Świat po pandemii – debata „Nowego Obywatela”

·

Świat po pandemii – debata „Nowego Obywatela”

·

Powyższy tekst to zredagowany zapis debaty poświęconej publikacji „Świat po pandemii. Nowe idee na nowe czasy” – można ją w całości i za darmo pobrać tutaj. Debata odbyła się online 15 grudnia 2020 i została zorganizowana przez „Nowego Obywatela” i Komitet Dialogu Społecznego KIG. W dyskusji udział wzięli: Magdalena i Remigiusz Okraskowie, prof. Monika Kostera, Bartłomiej Kozek oraz Bartosz Bartosik jako prowadzący. W roli gospodarza wystąpił: Konrad Ciesiołkiewicz (Komitet Dialogu Społecznego KIG). Całość spisała i zredagowała Marta Tumidalska.

 

Jak zmieniła nasz świat pandemia?

Remigiusz Okraska: Mówiąc wprost, nasz świat eksplodował. Okazało się, że mamy gigantyczny problem o zasięgu globalnym, który wywraca do góry nogami pewniki na których wszyscy bazowaliśmy, fundamenty gospodarki liberalnej, zglobalizowanej, opartej na intensywnej presji na środowisko naturalne. Pandemia stała się dobitnym potwierdzeniem tego, co od wielu lat staramy się w „Nowym Obywatelu” głośno mówić zarówno w sprawach społecznych jak i gospodarczych, ale w większości przypadków uważano to wcześniej za przesadę, czarnowidztwo, straszenie, szukanie dziury w całym, a w najlepszym razie – za ekscentryczność intelektualną.

Tymczasem rzeczywistość niemal z dnia na dzień potwierdza wiele tych diagnoz. Okazało się na przykład, że gospodarka zglobalizowana ma problem z łańcuchami dostaw. Myślenie typu tego, że będziemy produkować na drugim końcu świata, bo tam jest taniej, nie zdaje egzaminu, bo nagle przywóz tych towarów napotyka na blokadę z powodu problemów sanitarnych, izolacji społecznej, kwestii bezpieczeństwa. A dotkliwym skutkiem są m.in. braki na półkach, w tym braki środków ochronnych, lekarstw itp.

W pandemii coraz głośniejszy jest głos krytyków kapitalizmu.

Magdalena Okraska: Pandemia jasno pokazała, że kapitalizm nie ma odpowiedzi na wszystko. Co więcej, upiera się przy stosowaniu ciągle tych samych rozwiązań. To jest bardzo ważne np. w kontekście tego, jak wygląda obecnie świat pracy i sytuacja pracowników. W 2008 r. na skutek krachu gospodarczego nastąpiło pierwsze otrzeźwienie, pojawiła się świadomość potrzeby zmiany narracji. Tzw. wyczekiwany koniec historii nie nastąpił. Pojawiły się np. ruchy „Occupy”, rozróżnienie na 1 i 99 procent społeczeństwa, a klasowy kontekst sytuacji w świecie pracy zaczął być dostrzegany również przez media liberalne i klasę średnią.

W broszurze „Świat po pandemii. Nowe idee na nowe czasy”, którą napisaliśmy wspólnie z Remigiuszem, przedstawiamy idee odpowiadające na wyzwania dzisiejszych czasów, ale robimy to wbrew tradycyjnym podziałom ideowym. Nie dzielimy ich np. na lewicowe i prawicowe, bo uważamy, że one są niejednorodne środowiskowo. Taka konwencja pozwoliła nam umieścić tam np. tematy związkowe i stricte pracownicze, ale także dotyczące pracy reprodukcyjnej kobiet – niepłatnej pracy domowej, emocjonalnej, fizycznej, niewartościowanej rynkowo i lekceważonej społecznie.

