rozwojowe krajów uboższego Południa, które nie mają szans skutecznie konkurować z hojnie dotowanymi oraz rozwiniętymi technologicznie gospodarstwami z Europy. Taki układ prowadzi do poważnej nierównowagi w światowym handlu żywnością. Ofiarą sytych i przejedzonych brzuchów europejskich mieszkańców jest głównie Afryka. Historia Ghany pokazuje, jak produkcja lokalnego drobiu stała się całkowicie nieopłacalna w momencie, gdy wskutek zawarcia umów o wolnym handlu zaczęto na dużą skalę importować tańszy drób europejski. Dziś lokalna produkcja odpowiada jedynie za 5% sprzedaży. Podobnie jak w przypadku Meksyku, na wymianie handlowej zyskały głównie międzynarodowe korporacje żywnościowe, a nie, jak obiecywano, najubożsi mieszkańcy.

Kolejną konsekwencją prowadzenia wspólnej polityki rolnej jest koncentracja kapitału i powstawanie żywnościowych oligopoli. Szacuje się, że ok. 80% unijnych subwencji trafia do 20% największych gospodarstw rolnych. W efekcie duże podmioty przejmują ziemię od małych i średnich. W 2013 r. połowa europejskich gruntów należała do 3,1% właścicieli, w latach 1990–2013 liczba dużych gospodarstw (powyżej 200 hektarów) podwoiła się w wielu państwach Europy Zachodniej, a w niektórych wzrosła nawet pięciokrotnie. Koncentracja sektora pogłębia degradację środowiska naturalnego, ponieważ duże gospodarstwa działają zwykle na skalę przemysłową, a co za tym idzie wykorzystują znaczne ilości pestycydów i zajmują się masowymi hodowlami, czym przyczyniają się do dewastacji gleb, wód i innych elementów ekosystemu.

Jeszcze gorzej sprawy mają się w Stanach Zjednoczonych, gdzie prawie 70% całkowitej sprzedaży żywności przypada na jeden klaster mega-farm. Te duże i zarazem mocno dotowane przedsiębiorstwa stanowią mniej niż 4% gospodarstw rolnych w całym kraju. Mimo to ich rynkowa siła jest przytłaczająca. Najmniejsze gospodarstwa, których jest około 90%, produkują 26% żywności. Koncentracja w branży rolnej to efekt polityki rządu, który w latach 1995–2014 przeznaczył 77% wszystkich subwencji na wsparcie jedynie 10% gospodarstw rolnych.

Zwolennicy rolnictwa przemysłowego usprawiedliwiają taką politykę, wskazując zwykle na korzyści w postaci wyższych plonów i niższych cen żywności. Twierdzą, że rynkowa koncentracja, mechanizacja produkcji oraz wykorzystanie pestycydów gwarantują wydajność, bez której nie bylibyśmy w stanie zaspokoić potrzeb żywieniowych ciągle rosnącej populacji. Taka argumentacja nie jest pozbawiona sensu. Rzeczywiście, przez ostatnie 30 lat efektywność rolnictwa rosła, a w wielu regionach świata udało się znacząco zredukować zjawisko niedożywienia. Dziś dotyczy ono 1 na 10 osób, a kiedyś niedożywionych było 5 na 10 osób. W tym wszystkim pomija się jednak skalę kosztów środowiskowych, które równocześnie ponosimy, a które prędzej czy później, ze względu chociażby na ocieplanie klimatu, doprowadzą do znacznego pogorszenia bezpieczeństwa żywnościowego.

U progu żywnościowej katastrofy

Koszty utrzymania rolnictwa w obecnym kształcie znacznie przewyższają korzyści. Produkcja żywności wykańcza otaczający nas świat. Prowadzi do utraty bioróżnorodności, pogłębiania się zmian klimatu, niszczenia gleb, zanieczyszczeń rzek i powietrza. W tym przypadku możemy mówić o sprzężeniu zwrotnym. Rolnictwo zmienia klimat, ale klimat zmienia także rolnictwo. ONZ prognozuje, że do 2050 r. wyżywienie populacji będzie wymagało wzrostu zużycia wody o 20%. Natomiast już dziś, między innymi ze względu na zmiany klimatu, wody zaczyna brakować w wielu miejscach na świecie. Topnieją lodowce, będące naturalnymi zbiornikami retencyjnymi, wysychają rzeki, a wzrost temperatury zmniejsza opady w obszarach szczególnie narażonych na klęski głodu. Coraz trudniej wyobrazić sobie, że rolnictwo będzie w stanie wykarmić ludzkość w 2050 r., a co dopiero pod koniec XXI wieku.

