Cyfrowe planowanie w dobie postkapitalizmu

Cyfrowe planowanie w dobie postkapitalizmu

·

Kapitalizm, z jego instytucjami wyraźnie zaznaczonych praw własności, zdolnością do wytwarzania dóbr, wreszcie z systemem cen łączącym wszystkie pomniejsze rynki w jeden uniwersalny – cechowała niespotykana dotychczas produktywność. I chociaż jego upadek był wielokrotnie wieszczony, dotąd bardzo sprawnie radził sobie z regularnymi tąpnięciami. Przy każdym kolejnym kryzysie dowodził wyjątkowej umiejętności eksploatowania kolejnych obszarów świata i rzeczywistości, ratując się tym samym przed upadkiem.

Kryzys połowy XIX w. zażegnany został imperialnym wyzyskiem obszarów kolonialnych i konkwistą kolei żelaznych w głąb kontynentów, gdzie wciąż tkwiły rynki poza jego główną osią cyrkulacji. Kryzys końca XIX wieku znalazł ujście w dramatycznym wzroście rabunkowej eksploatacji zasobów naturalnych, zwłaszcza węgla. Z kolei w XX w. ciągłość akumulacji kapitalizm uzyskał przez oparcie się na kolejnych zasobach naturalnych (szczególnie ropie naftowej i jej pochodnych). Pod koniec ubiegłego wieku uwolnił się od barier geograficznych i ogarnął całą planetę nowoczesną architekturą przemysłu paliwowego.

XXI wiek stworzył fundamenty pod nową formę wyzysku. Kapitalizm kognitywny to najnowsza odsłona tego samego starego systemu. Jego cechami charakterystycznymi są: znaczący spadek siły przetargowej pracowników, wzrost inwigilacji obywateli oraz proliferacja technologii informacyjno-komunikacyjnych, która otworzyła przestrzeń dla ekstrakcji wartości z danych produkowanych przez społeczeństwo oraz podstawowego dziś zasobu, czyli wiedzy.

Kapitalizm doprowadził zatem do stworzenia zaawansowanej technologicznie cywilizacji ludzkiej w zaledwie parę wieków. Niestety z biegiem czasu ujawniać zaczął się jego nieprzekraczalnie dialektyczny charakter. Ponad 10 lat po kryzysie finansowym, mimo stabilnego wzrostu gospodarczego i niskiego bezrobocia, system chwieje się w posadach. Współczesny reżim akumulacji oparty na nieograniczonym wzroście doprowadził do katastrofalnej degradacji środowiska naturalnego oraz chronicznej niestabilności wyrastającej z rosnących nierówności społecznych, spadku mobilności międzypokoleniowej oraz ogólnego wzrostu niepewności jutra. Trwająca właśnie epoka antropocenu rozpoczyna się od nieintencjonalnej katastrofy ekologicznej – rezultatu sumy perfekcyjnie racjonalnych decyzji pojedynczych firm maksymalizujących swoje zyski. Zmiany te kwestionują wieczne trwanie kapitalizmu, stawiając go bardziej w roli ograniczonego czasowo ewenementu niż systemu, dla którego, przywołując słowa Margaret Thatcher, nie ma alternatywy. Kryzys klimatyczny pokazuje jasno, że dalsza akumulacja grozi nie tyle jego upadkiem, ile wręcz wymarciem współczesnej cywilizacji człowieka pod jego gruzami.

Stoimy więc przed przełomowym momentem wyboru, który determinować będzie nie tylko kształt otaczającego nas świata, ale również przyszłość gatunku ludzkiego. Aby zapobiec katastrofie klimatycznej oraz ogólnemu rozpadowi struktur społecznych, musimy doprowadzić do ukonstytuowania się nowego systemu, który zapewni:

  • możliwie szeroki zakres ochrony środowiska naturalnego poprzez racjonalne gospodarowanie jego zasobami,
  • osiągalny dla każdego obywatela i każdej obywatelki dostęp do podstawowych dóbr i usług (mieszkania, żywności, edukacji czy opieki zdrowotnej),
  • maksymalny poziom zatrudnienia z poszanowaniem praw i podstawowych potrzeb pracowniczych,
  • strategiczne inwestycje w kapitał niematerialny (wiedzę, oprogramowanie itd.), umożliwiające ludzkości możliwie szybką modernizację w kierunku alternatyw systemowych.