Piszemy też o ideach dotyczących tego, czego jeszcze nie ma, ale już nie ze sfery science fiction. Chodzi o decyzje, które będziemy musieli podejmować w krótkim czasie, np. dotyczące bezwarunkowego dochodu podstawowego, wypłacanego każdemu w równej kwocie tylko za to, że jest obywatelem danego kraju.

Broszura dotyczy globalnych trendów, ale w dotychczasowej publicystyce zajmowaliście się także sprawami lokalnymi, opisując np. sytuację Zawiercia, gdzie mieszkacie. Czy ta zmiana perspektywy była dla was problemem?

R. O.: To, co dzieje się w społecznościach lokalnych, zazwyczaj jest odzwierciedleniem zdarzeń i procesów na poziomie krajowym czy coraz częściej właśnie globalnym. Nie ma już społeczności odizolowanych, nie możemy abstrahować od globalnych procesów, zresztą one często dopiero na lokalnym poziomie są jaskrawo widoczne. Opowieść o globalizacji gospodarczej trafia do odbiorców mniej lub bardziej, ale bardzo wyraźnie przekłada się na społeczność lokalną, bo jeśli powstaje 5 dyskontów to znika 50 małych sklepów, które należały do ludzi związanych z tym miejscem na dobre i złe, i stanowiły część lokalnej tkanki społecznej.

Piszecie o „nowym lokalizmie”. Co to znaczy?

R. O.: To idea, która wybrzmiewa na świecie już od jakiegoś czasu. Bardzo mocno wybrzmiała u początków ruchu antyglobalistycznego, który zwrócił uwagę na fakt, że mimo kulturowego i gospodarczego powiązania, a nawet ujednolicenia wielu miejsc na świecie, wciąż istnieją tradycje i specyfiki lokalne, które są często rezerwuarem pomysłów na rozwiązywanie problemów społecznych. W kosmopolitycznym świecie intelektualnym możemy funkcjonować w ogólnym wymiarze haseł, ale życie ludzi nadal bardzo mocno związane jest z konkretnym miejscem, z jego problemami i wypracowywanymi tam rozwiązaniami. Ruch antyglobalistyczny zwrócił uwagę na lokalną specyfikę problemów, na to, że mimo pewnej wspólnoty doświadczeń w świecie, w którym coraz więcej rzeczywistości się przenika, nie ma uniwersalnej czy uniformizacyjnej recepty na wszelkie problemy. A perspektywa lokalna nie tylko nie przeszkadza w rozmowie o globalnych trendach, ale wręcz przeciwnie, nadaje im dodatkowe zakorzenienie w konkrecie.

Wróćmy jeszcze do wątku krytyki kapitalizmu. Czy pogłoski o jego rychłej śmierci nie są przesadzone? I co nadejdzie po nim?

M. O.: Nie wierzę w to, że kapitalizm podda się bez walki. W euroamerykańskim kręgu ideowym ruchy oddolne dochodzą do pewnych wniosków na temat modyfikowania czy też wręcz obalania kapitalizmu. Ale jest przecież mnóstwo krajów, na których peryferyjności i taniej sile roboczej, problemach zdrowotnych, problemach z wodą itp. kapitalizm korzysta.

Absolutnie nie jestem fanką kapitalizmu, który nawet pomimo pewnych modyfikacji jest moim zdaniem jednym z najgorszych, najbardziej wyzyskowych systemów kontroli człowieka i jego pracy, jaki kiedykolwiek przydarzył się ludzkości. Trzeba mieć świadomość, że on nie jest jedyny, że są alternatywy, ale to wymaga ogromnych zmian i to nie tylko ideowych, bo kapitalizm to potężny przeciwnik. Jednocześnie my znajdujemy się w tej części świata, która może starać się wymóc kierunkowe decyzje np. na wielkich korporacjach.