Być może jednym z najpoważniejszych zagrożeń dalszego trwania przy obecnym modelu jest jego wpływ na globalne ocieplenie. Produkcja żywności odpowiada na równi z transportem za ok. 15% emisji gazów cieplarnianych. Niektóre raporty wskazują, że ta liczba może być znacznie zaniżona, ponieważ nie uwzględnia stopnia, w jakim rolnictwo wpływa na przekształcanie gruntów, np. poprzez wylesianie. Realnie zatem może to być nie 15, ale nawet 30% lub więcej globalnych emisji. Oznacza to, że do wszystkich negatywnych konsekwencji zmian klimatu, również tych nieodwracalnych i najbardziej tragicznych, które doskonale znamy z medialnych przekazów i książek, w znaczącym stopniu przyczynia się to, w jaki sposób produkujemy żywność.

Ocieplający się klimat znacznie pogorszy środowiskowe warunki uprawy roślin i hodowli zwierząt w wielu miejscach świata. Problem jest jednak znacznie poważniejszy. Nawet i bez zmian klimatu rolnictwo przemysłowe działa na własną szkodę, ponieważ w zatrważającym tempie niszczy ekosystemy lądowe. Główną ofiarą działalności rolnej jest gleba – zasób niezbędny do wyżywienia ludzkości. Nadużywanie chemicznych technik użyźniania, brak płodozmianu czy niezrównoważone wylesianie prowadzą do spadku jakości upraw. Według badań naukowców zrzeszonych wokół ONZ ok. 40% gleb na świecie jest poważnie zdegradowanych. Gleba niszczeje ponad 100 razy szybciej niż jest w stanie się odtwarzać. Pesymistyczne prognozy mówią, że tak intensywną eksploatację wytrzyma jeszcze maksymalnie 60 lat.

Warto w tym miejscu zadać sobie pytanie o konsekwencje. Co nas, jako społeczeństwa, czeka w przyszłości? Jak klimat i rolnictwo ekstensywne zmienią nasze codzienne życie?

Odpowiedzi dostarcza David R. Montgomery, profesor nauk o Ziemi i kosmosie, który w książce „Growing a Revolution” wskazuje, że wraz z ocieplaniem się planety odporność rolnictwa spada, a co za tym idzie zagrożone zostają bezpieczeństwo żywnościowe i stabilność społeczna. Jak twierdzi, klęski nieurodzaju i groźba zamieszek żywnościowych nie są tak odległą wizją. Miasta zawsze trzymają pewne zapasy jedzenia, ponieważ historia pokazuje, że żywność jest walutą ostatniej szansy, gdy zabraknie innych zasobów. Starożytny Rzym ogarnęły zamieszki, gdy rząd nie zapewnił obywatelom dostępu do chleba. Wybuch rewolucji francuskiej poprzedzały masowe protesty ludności związane z brakiem jedzenia. Głodni nie zadają zbyt wielu pytań. Gdy zaczyna brakować żywności, jedynym rozwiązaniem pozostaje nienegocjowalny konflikt. W takich momentach wyższe wartości, jak prawa człowieka czy demokracja, przestają mieć znaczenie, a liczy się coś znacznie ważniejszego – przetrwanie.

Upadek moralności

Koszty środowiskowe działalności rolniczej doprowadzą do poważnych reperkusji społecznych. To jednak niejedyne kryterium, na podstawie którego powinniśmy oceniać nasze działania. Równie istotny jest aspekt moralny. Stosunek człowieka do natury jest pełen przemocy i bezwzględności. Znaczenie zwierząt, lasów, ziemi czy wody zredukowaliśmy do ekonomicznych korzyści, które płyną z ich eksploatacji. W tym wszystkim pomijamy wagę niepotrzebnego cierpienia. Milan Kundera napisał w jednej ze swoich książek, że „prawdziwa dobroć człowieka może się wyrazić w sposób absolutnie czysty i wolny tylko w stosunku do tego, kto nie reprezentuje żadnej siły. Prawdziwa moralna próba ludzkości, najbardziej podstawowa […] polega na jego stosunku do tych, którzy są wydani na jego łaskę i niełaskę: do zwierząt”.