Obranie nowej drogi rozwoju cywilizacyjnego wykracza obecnie poza mgliste mrzonki technodeterministów i zwolenników post-wzrostu. Nie chodzi o sympatyzowanie z Markiem Zuckerbergiem i jego „alternatywą” w postaci Libry, czyli pseudowaluty kontrolowanej przez korporacje technologiczne. Nie myślimy też o moralizatorskich krucjatach na rzecz wyrzeczenia się ubrań, jedzenia i prądu, bo nie powszechny wzrost jest problemem, lecz wzrost osiągany narzędziem prywatnego zysku firm minimalizujących swoje koszty. Nowa droga rozwoju uchodzić zaczyna raczej za historyczną konieczność; jedyną możliwość wyrwania się z destrukcyjnych sideł kapitalistycznej logiki zysku. Warto zatem pochylić się nad zaproponowanymi dotychczas przewidywaniami odnośnie do ewolucji wolnorynkowego kapitalizmu oraz nakreślić możliwe ścieżki jego transformacji w kierunku nowego systemu, lepiej dostosowanego do współczesnych wyzwań.

1. Mgliste wizje przyszłości

Przyszłość kapitalizmu jest przedmiotem debat licznych ekonomistów, myślicieli politycznych i filozofów już od dłuższego czasu. Spełnienie się różnych wizji świata postkapitalistycznego miałoby być możliwe dzięki postępowi w dziedzinie automatyzacji i technologii ICT. Rozwój w tych obszarach powoduje, że koszt wytworzenia nowego dobra lub usługi cyfrowej jest bliski zera. Równocześnie coraz łatwiejsze staje się strategiczne planowanie procesów produkcyjnych na poziomie przedsiębiorstw, które są w stanie w większym zakresie sterować alokacją zasobów poprzez wykorzystanie zaawansowanej inżynierii danych i tworzenie planów wytwórczych ex ante. Zmiany te kwestionują fundamenty systemu kapitalistycznego, takie jak własność prywatna czy wolnorynkowy system wyznaczania cen. Obecnie coraz więcej myślicieli jest zgodnych, że zmierzamy w kierunku kresu kapitalizmu, jaki do tej pory znaliśmy. Różnie natomiast postrzegają oni procesy transformacyjne, które doprowadzą nas do momentu cywilizacyjnego przełomu, oraz ostateczny kształt tych zmian.

Schyłku kapitalizmu, wynikającego z jego systemowej niewydolności, wypatruje niemiecki socjolog i ekonomista Wolfgang Streeck, który w książce „How Will Capitalism End: Essays on a Failing System” przedstawia trzy argumenty za takim scenariuszem. Symptomami zbliżającego się końca są malejące w długim okresie stopy wzrostu, rosnąca akumulacja długu publicznego i prywatnego oraz destrukcyjny wzrost nierówności, który osiąga obecnie historyczne poziomy. Streeck przedstawia więc mniej modernistyczny pogląd na dalszy rozwój naszej cywilizacji, widząc koniec kapitalizmu nie w rewolucyjnym przejściu z jednego systemu do drugiego, a raczej w jego rychłym upadku, poprzedzonym „długim oraz bolesnym okresem skumulowanego rozpadu”. Jednak wizja ta, mimo wyraźnej trafności postawionej diagnozy, pomija naglącą potrzebę rekonstrukcji naszego świata poprzez dostosowanie jego organizacji do dynamicznych zmian, które zachodzą na naszych oczach. Pozostawienie kapitalizmu samemu sobie wydaje się najmniej rozsądną i pożądaną wersją wydarzeń, ponieważ, jak zauważyliśmy, jego autonomiczny rozpad niesie ze sobą degradację środowiska naturalnego poza punkt, w którym planeta będzie się nadawała do godnego życia, co w sytuacji skrajnych nierówności doprowadzić może też do licznych wojen i konfliktów.

Nieco inną wersję ewolucji kapitalizmu proponuje Paul Mason w książce „PostCapitalism: A Guide To Our Future”. Mason w dość utopijnym tonie kreśli wizję przyszłości, w której rozwój technologiczny zredukuje przymus pracy do minimum, zniesie rzadkość dóbr oraz asymetrię informacji, a ludzie będą w stanie oddolnie organizować się do takiego stopnia, że kapitalistyczna logika zysku przejdzie do historii. Postkapitalizm w jego wydaniu to świat, w którym rząd zapewnia każdemu pewne minimum w postaci dochodu podstawowego, a nieskrępowane niczym społeczeństwo oddaje się dobrowolnej pracy na rzecz dobra wspólnego – na przykład tworząc platformy o wolnym dostępie, typu Wikipedia. Podobnie do Streecka, wyjątkowo inspirująca opowieść brytyjskiego dziennikarza opisuje kres kapitalizmu jako pewien dziejowy, samowolny proces. Tym samym pozbawia ludzkość sprawczości w odgórnym sterowaniu tymi przemianami.