A kapitalizm w czasie pandemii decyduje m.in. o tym, kto, kiedy i za ile będzie miał dostęp do konkretnych leków. Sam fakt, że szczepionka na COVID-19 będzie darmowa bierze się z tego, że chorują biali ludzie. I ci sami ludzie chcą, żeby szczepionka była szybko. Gdy epidemie uderzały w Afrykę czy w Azję, szczepionki były tworzone wolniej, a więcej osób umierało z powodu braku dostępności, bo koncerny farmaceutyczne kładły łapę na patentach. Zdrowie i życie ludzkie spoza kręgu euroamerykańskiego to są liczby, które w pewien sposób podlegają handlowi, wymianie i wszelkim kapitalistycznym prawom.

R. O.: Zbyt często żyjemy naiwną nadzieją, że system – możemy go nazwać kapitalizmem – zmieni się sam z siebie. To tak nie działa. Mamy do czynienia z brutalną grą interesów, w której ten system pazurami trzyma się swoich stref wpływów i nie odda swojego stanu posiadania bez walki. A zmiany następują albo w wyniku ogromnej presji społecznej, której nie da się zneutralizować, albo wtedy, gdy system staje się dysfunkcjonalny na taką skalę, że nie da się udawać, że jest inaczej.

Tu niezwykle ważna staje się ekologia i ochrona środowiska, które dotyczą samych podstaw bytowania człowieka i innych gatunków. Bo PKB może rosnąć, na rynek mogą wchodzić nowe modele smartfonów czy kolejne udogodnienia cywilizacyjne, ale to wszystko traci znaczenie, gdy w kłopotach pogrąża się fundament przetrwania, czyli odporność naszej planety. Kapitalizm nauczył się sprawnie omijać czy spychać na ubogie obrzeża wiele problemów społecznych, ale wobec wyzwań klimatycznych dochodzi do ściany, bo tu nie da się udawać, że jest inaczej niż jest.

Jestem trochę pesymistą dziejowym, to znaczy uważam, że wiele pozytywnych zmian społecznych wynikało z walki, z determinacji, z upominania się o prawa słabszych, ale wiele innych wprowadzono dopiero po rozmaitych kataklizmach, hekatombach, po wyniszczających wojnach, wśród ruin i zgliszczy.

A gdyby jednak próbować zdążyć przed kolejnym kataklizmem – jak i wokół czego budować skuteczne koalicje na rzecz zmian?

R. O.: Trzeba uświadamiać ludziom, że nie są sami, myśląc, że coś z tym światem jest nie do końca w porządku. Z perspektywy czasu widzę, wyraźnie, że dzisiaj łatwiej już o refleksję, o artykułowanie w sferze publicznej pewnych problemów i nowych idei. To jest duża zdobycz, bo jeszcze 10-20 lat temu propagowanie czegoś, co było w kontrze do neoliberalnego mainstreamu, przypominało walenie głową w mur.

Ale budowanie koalicji to nadal poligon, na którym poruszamy się trochę po omacku, metodą prób i błędów. Nie ma dróg na skróty, trzeba się sprawdzać w boju, a przede wszystkim rozmawiać z bardzo różnymi ludźmi z bardzo różnych środowisk. Metody działania w systemie demokratycznym są tak naprawdę ciągle takie same: mobilizacja społeczna, mobilizacja polityczna. Wiem, że wielu osobom polityka bardzo źle się kojarzy, ale nacisk na decydentów rożnego szczebla jest po prostu niezbędny. Nie wierzę w prezenty od odpowiedzialnych elit władzy czy pieniądza. Musimy się o te reformy społeczne i ekonomiczne ciągle upominać – każdy tak, jak potrafi, w zgodzie z własnym temperamentem i możliwościami. Kluczem jest aktywność, próba osiągnięcia sprawstwa społecznego, a nie oglądanie się na elity.

Co odróżnia presję od skutecznej presji?