W przemysłowych rzeźniach przetrzymujemy ok. 70 miliardów zwierząt hodowlanych. To 60% zwierząt żyjących na ziemi. Większość z nich hodowana jest dla mięsa, ale nie wszystkie. Niektóre zwierzęta, chociażby popularne ostatnio norki, trzyma się w klatkach wyłącznie po to, aby obedrzeć je ze skóry i spełnić modowe zachcianki. W wymiarze etycznym funkcjonowanie przemysłu futrzarskiego jest jedną z najbardziej hańbiących człowieka działalności. Niewolenie zwierząt dla mięsa jest jednak równie podłe. W przemyśle mięsnym żywe istoty poddawane są niesamowitym torturom, a skala nadużyć wobec nich jest porażająca, o czym raz za razem dowiadujemy się z kolejnych śledztw dziennikarskich. Wymowna jest historia genetycznie modyfikowanych kurczaków, tzw. brojlerów, które przeżywają 35 dni zanim zostaną zabite. Przed tym są intensywnie tuczone tak, aby w momencie śmierci uzyskać z nich jak najwięcej mięsa.

To wszystko musi się zmienić – potrzebujemy wymyślić rolnictwo na nowo. To nie tylko wymóg przetrwania gatunku ludzkiego na ziemi, ale również moralny imperatyw naszej cywilizacji. Potrzebujemy całościowego przewartościowania naszych priorytetów żywieniowych, zmiany modelu produkcji i dystrybucji żywności oraz przynajmniej częściowego powrotu do lokalności. Zanim jednak przejdziemy do przedstawienia zarysu projektu nowego rolnictwa, wróćmy na rodzimy grunt, do Polski. Świat zacznijmy zmieniać od siebie – nie tyle od własnego koszyka sklepowego, choć to nie zaszkodzi, ale od naszego politycznego otoczenia.

Miejsce Polski w dużym świecie

Polska wieś zmieniała się przez ostatnie dekady. Okres PRL był szczególnie okrutny dla rolników. Wiele ziem rolnych skolektywizowano i przekształcono w zarządzane przez państwo molochy, nazywane PGR-ami. PGR-y nie były w stanie wyżywić klasy robotniczej, więc równolegle partyjna wierchuszka przymykała oczy na działalność drobnych gospodarstw rolnych, które pełniły rolę ostatniej deski ratunku dla niewydolnego systemu. W wyniku tego w 1989 r., w momencie transformacji z socjalizmu w kapitalizm, polska wieś była na skraju zapaści. Pozbawiona głosu i szans na oddolne społeczne inicjatywy, w tym ruchy spółdzielcze, była symbolem ekonomicznej i społecznej degradacji.

Czasy transformacji nie przyniosły poprawy. Prowadzona według zasad wolnorynkowego fundamentalizmu balcerowiczowska terapia szokowa uderzyła w wieś jeszcze mocniej. Wciąż żywa nienawiść mieszkańców terenów wiejskich do Balcerowicza nie jest przypadkowa. Gdy wprowadzono wolnorynkowy system cen, dochody ludności wiejskiej spadły poniżej 70% dochodów mieszkańców miast. W tym czasie polityka rolna w zasadzie nie istniała. Terapia szokowa przyniosła chaos i dotknęła milionów osób. Przypomnijmy, że w 1990 r. na wsi mieszkało ok. 40% populacji kraju. Przekształcenia PGR-ów w rynkowe gospodarstwa rolne wiązały się ze zwolnieniami setek tysięcy osób. Równolegle na wieś wracali rolniczy emigranci, którzy przenieśli się do miast w czasach reformy rolnej i rozbudowy przemysłu. Bez wykształcenia i majątku spotykali tam jedynie najbardziej bolesne problemy czasów transformacji – ubóstwo i bezrobocie.

Transformacja była traumatycznym przeżyciem dla wsi, ale z biegiem lat wiele spraw szło ku lepszemu. Trudno jednak przypisać w tym obszarze szczególne zasługi państwu. Największym wsparciem dla wsi okazały się fundusze spójności przeznaczane na modernizację terenów wiejskich przez Unię Europejską. W latach 2004–2015 polska wieś otrzymała łącznie 39 mld euro. Ważnym komponentem całej kwoty były dopłaty bezpośrednie dla rolników, które wyniosły 21 mld euro (równowartość ok. 50% dochodów rolniczych). Skok cywilizacyjny, który polska wieś zanotowała po wejściu do Unii Europejskiej, widoczny jest w statystykach. Średni poziom dochodów na wsi wynosi dziś 82% średniej krajowej (kilkanaście punktów procentowych więcej niż 20 lat temu), a mieszkańcy wsi żyją coraz dłużej (kobiety na wsi żyją dłużej niż w mieście).