Podobnych opowieści futurologów jest więcej. To na przykład historia ludzkości opisywana przez izraelskiego historyka Yuvala Noaha Harariego, który wieszczy powstanie nowego, doskonałego super-człowieka lub inaczej „homo deus”. To również wizje technooptymistów opisane w książkach takich jak „The Fourth Industrial Revolution” Klausa Schwaba, założyciela i prezesa Światowego Forum Ekonomicznego, „Reinventing Capitalism in the Age of Big Data” Viktora Mayera-Schönbergera i Thomasa Ramge’a czy „World Without Capital” niemieckiego inwestora Alberta Wengera. Łączy je pewna utopijność. Wizja świata przyszłości przedstawiana przez współczesnych futurologów jest na tyle daleka i mglista, że wręcz pozbawiona realizmu. Wydaje się natomiast, że kształt przyszłości powinien być raczej efektem skonsultowanej społecznie reakcji na pogłębiającą się niewydolność obecnych struktur systemowych.

Odczytywanie „wiatru historii” przez intelektualne elity neoliberalizmu pomija rolę tych, którzy aktywnie łapią wiatr w żagle. Z perspektywy logiki heglowskiej, kiedy konkretna propozycja przyszłego świata zostanie zrealizowana przez liderów zmiany i ich sojuszników, wtedy w istocie będzie ona „konieczna”, jedyna możliwa w ujęciu retroaktywnym. Nie mylą się więc ci, którzy historię widzą deterministycznie, ponieważ rzeczywiście mechanizmy społeczne i gospodarcze mają swoją logikę oraz kierunek rozwoju. Błąd Schwaba czy Harariego jest jednak w nazywaniu własnych przypuszczeń – osadzonych w konkretnym punkcie widzenia, punkcie technokratycznych elit – jedyną możliwą przyszłością (przy mniej lub bardziej jasno wyartykułowanym przekazie „dostosuj się jak najszybciej lub zgiń!”). Musimy pamiętać, że wspomniane procesy składają się z ludzi, nie z biernych atomów miotanych nowymi technologiami – dlatego właśnie zorganizowana presja masowych ruchów na budowę innego systemu, choć dzisiaj może wydać się być „przeciwko historii” technodeterministów, w istocie będzie wypełnieniem dziejowej konieczności.

Nowy system społeczno-ekonomiczny wymaga od nas jak najszybszego wdrożenia ścisłej współpracy społeczeństwa poprzez kolektywne zarządzanie gospodarką, które ograniczy nadmierną eksternalizację efektów zewnętrznych działalności indywidualnych podmiotów na środowisko naturalne oraz najsłabsze grupy społeczne. Pomysł, by po sumie egoistycznych decyzji pojedynczych jednostek oczekiwać rezultatów sprzyjających dobrobytowi całego społeczeństwa, wydaje się całkowitym szaleństwem. To na nim jednak opiera się argumentacja obrońców kapitalizmu. Wyczekiwanie ze strony firm kierujących się większą społeczną odpowiedzialnością czy troską o środowisko głębokiej restrukturyzacji systemu, jest skazane na porażkę, ponieważ nawet te dobre intencje pojedynczych firm obniżą ich konkurencyjność i wystawią na pożarcie przez drapieżnych rywali.

Wyzwolenie nadejść może tylko od strony modelu postkapitalizmu, który zagwarantuje sojusz demokratycznej decyzyjności z wykorzystaniem najdoskonalszych osiągnięć współczesnej cywilizacji – sztucznej inteligencji oraz banków wspólnych danych monitorujących procesy konsumenckie i produkcyjne. Kluczowe dla architektury nowego systemu będzie zakrojone na szeroką skalę wspólne planowanie. Dotychczasowe doświadczenia historyczne spisały na straty poważne próby odgórnego sterowania procesami gospodarczymi. Okazuje się jednak, że najważniejszy spór w historii ekonomii politycznej nie został rozstrzygnięty. Dopiero obecna faza rozwoju cywilizacyjnego pozwala nam realnie ocenić modele teoretyczne, które przedstawione zostały w XX wieku w ramach prowadzonej wtedy debaty kalkulacyjnej. Jak się okazuje, odpowiadają one na kluczowe dla każdego ekonomisty pytanie o to, czy istnieje możliwość realnego zakończenia epoki wolnorynkowego kapitalizmu.

2. Historyczna perspektywa debaty kalkulacyjnej

Dyskusja pomiędzy czołowymi ekonomistami, która wywiązała się w dwudziestoleciu międzywojennym, dotyczyła niekapitalistycznej formy organizacji gospodarki opartej na centralnym planowaniu. Model ten zakłada alokację zasobów ex ante przez centralnego planistę, na podstawie zagregowanej bazy informacji dotyczących wyników produkcyjnych oraz preferencji konsumenckich. Stanowi on przeciwieństwo formy rynkowej, która dokonuje alokacji ex post poprzez obserwację wahań popytu, wskazujących zapotrzebowanie na konkretne dobra. Oś sporu ogniskowała się zatem wokół pytania o zdolność gospodarki socjalistycznej do centralnego wyznaczania cen – w taki sposób, aby nie doprowadzić do nadmiernej nierównowagi, czyli sytuacji chronicznego niedoboru lub nadmiaru pewnych towarów i usług. Przeciwko kalkulacji socjalistycznej wystąpili głównie przedstawiciele austriackiej szkoły ekonomii, na czele których stali Ludwig von Mises i Friedrich von Hayek. Stronę przeciwną reprezentowało zróżnicowane grono ekonomistów, m.in. Abba Lerner, Paul Sweezy, Maurice Dobb czy nasz rodak Oskar Lange.