M. O.: Żeby wywieranie presji było skuteczne, musi być masowe. Dlatego jeśli ktoś doprowadzi do zmian relacji pracy i kapitału to będzie to prawdopodobnie ruch pracowniczy. Żeby przerazić kapitał, elity, rządzących potrzeba dużych grup ludzi, którzy są w stanie wyjść na ulicę, albo jak w Amazonie blokować wyjazdy ciężarówek. Albo usiąść do stołu negocjacyjnego i tam zabrać głos w imieniu dziesiątek tysięcy osób myślących podobnie.

Druga rzecz to lobbing. Tu dobrym przykładem jest ruch prozwierzęcy. To trochę paradoks, bo obok ruchu ekologicznego należy do tych wyjątków, gdzie beneficjenci nie są w jego stanie zabrać głosu we własnej sprawie. Tu zmianę jakościową wywalczyli nie tyle ludzie, którzy stali na ulicach z transparentami „Macie krew na rękach”, co ci, którzy chodzili do firm, ubierali się w garsonki i szpilki i starali się negocjować jednocześnie z biznesem i z polityką.

I wreszcie to, co zdarza się najrzadziej, ale jednak się zdarza. Tak jak w Polsce przed 5 laty, gdy władza w pewnym sensie odpowiedziała na potrzeby społeczne, mimo że nie były one poparte strajkami czy protestami, a jedynie niezadowoleniem i rezygnacją. To zostało sprawnie wykorzystane przez obecnych rządzących, ale z korzyścią dla wielu słabszych grup społecznych.

Wróćmy do ekologii, o której wspomniano wcześniej jako jednym z kluczowych wyzwań.

Bartłomiej Kozek: Kwestie tego, czy chronić środowisko, przestają być w Europie i w Polsce elementem sporu ideowego lewicy z prawicą. Stają się przestrzenią dyskusji nad sposobami jego ochrony (szczególnie ważnej w obliczu kryzysu klimatycznego), w której odnajdują się siły usytuowane po różnych stronach politycznego spektrum.

Jest to zauważalne również w Polsce, gdzie np. przy okazji ostatnich wyborów parlamentarnych w 2019 r. kwestie środowiskowe pojawiały się w przekazach w zasadzie każdej kandydującej partii, niezależnie od jej nurtu ideowego. Ta sytuacja wpływać będzie pozytywnie również na siły ekopolityczne – odwołujące się przede wszystkim do ekologii, środowiska, zrównoważonego rozwoju – bo zmusza je do zaakceptowania faktu, że nie mają monopolu na kwestie środowiskowe. Pozwala też przekonywać do tych kwestii różnego rodzaju grupy – i to nie tylko te wielkomiejskie, liberalne, kosmopolityczne, ale też te, które łączą kwestie środowiskowe z szeroko pojętą konserwacją, zachowywaniem więzi społecznych i więzi człowieka z przyrodą.

Kto na tym skorzysta?

B. K.: Warto zwrócić uwagę, że już sam fakt konkretyzacji wizji ekologicznej na poziomie Europy – czyli Europejski Zielony Ład – nie wyniknął tylko z dobrej woli, lecz z dość banalnego faktu, że w wielu krajach siły progresywnie patrzące na kwestie ekologiczne zaczęły zyskiwać szersze poparcie. Wywołało to parcie na to, by projekt europejski – jeśli zachować ma swą legitymację społeczną – odpowiadał na trapiące opinię publiczną wyzwania. Czy rzeczywiście odpowiada? W dużej mierze tak. W dokumentach, które towarzyszą temu projektowi, widać wciąż jednak napięcie między starą wizją gospodarki opartej na wzroście a próbą wyjścia poza paradygmat nieograniczonego wzrostu PKB.