Nadal oczywiście istnieją rejony peryferyjne, zaniedbywane od wielu dekad, szczególnie obszary dawnych PGR-ów, ale ogólny trend wskazuje na zacieranie się granic między miastem i wsią. To nie znaczy jednak, że polska wieś jest krainą miodem i mlekiem płynącą. Istnieją poważne problemy i wyzwania, z którymi należy się zmierzyć. W globalnej perspektywie zmiany klimatyczne i postępująca degradacja środowiska dotkną w największym stopniu właśnie tereny wiejskie. Choć przypadek Polski jest na tym tle szczególny, ponieważ paradoksalnie wyższe temperatury mogą poprawić warunki uprawy wielu warzyw i owoców, to jako państwo nadal odpowiadamy za to, aby zmniejszać wpływ rolnictwa na globalne ocieplenie. Jesteśmy jedną z większych gospodarek Europy Środkowo-Wschodniej, drugim największym w świecie producentem pszenicy i jabłek oraz jednym z większych eksporterów nabiału w Europie.

Z roku na rok polskie rolnictwo emituje coraz więcej dwutlenku węgla i zmienia zarówno lokalne środowisko, jak i globalny klimat. I choć niewiele wskazuje na to, że w najbliższych latach cokolwiek się zmieni, to zapamiętajmy jedno – zielona rewolucja nas nie ominie. Jako państwo członkowskie Unii Europejskiej jesteśmy zobowiązani do przyjęcia Zielonego Ładu, którego składową jest również transformacja rolnictwa. Zaproponowana przez Ursulę von der Leyen strategia „Od pola do stołu” (farm to fork) zapewnić ma Europie zieloną przyszłość, uwzględniając równocześnie interesy środowiska, rolników i konsumentów. Jak możemy przeczytać w jednym z dokumentów Komisji Europejskiej, w ramach działań przewiduje się m.in. wsparcie rozwoju obszarów użytkowanych w ramach rolnictwa ekologicznego, tak aby do 2030 r. stanowiły one 25% powierzchni gruntów rolnych oraz zmniejszenie stosowania pestycydów i związanych z nimi zagrożeń o 50% do roku 2030. Strategia „Od pola do stołu” zakłada de facto częściowy powrót do rolnictwa ekstensywnego – silniejsze subwencjonowanie mniejszych gospodarstw rolnych i znaczne ograniczenie zużycia chemicznych środków ochrony roślin.

Bez cienia wątpliwości stoimy u progu największej transformacji gospodarczej w historii, która całkowicie przekształci system produkcji i dystrybucji żywności. Do ok. 2050 r. globalna populacja ma wzrosnąć do ok. 10 miliardów. Oznacza to więcej żołądków do wyżywienia i jeszcze większe oddziaływanie rolnictwa na ekosystem. Zmiana jest zatem niezbędna. Jaką rolę w tym wszystkim może jednak odegrać Polska?

Polska wieś spokojna

Istnieje kilka faktów, które zgrabnie charakteryzują to, w jakich warunkach produkujemy żywność. Po pierwsze, branża rolna w Polsce jest mniej skoncentrowana oraz mniej rozwinięta technologicznie niż na Zachodzie. Choć mamy do czynienia z postępującymi specjalizacją i konsolidacją produkcji, to wciąż dominuje znaczne rozdrobnienie gospodarstw rolnych. Około 65% gospodarstw rolnych to tzw. gospodarstwa indywidualne. Po drugie, rolnictwo zapewnia dochody relatywnie dużej części populacji. Na wsi pracuje nadal aż 9,2% osób aktywnych zawodowo, co czyni nas jednym z liderów w Europie. Dochody są jednak relatywnie niskie. Zarobki polskiego rolnika stanowią tylko 40% średnich dochodów rolników UE (choć ogólne zarobki w polskiej gospodarce to tylko ok. 35% zarobków unijnych). Po trzecie, pod względem wydajności polskie rolnictwo jest na samym końcu w UE. Około 20% gospodarstw rolnych nie działa na tyle efektywnie, aby generować wystarczające nadwyżki żywności.