Debata została zapoczątkowana przez von Misesa, który w książce „Economic Calculation in the Socialist Commonwealth” (1920) otwarcie krytykował propozycje niekapitalistycznej organizacji gospodarki, pisząc „każdy krok, który oddala nas od prywatnej własności środków produkcji i korzystania z pieniędzy, odbiera nam możliwość racjonalnego gospodarowania”. Austriacy przedstawiali trzy główne argumenty przeciwko centralnemu planowaniu. Po pierwsze uznawali, że kalkulacja nierynkowa nie będzie zyskowna, ponieważ planiście zabraknie bodźców dla przedsiębiorczości i innowacyjności. Po drugie, zarządzanie procesami produkcyjnymi będzie nieracjonalne, gdyż planista nie zna rynkowej wyceny czynników produkcji i dóbr. Po trzecie, negowali możliwość centralnego wyznaczenia funkcji podaży i popytu, czyli zdobycia wiedzy dotyczącej zachowań i preferencji aktorów na rynku. Gospodarka obarczona tak dużymi wadami nie byłaby ich zdaniem w stanie zapewnić społeczeństwu dostępu do podstawowych dóbr i usług, a tym samym przegrałaby pod względem efektywności z systemem kapitalistycznym.

Na argumenty strony austriackiej odpowiedział Oskar Lange, twierdząc, że racjonalność gospodarowania można osiągnąć równie dobrze bez prywatnej własności środków produkcji i wymiany wolnorynkowej. Lange zaproponował własny model kalkulacji nierynkowej, w którym za ustalanie cen odpowiada centralna rada planowania. Plany produkcyjne są wykonywane przez grupę powiązanych przedsiębiorstw państwowych, które, zamiast maksymalizować zysk, przestrzegają zasady produkowania po cenie równej minimalnemu kosztowi krańcowemu (P=MC). Według ekonomii neoklasycznej w tym właśnie punkcie znajduje się optimum produkcyjne, w którym gospodarka jest efektywna. Centralna rada planowania miała aktywnie reagować na wszelkie nadwyżki i niedobory produkcyjne, dostosowując ceny poprzez eksperymenty w taki sposób, aby rynki oczyszczały się, a popyt równy był podaży. Model Langego został później rozszerzony przez Abbę Lernera i obecnie znany jest jako teoremat Langego-Lernera. Jak się okazało, sprawdzał się on doskonale na poziomie teoretycznym, ale całkowicie zawodził w praktyce, kiedy to w bardzo krótkim czasie trzeba było wyznaczyć nieskończoną ilość równowag na mniejszych rynkach. Proponowana przez Langego metoda prób i błędów okazała się zawodna. Tym samym możliwość jakiejkolwiek pozarynkowej organizacji społeczeństwa została ostatecznie odrzucona, a wszelkie rozważania na ten temat naznaczono piętnem późniejszego upadku gospodarek bloku radzieckiego – choć, co ciekawe, zaproponowany przez Langego model kalkulacyjny nie został wdrożony w żadnym z państw. Planowanie w przypadku ZSRR przypominało raczej sterowaną kaprysami generalicji gospodarkę wojenną niż demokratyczny rząd działający w imieniu społeczeństwa.

Ówczesne rozumowanie ekonomistów austriackich wydaje się zdroworozsądkowe. Stworzenie kompleksowego modelu gospodarki centralnie sterowanej i utrzymanie równowagi na niezliczonej ilości rynków było nieosiągalne niemal 100 lat temu. Natomiast współcześnie bez większej trudności z podobnymi wyzwaniami radzą sobie agregujące dane w skali globalnej systemy logistyczne Walmartu czy Amazona. Równolegle zarządzane pasywnie przez rozwinięte algorytmy fundusze indeksowe alokują kapitał w najlepiej rokujących projektach biznesowych, dokonując miliona obliczeń na sekundę. Prorocze okazują się więc słowa Oskara Langego, który już w 1965 r. w swojej pracy „Maszyna obliczeniowa i rynek” powrócił do debaty kalkulacyjnej z międzywojnia. „Gdybym pisał dziś na nowo mój artykuł, miałbym zadanie o wiele łatwiejsze. Hayekowi i Robbinsowi odpowiedziałbym: na czym właściwie polega trudność? Dajmy układ równań równoczesnych do rozwiązania komputerowi i wyniki otrzymamy w niecałą sekundę. Proces rynkowy i jego tâtonnement okazują się przestarzałe. W gruncie rzeczy można go uznać za swoistą aparaturę obliczeniową sfery przedelektronicznej” – pisał polski ekonomista.