W odpowiedzi na kryzys klimatyczny pojawiają się m.in. rozwiązania oparte na mechanizmach rynkowych, jak np. europejski system handlu emisjami, które jednak ich krytykom kojarzą się ze sprowadzaniem przyrody do roli towaru. Są też rozwiązania z obszaru ekologicznej polityki podatkowej, czyli przenoszenia ciężaru opodatkowania z pracy na zanieczyszczenia. Pojawia się pytanie o to, na ile może ona sprzyjać redystrybucji i kto na tej zmianie skorzysta. Czy będzie to np. klasa średnia inwestująca w różnego rodzaju odnawialne źródła energii (co będzie sprzyjać obniżkom ich ceny), czy też raczej skupić się powinno na przeznaczaniu środków na inwestycje publiczne, masowe programy termomodernizacyjne, które mają m.in. zwalczać ubóstwo energetyczne.

Od poprzedniego kryzysu gospodarczego coraz więcej mówi się o tzw. rematerializacji ekopolityki. Upowszechnia się przekonanie, że jest to kwestia bezpośrednio dotykająca tego, w jaki sposób żyjemy: jaki jest poziom naszego życia i jego jakość. W 2008 r. zaczęły upowszechniać się idee takie jak zielony nowy ład czy tworzenie zielonych miejsc pracy. Na forum ONZ w ostatnich latach coraz więcej mówi się o łączeniu sprawiedliwości środowiskowej i sprawiedliwości społecznej. Dane wskazują, że emisje gazów cieplarnianych, wygenerowane przez najbogatszy jeden procent ludzi na świecie, są dwukrotnie większe niż najbiedniejszej połowy ludzkości. W świecie nierówności dużo trudniej troszczyć się o środowisko.

W ostatnich latach zmienia się na lepsze jakość debaty o ochronie środowiska – na bardziej inkluzywną, zarówno pod kątem uwzględniania kwestii społecznych, jak i ideowej różnorodności. Nadal dużym wyzwaniem pozostaje natomiast łączenie kwestii praw środowiskowych z prawami człowieka, oparcie prawdziwie trwałego, zrównoważonego rozwoju na prawie do jakości życia na odpowiednim poziomie, prawie do edukacji, prawie do zdrowia i jego ochrony. A przecież mowa tu o podstawowych dobrach i usługach publicznych niezmiernie istotnych, abyśmy w ogóle mieli siłę myśleć z perspektywy trochę szerszej niż tylko „od pierwszego do pierwszego”.

Czy lokalny kontekst ma znaczenie?

B. K.: W ekologii dużo mówi się o kontekście lokalnym. Problemem jest nie tyle to, że chcemy kopiować 1:1 jakieś rozwiązania ze świata, ale raczej kwestia, że często nie wykonuje się wystarczająco dużego wysiłku intelektualnego, aby się z danym rozwiązaniem zapoznać przed jego wykorzystaniem. Niezwykle ważne jest dostosowywanie rozwiązań środowiskowych do lokalnego kontekstu, specyfiki metropolii, obszarów przemysłowych czy rolniczych. Uwzględnienie kontekstu lokalnych społeczności, nadanie tym rozwiązaniom partycypacyjnego, obywatelskiego, demokratycznego charakteru. Mówienie językiem korzyści o poprawie komfortu życia wynikającej z polityki środowiskowej.

Wracając do kryzysu klimatycznego, mniej boję się apokaliptycznej wizji końca ludzkości niż scenariusza, w którym przez najbliższe dziesięciolecia będziemy stąpać po cienkiej linii na skutek braku ambitnej globalnej polityki klimatycznej, w ekosystemach będzie dochodzić do sprzężeń zwrotnych gwałtownie pogarszających naszą jakość życia, a bardziej tego, że równolegle bogata Północ uzbroi się i okopie, a nasz kontynent stanie się „fortecą Europą” próbującą bronić się przed ludźmi uciekającymi do niej w poszukiwaniu lepszego życia.