W tym wszystkim jest jednak pewien haczyk. Mówiąc najprościej, w Polsce za działalność rolniczą uznaje się również działalność, która z rolnictwem ma niewiele wspólnego. Dlaczego? Z kilku względów, ale wspomnijmy w tym miejscu o jednym. W 1990 r. rząd Tadeusza Mazowieckiego wprowadził Kasę Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS), która pozwala rolnikom uzyskiwać emerytury na preferencyjnych warunkach. Takie świadczenia są w całości finansowane z budżetu państwa. W związku z tym, wielu przedsiębiorców (choć nie tylko) decyduje się na założenie fikcyjnej działalności rolniczej wyłącznie w celach optymalizacji płatności składek. Skala tego zjawiska nie została dotąd oszacowana, ale niewątpliwie ma znaczenie dla całościowej oceny systemu.

Wobec tego polskie rolnictwo jest w rzeczywistości bardziej wydajne i zatrudnienie jest w nim niższe niż mogłoby się wydawać. To nie zmienia jednak kluczowej kwestii. Intensywność gospodarowania w Polsce jest nadal znacznie mniejsza niż w bogatszych krajach Zachodu. Oznacza to mniej więcej tyle, że do produkcji żywności wykorzystuje się mniej pestycydów i maszyn, a więcej nakładu pracy ludzkiej i naturalnych metod użyźniania. Dominacja takiej formy gospodarowania niekoniecznie jest zła, ponieważ nadchodzące przemiany będą promować właśnie mniej intensywne rolnictwo – oparte o małe gospodarstwa rolne i ekologiczne metody uprawy.

Poza tym, gdy przyglądamy się międzynarodowym statystykom, to szybko zauważymy, że nasze rolnictwo jest względnie konkurencyjne. Mimo wspomnianych wyżej „problemów”, w 2018 r. polskie gospodarstwa rolne wytworzyły towary o wartości (liczonej w cenach bieżących), które plasują nas na 7. miejscu w Unii Europejskiej. Znajdujemy się za Francją, Niemcami, Włochami, Hiszpanią, Wielką Brytanią i Holandią.

Sprzyjać nam będzie również czas. Po pierwsze dlatego, że pomoże nam dalszy wzrost polskiej gospodarki. Zwykle wraz z rosnącym poziomem rozwoju gospodarczego udział osób zatrudnionych w rolnictwie spada na rzecz sektora usług. Oznacza to, że standard życia ludzi będzie w coraz mniejszym stopniu zależał od kondycji rolnictwa. Po drugie, Zielony Ład przewiduje przejście od rolnictwa przemysłowego do mniej wielkoskalowego i bardziej ekologicznego. Znajdujemy się zatem w sytuacji, w której możemy podwójnie zyskać. Z jednej strony, dalszy wzrost gospodarki powinien wspierać zatrudnienie pracowników w nowych sektorach. Z drugiej strony, fundusze UE poprowadzą transformację polskiej wsi w bardziej zrównoważonym kierunku.

Pod tym względem obecnie wypadamy słabo, szczególnie na tle innych państw UE. W 2017 r. całkowita powierzchnia ekologicznych gruntów rolnych w Unii Europejskiej wynosiła ponad 12,5 miliona hektarów, co stanowiło 7% powierzchni użytków rolnych, a w Polsce to zaledwie 3,4%. Od 2012 r. powierzchnia ekologicznych gruntów powiększyła się w UE o 25%, gdy w tym samym czasie w Polsce spadła o niemal 25%. Taki wynik jest niewątpliwie pochodną poziomu rozwoju społeczno-gospodarczego naszego kraju. Z reguły większą uwagę na ekologię zwracają mieszkańcy państw zamożniejszych, w których następuje tzw. zwrot post-materialny. Nie powinniśmy jednak zakładać, że tym procesem rządzi jakaś niewidzialna siła. Nie musimy popełniać tych samych błędów, co państwa Europy Zachodniej, aby zacząć dbać o środowisko. Wręcz przeciwnie, zrównoważone rolnictwo możemy i powinniśmy wymyślić na nowo sami.