3. Planowanie gospodarcze w epoce rewolucji technologicznej

Uznane niegdyś za utopijne, pomysły na stworzenie całkowicie sterowanej gospodarki stają się dziś coraz bardziej realną perspektywą. Podstawy nowego, alternatywnego sposobu produkcji zostały już pod wieloma względami określone; w naszych kieszeniach mamy obecnie dostęp do większej ilości informacji i mocy obliczeniowej, niż mogliby o tym pomarzyć uczestnicy debaty kalkulacyjnej. Współczesne zastosowania sztucznej inteligencji wskazują, że możliwe jest zbudowanie rynku opartego na agregacji i przetwarzaniu danych w jednym centrum decyzyjnym. Wdrażanie takich rozwiązań przez współczesnych gigantów technologicznych sugeruje nawet większą efektywność takiej formy alokacji zasobów. Planowanie gospodarcze nie jest już zatem domeną teoretycznych rozważań i debat akademickich. Staje się codziennością, którą odnaleźć możemy w magazynach Amazona, centrach logistycznych Walmarta czy we własnych telefonach, uruchamiając aplikację Ubera.

Wspominany już kilkukrotnie amerykański Walmart, międzynarodowa sieć supermarketów oraz sklepów detalicznych, jest największym pracobiorcą na świecie – operując w pracochłonnym sektorze, zatrudnia ponad 2,2 mln ludzi. Globalnie większe pod względem liczby pracowników są tylko Departament Obrony Stanów Zjednoczonych oraz Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza. Walmart gromadzi ogromne zasoby danych, dotyczące całego rynku dóbr konsumpcyjnych. Dzięki temu dysponuje wiedzą na temat preferencji konsumenckich i jest w stanie dokładnie przewidzieć ich zmiany, wykorzystując do tego np. informacje pochodzące z mediów społecznościowych, systemów kredytowych, wypożyczalni samochodów oraz innych źródeł agregujących dane w celach komercyjnych.

Walmart doskonale zna również własne łańcuchy produkcyjne oraz metody optymalizacyjne swoich poddostawców. Operuje zatem jako planista, który przewiduje wahania popytu i zachowania konsumentów ex ante, tworząc na ich podstawie długofalowe plany produkcyjne. Planowanie pozwala Walmartowi minimalizować koszty znanego z logistyki efektu byczego bicza (bullwhip effect), który polega na przenoszeniu zwiększonych zamówień na produkt w poszczególnych ogniwach łańcucha dostaw, co doprowadza do nadmiernego wzrostu zamówień w całym łańcuchu. Podniesienie zapasów wymusza zwiększenie zamówienia kierowanego do dostawcy, co prowadzi do niezwykle kosztownych działań, bo każdy kolejny element łańcucha dodaje własny margines zapasów. Precyzyjne planowanie jest dla Walmartu zatem najbardziej efektywnym systemem, zaś rynek – kosztowną zabawą w nieprzejrzysty „głuchy telefon”.

Podobnie do Walmartu działa inne amerykańskie przedsiębiorstwo handlowe – Amazon. Odpowiada ono za prawie połowę handlu detalicznego w całych Stanach Zjednoczonych. Sieć dystrybucyjna Amazona obejmuje tysiące podmiotów operujących w przeróżnych sektorach, które dostarczają swoje towary bezpośrednio do jego magazynów lub wysyłają je prosto do zamawiających w ramach programu Vendor Flex. Podaż produktów wymagana przez system Vendor Flex i ścisłość integracji pionowej z Amazonem (m.in. wgląd Amazona w procesy produkcyjne firmy) oznacza, że poddostawcy są de facto objęci współpracą wykraczającą poza system konkurencji i stałą groźbę utraty partnerów biznesowych. Zamiast tego współpracują niczym podmioty w jednej grupie kapitałowej. W centrum układu znajduje się internetowa platforma, która odbiera impulsy popytowe społeczeństwa i niczym doskonały planista przekazuje je dalej do przedsiębiorstw odpowiedzialnych za produkcję. Amazon zbiera olbrzymie ilości danych od swoich klientów. Wie dokładnie, jakie produkty przeglądają, co znajduje się w ich koszykach oraz jakie decyzje zakupowe ostatecznie podejmują. Pozwala mu to na wdrożenie planowania na szeroką skalę, które opiera się na stosowaniu złożonych mechanizmów optymalizacyjnych – wczesnego badania potrzeb i preferencji konsumentów oraz dostosowania do nich własnych planów produkcyjnych.

Z problemem kalkulacji ekonomicznej równie dobrze radzi sobie Uber, wdrażający obecnie algorytm, który sterować będzie flotą samochodów bez pośrednictwa mechanizmu cenowego. Podobnie jak teraz, wzrost popytu na usługi przewozowe w danym obszarze automatycznie zwiększy liczbę dostępnych kierowców Ubera. Do tej pory jednak decydowała o tym niewidzialna ręka wolnego rynku. W przyszłości podobne decyzje podejmować ma oparta na sieciach neuronowych sztuczna inteligencja, która na podstawie przeszłych zdarzeń prognozować będzie nadchodzące zapotrzebowanie na przewozy. Pozwoli to lepiej reagować na wahania popytu i unikać sytuacji nagłego wzrostu cen – na przykład po dużym koncercie czy innym tego rodzaju wydarzeniu, kiedy tysiące osób w tym samym momencie szuka dostępnego kierowcy.

Inwestycje Ubera we wdrażanie rozwiązań sztucznej inteligencji (AI) do zarządzania przejazdami czy całkowita integracja pionowa Amazona wytyczają kierunek, w którym zmierza gospodarka. Już wkrótce możemy obudzić się w świecie, w którym niedoskonały ze swej natury mechanizm rynkowy zostanie zupełnie zastąpiony potencjałem obliczeniowym samouczących się maszyn. W praktyce oznacza to zastąpienie obciążonej wieloma błędami poznawczymi kalkulacji ludzkiej przez perfekcyjnie dokładne szacunki komputerów ery cyfrowej.

Powyższe przykłady dowodzą, że epoka cen i rynków wyznaczanych krzywymi popytu i podaży zmierza ku schyłkowi. Dziś już coraz rzadziej za produkcję odpowiada mechanizm cenowy, a coraz częściej prognozowanie zmian popytu na podstawie zagregowanych zbiorów danych. Cena w gospodarce kapitalistycznej stanowi od zawsze niedoskonały substytut informacji potrzebnej do przeprowadzenia transakcji rynkowej. Z jednej strony agreguje wszystkie właściwości produktu i jego charakterystyczne cechy (elastyczność popytu, wahania sezonowe) do jednej liczby; z drugiej liczba ta jest niemal zawsze błędna, ponieważ wskazuje wyłącznie koszty poniesione (oraz marżę), a nie koszty realnie wygenerowane – jak zniszczenie środowiska, wykorzystanie rzadkich zasobów czy emisje gazów cieplarnianych.

Niejednokrotnie w tym momencie pojawia się argument, że można za pomocą regulacji zmienić strukturę kosztów i nakierować firmy na właściwą produkcję. To propozycje takie jak np. podatek Pigou od efektów zewnętrznych ponoszonych przez środowisko czy funkcjonujący w Unii Europejskiej system handlu uprawnieniami do emisji CO2 (ETS). Takie rozwiązania przede wszystkim nie odnoszą się do problemu braku efektywności rynku i nie podważają logiki zysku, która prowadzi do patologii przerzucania kosztów i odpowiada za niechęć firm do wdrażania np. gospodarki zamkniętego obiegu. Ta ostatnia jest traktowana jako kolejny koszt, którego zwroty (np. reutylizacja zasobów, pozyskiwanie energii ze spalania) są wciąż dużo mniejsze niż montaż nowoczesnej instalacji. Po drugie, jeden podatek środowiskowy jest zbyt sztywnym rozwiązaniem, a wprowadzenie rozwiązania dynamicznego i elastycznego jest przecież z punktu widzenia przetwarzania danych i interwencji rynkowej niemal zbieżne z planowaniem produkcji bezpośrednio.

Systemy rynkowe, jak ETS, mają z kolei szereg wad. Niepowodzenie transformacji energetycznej w Europie i kilkakrotna reforma przyznawania uprawnień i ich cen wskazują na głęboką niewydolność rynków jako dynamicznych systemów bilansujących tak skomplikowane zależności. Znamy również z nieodległej przeszłości przypadki, gdy wprowadzenie cen i mechanizmów rynkowych do działającego systemu planowego wpłynęło negatywnie na jego efektywność. Reforma NHS (National Health Service), czyli brytyjskiego odpowiednika NFZ, wdrażająca elementy konkurencji i rynkowego kontraktowania klinik (tzw. internal market), w konsekwencji zwiększyła biurokratyzację i podniosła koszty służby zdrowia bez istotnego wpływu na jakość świadczonych usług. W latach 1991–1994 fundusze i wydzielone podmioty zgrupowane w systemie NHS były zmuszone do zatrudnienia ok. 10 tys. menedżerów do zarządzania rozrastającą się siecią powiązań biznesowych, kontraktów i prawnych klauzul świadczenia usług. Jak podaje raport UK Center for Health and Public Interest, koszty administracyjne i prawne wzrosły z ok. 5% budżetu pod koniec lat 80. do 14% na początku XXI wieku. Dużo lepszą logiką systemu była poprzednia: połączenie pytania „jakie rezultaty chcemy osiągnąć?” z wiedzą o kosztach ponoszonych przez konkretne jednostki w systemie, co umożliwiało efektywne planowanie wydatków w skali makroekonomicznej.