Na ratunek zielone rolnictwo

Produkcja i dystrybucja żywności muszą być znacznie bardziej zrównoważone i sprawiedliwe społecznie. Wydaje się, że wokół takiego stanowiska rodzi się powoli międzynarodowy konsensus. OECD i Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa apelują o wdrażanie właściwych reform, równolegle podkreślając, że w długim okresie obecny model rolnictwa będzie nie do utrzymania. Taka zmiana wymaga inicjatywy społecznej i całkowitego przewartościowania priorytetów żywieniowych. Póki co świat tkwi w klinczu pomiędzy dwoma podejściami: silnie dotowanym rolnictwem intensywnym, które prowadzi do degradacji środowiska (w Unii Europejskiej) oraz rolnictwem rynkowym, niedającym gwarancji bezpieczeństwa żywnościowego (w wielu krajach Afryki). Żaden z tych modeli nie przetrwa konfrontacji z postępującymi zmianami klimatu, globalizacją czy wzrostem liczby ludności.

Wybór między rolnictwem intensywnym a ekologicznym jest całkowicie nieoczywisty. Najczęstszym argumentem przeciwko rolnictwu ekologicznemu jest to, że jego plony są zasadniczo niższe niż w przypadku tradycyjnych praktyk. Badanie opublikowane w 2012 r. w czasopiśmie naukowym „Nature” wykazało, że plony z rolnictwa przemysłowego (w zależności od warunków) były o 25% wyższe niż z gospodarstw ekologicznych. Co z tego wynika? Między innymi to, że rolnictwo ekologiczne wymaga poszerzenia areału upraw, aby utrzymać plony na stałym poziomie, a to jeszcze mocniej obciąża środowisko. Niektóre badania mówią jednak o tym, że różnica ta jest mniejsza i wynosi ok. 20%. W dodatku możemy ją zredukować do poziomu ok. 8–9%, jeżeli zastosujemy płodozmian i zapewnimy odpowiednią bioróżnorodność upraw.

Na popularności zyskuje jednak model rolnictwa, który nazywa się regeneratywnym. Od rolnictwa ekologicznego różni go to, że największą wagę przywiązuje do konserwacji jakości gleby. Gorącym zwolennikiem rolnictwa regeneratywnego jest wspomniany David Montgomery. W czasie pisania najnowszej książki odwiedził on setki rolników na całym świecie. Odkrył, że wielu z nich stosuje dawne metody konserwacji gleby, które sprowadzają się do dbania o trzy kwestie: maksymalnego ograniczania orki, stosowania płodozmianu i zakrywania gleby nieużytkowanej. Takie metody pozwalają ziemi zregenerować się i utrzymać stałą zawartość materii organicznej. Montgomery twierdzi, że po latach znacząco zwiększają również plony. Problem polega jednak na tym, że państwa nie inwestują w takie działania, ponieważ zwrot z takiej inwestycji jest nadal zbyt niepewny. Z kolei sami rolnicy nie są w stanie pokryć finansowych obciążeń związanych z przejściem z rolnictwa tradycyjnego do regeneratywnego.

Wszelkie dyskusje o nowym modelu rolnictwa nie będą jednak miały sensu, jeżeli równolegle nie zmienimy system ekonomicznego oraz naszych priorytetów żywieniowych. Przypomnijmy kilka faktów. Na świecie głoduje około 10% populacji, a zarazem aż 30% produkowanej żywności wyrzuca się do kosza, natomiast państwa przeznaczają nawet 90% subwencji dla rolnictwa na wsparcie największych gospodarstw. Co z tego wynika? Rolnictwo ekologiczne mogłoby wyżywić wszystkich tak samo jak konwencjonalne, gdyby tylko znacznie ograniczyć skalę marnotrawstwa żywności. Podobnie sprawa ma się z jej dystrybucją. Moglibyśmy znacznie zmniejszyć ślad środowiskowy, jeżeli zorganizowalibyśmy światowy handel wokół sprawiedliwych praktyk, a państwa zaczęłyby wspierać nie międzynarodowe korporacje żywnościowe, lecz lokalne gospodarstwa rolne.

Nikodem Szewczyk – ekonomista i socjolog. Zawodowo związany z Instytutem Badań Strukturalnych oraz Fundacją Instrat. Jego zainteresowania badawczo-naukowe dotyczą rynku pracy, nierówności społecznych i ekonomii sektora publicznego.

Z numeru
Nowy Obywatel 34(85) / Zima 2020 " alt="">
komentarzy