Problem planowania nie dotyczy zatem efektywności ani technologicznego ograniczenia zbierania i przetwarzania niezbędnych danych. Rosnące inwestycje w rozwiązania chmurowe, czujniki i platformy przemysłu 4.0 wskazują, że dane pozwolą nam optymalizować niemal wszystkie procesy społeczne i gospodarcze. Największy sprzeciw budzi jednak wizja zrealizowania się scenariusza chińskiego – totalitarnego systemu nadzoru, w którym zbędny okazał się nie tylko kapitalizm, ale również swobody demokratyczne. Ryzyko, że planowanie w postkapitalizmie stanie się narzędziem garstki dysponentów władzy, nie może zostać zbagatelizowane.

4. Planowanie dla demokracji

Planowanie ma potencjał wyjścia poza problem stałej konieczności stymulowania popytu, który słabnie przez akumulację kapitału kosztem udziału płac pracowników najemnych. Powodzenie projektu wspólnego planowania musi opierać się na zaangażowaniu szerokich mas do wyznaczania potrzeb i wyzwań, priorytetów i długoterminowych celów. Z pewnością konieczne będzie zaprojektowanie „architektury uczestnictwa”, wbudowanie w system bodźców do partycypacji i rozłożone racjonalnie przywileje oraz obowiązki wynikające z określonego poziomu zaangażowania. To jasne, że nie można oczekiwać od każdego obywatela decyzji co do alokacji budżetu na badania czy obronność ani że możliwe będzie utrzymanie niemal rewolucyjnego zapału na rzecz comiesięcznych głosowań. Jednak odpowiednia kombinacja instytucji konsumenckich, rad pracowniczych, zrzeszeń zawodowych i nowoczesnych partii politycznych (będących w większej mierze „adwokatami programu alokacji”) powinna gwarantować system, w którym planowanie ma bardziej wspólnotowy, transparentny i rozliczalny charakter.

Również mądre zastosowanie sztucznej inteligencji pozwoli zmniejszyć złożoność gospodarki dla przeciętnego obywatela, ułatwiając zrozumienie otaczającego świata i asystując przy podejmowaniu decyzji. Nowa demokracja ekonomiczna będzie mediowana technologicznie, wykorzystując wszystkie innowacyjne aparaty, które dziś służą do ekstrakcji wartości przez cyfrowe platformy. Ostrze cyfrowego nadzoru obróci się – to nie społeczeństwo ma podlegać nadzorowi, lecz samo nadzorować procesy produkcyjne, zużycie zasobów i przepływ finansów oraz danych.

Wartościowy punkt widzenia wnosi tutaj także ekonomia ewolucyjna. Historię rozwoju rynków, państw i złożonych relacji gospodarczych postrzega ona jako ewolucyjny proces, w którym obowiązują mechanizmy znane np. z teorii złożoności (complexity theory). Sprzężenia zwrotne między agentami, informacje od użytkowników i konsumentów, dominacja, rywalizacja i współpraca – wszystkie te dynamiczne czynniki można dzięki planowaniu lepiej śledzić i sterować nimi, gdy tylko dany system przestaje realizować potrzeby społeczeństwa. Zastępuje to statyczną ingerencję państwa w rynek (często o nieprzewidzianych konsekwencjach) elastycznym podejściem, w którym zaawansowane AI jest wykorzystywane do wypełniania poleceń i propozycji nas wszystkich.

Nowa umowa społeczna, jaką tutaj proponujemy, zerwie z obecnym postrzeganiem człowieka przede wszystkim przez pryzmat „obywatelstwa”. Nie obywatel, ale użytkownik zostaje postawiony w centrum ładu planistycznego. Stawiając za cel dobrobyt użytkownika (user welfare) przyznajemy, że epoka praw i obowiązków obywatelskich, wyznaczanych przez biurokratyczną machinę państwa kapitalistycznego, dobiegła końca. Wszyscy jesteśmy użytkownikami – systemu opieki zdrowotnej, systemu edukacji, systemu mobilności i transportu, a także systemu produkcji i konsumpcji dóbr. Każdy z tych systemów musi być zaprojektowany z myślą o wygodzie i dobrobycie użytkownika, maksymalizacji jego satysfakcji i jakości obsługi – co stawiamy w opozycji do przysługujących sztywno praw, których realizacja niejednokrotnie pozostawia wiele do życzenia.

W demokracji użytkowników nie do pomyślenia jest, że problem smogu pozostaje nierozwiązany, chociaż jest już w powszechnej świadomości ważną kwestią dla elektoratów wszystkich stron sporu politycznego. Nadciągająca katastrofa klimatyczna uderzy przede wszystkim, jak każdy kryzys w kapitalizmie, w najsłabszych – niezdolnych do wydzierżawienia oazy bezpieczeństwa i kupienia odrobiny czasu na okręcie zmierzającym ku katastrofie. Wobec tego to demokratyczne i powszechne planowanie społeczeństwa, wspierane przez szeroki konsensus naukowy, jest jedynym gwarantem istnienia oraz inkluzywności przyszłego świata. Nie upatrujmy ratunku ze strony umiarkowanych salonowych ekspertów i polityków usidlonych wieloma interesami, bowiem ich propozycje najczęściej będą oznaczać przerzucanie kosztów na uboższych – jak np. uderzający w osoby z prowincji podatek paliwowy we Francji.

Jeśli tak realna propozycja, jaką jest wydarcie nowoczesnych technologii dominującym podmiotom kapitalistycznym i przekazanie decyzji planistycznych w ręce całego społeczeństwa, wydaje się utopijna, to wyłącznie dlatego, że, ujmując to słowami Frederica Jamesona, „łatwiej wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu”. A koniec świata już tu jest.

5. Zaplanujmy sobie utopię

Uniwersalność obecnego systemu jest na tyle duża i tak bardzo głęboko zakorzeniona w naszym imaginarium społecznym, że jakakolwiek próba wynalezienia go na nowo uznawana jest za utopię. Jednak dlaczego odmawiamy sobie prawa do zaprojektowania przyszłości tak, abyśmy mogli skorzystać na niej wszyscy?

Przejście do proponowanego przez nas planistycznego postkapitalizmu jest ogromnym wyzwaniem cywilizacyjnym, ale nie jest niemożliwe. Konieczne jest współdziałanie wielu różnych ruchów i inicjatyw, które poskładają wszystkie elementy niezbędne do transformacji. Z jednej strony wymaga to zatem działania stricte społeczno-politycznego – walki o każdy przyczółek usług publicznych, progresywnych regulacji i ogólnie pojętej podmiotowości szarych ludzi wobec właścicieli kapitału i ich polityków. Zarazem nie obędzie się bez zaangażowania naukowców, inżynierów, innowatorów oraz badaczy, na których spoczywa ciężar stworzenia technicznego zaplecza dla nowej gospodarki. Oczywiście nie jest to wyzwanie łatwe w dobie tak silnego wpływu świata finansów na sponsorowanie badań i projektów technologicznych, ale nie jest niemożliwe. We wszystkich sektorach widać dziś presję na poszukiwanie przewag konkurencyjnych w automatycznych maszynach decyzyjnych, optymalizacji i predykcji zużycia zasobów czy łączenia podmiotów i firm w skomplikowaną sieć wzajemnych zależności, integrację zarówno wertykalną, jak i horyzontalną. Przy odrobinie dobrej woli, kreatywnego wyobrażenia lepszych systemów gospodarczych i chęci zachowania pewnej autonomii, możliwe jest wypracowywanie krok po kroku rozwiązań gwarantujących ostatecznie radykalnie odmienną przyszłość. Parafrazując znane powiedzenie pewnego dawnego działacza ruchu robotniczego, kapitalizm sprzedaje nam start-up, za pomocą którego go zniesiemy.

Już czas, aby połączyć siły działaczy społecznych, postępowych polityków, ruchów pracowniczych i związkowych oraz naukowców i przedsiębiorców technologicznych. Ostatnie półwiecze należy uznać za stracone; lobbing sił neoliberalnych, konserwatywnych i ekstrakcyjnego biznesu był tak silny, że po dekadach pozostają nam niespełnione obietnice dobrobytu napędzanego nieustannym wzrostem gospodarczym. Dzisiaj historie o nowym wspaniałym świecie zastępowane są prognozami jego końca. Epoka kierowanego bezmyślną żądzą zysku kapitalizmu dobiega końca, a wraz z nią powstają nowe wizje organizacji przyszłości. Już w klasycznej pracy z 1944 r. Karl Polanyi pisał, że „idea samoregulującego się rynku implikowała skrajną utopię. Taka konstrukcja nie mogła bowiem istnieć przez dłuższy czas, nie unicestwiając jednocześnie ludzkich i przyrodniczych podstaw istnienia społeczeństwa. Z całą pewnością doprowadziłaby w końcu do fizycznego wyniszczenia ludzkości i przekształcenia jej naturalnego otoczenia w dzikie pustkowie”. Rzeczywiście, jak zauważyliśmy, kapitalistyczny sposób zarządzania po kilku spektakularnych, choć pełnych przemocy wiekach można ocenić jako porażkę. Wybitna polska ekonomistka i działaczka socjalistyczna Róża Luksemburg zwykła mówić: „socjalizm albo barbarzyństwo”. Dziś jej słowa najprawdopodobniej brzmiałyby: „cyfrowe planowanie albo zagłada”. Warto zatem na sam koniec postawić odważną tezę: cyfrowe planowanie, urządzone według reguł demokratycznych, jest osiągalnym i wartym poważnego rozważenia modelem postkapitalizmu. I do przemyślenia tej propozycji wszystkich czytelników i czytelniczki serdecznie zachęcamy.

komentarzy