Zakończę pozytywnym akcentem z Polski – całkiem niedawno we wschodniej Wielkopolsce powstała strategia sprawiedliwej transformacji tego subregionu, która zakłada dojście do celu neutralności klimatycznej do 2040 r., czyli aż 10 lat wcześniej niż cel europejski. Co ważne, strategia ta została stworzona przy udziale samorządów, organizacji pozarządowych, przedsiębiorców i związków zawodowych. To pokazuje niezwykłą wagę dialogu społecznego, którego istnienie wymaga silnych stabilnych instytucji, również publicznych – kreujących, współtworzących, wspierających ten dialog. Jest on potrzebny do tego, byśmy nie żyli w swoich oddzielnych „bańkach”, lecz przekraczali nasze strefy komfortu. Nagle może się okazać, że właśnie rozmawiając będziemy w stanie stworzyć coś, co realnie odpowiada na wyzwania współczesności. Przykład z Wielkopolski pokazuje jasno, że zmiana jest możliwa. Pozostaje kwestia tego, czy i w jaki sposób naciskać oraz jak najbardziej skutecznie generować sojusze po to, aby ta zmiana faktycznie nastąpiła.

A jak Pani profesor wyobraża sobie przyszły świat? Będzie lepszy niż obecny?

Monika Kostera: Wszyscy zastanawiamy się dzisiaj jak będzie wyglądał świat po pandemii. A ja zaczęłabym od próby odpowiedzi na pytanie, gdzie właściwie znajdujemy się obecnie. W 2012 r. Zygmunt Bauman ponownie zaproponował na dzisiejsze czasy metaforę interregnum autorstwa Antonio Gramsciego jako moment pomiędzy dużymi systemami, kiedy jeden z nich już nie działa, ale nie mamy jeszcze nic nowego na horyzoncie. I teraz mamy do czynienia właśnie z metaforycznie ujmowanym bezkrólewiem. Znajdujemy się bowiem w próżni instytucjonalnej, w próżni socjologicznej – ani tu, ani tu.

Ten okres interregnum jest bardzo nieprzyjemny, z czego zdaję sobie sprawę jako naukowczyni i uczestniczka życia społecznego. Mówimy bowiem o stanie, kiedy wszystko przestało działać i zdaje się być skazane na czarne scenariusze – opisuję to w moich publikacjach jako „apokalipsę socjologiczną”. Obserwujemy rozpad wielkich struktur i instytucji, które latami dźwigały bardzo skomplikowane rozwiązania i mechanizmy społeczne – to wszystko legło w gruzach.

Ale przecież „apokalipsa” oznacza objawienie. Rozpad ujawnia to, co jest pod spodem, to, na czym były zbudowane struktury i instytucje. One powinny być zbudowane na wspólnych wartościach, a okazuje się, że tam pod spodem są przemoc, naga władza, rzeczy, które nas przerażają i odrzucają. To też wprowadza mroczne nastroje społeczne, wywołuje pytania o to, dokąd właściwie zmierzamy.

Uważam, że te wspólne wartości też tam są. Obecnie jest czas na to, aby ich celowo i świadomie szukać, bo one nam się bardzo przydadzą do budowy nowego świata, w którym będzie się nam – ludziom i przyrodzie – lepiej funkcjonowało.

A to dzisiejsze „pomiędzy” przypomina stan, który w antropologii nazywa się liminalność, czyli faza rytuału przejścia pomiędzy odebraniem i nadaniem właściwości, np. roli społecznej. To może być bardzo trudny stan, ale on jednocześnie oferuje też przestrzeń myślenia, potencjał do tego, żeby coś się skrystalizowało, można go wykorzystać do myślenia nad rzeczami, których „nie da się zrobić”. Czyli np. różne anarchistyczne inicjatywy prefiguratywnego zarządzania, kooperatywy, które sobie zresztą ekonomicznie bardzo dobrze radzą, czy też inne alternatywne organizacje gospodarcze, które zarządzają sprawnie, ale za granicą istniejącego systemu – mając na uwadze to, że w przyszłości będzie inaczej, proponując strukturyzację wokół kluczowych wartości.

A co z kapitalizmem?

M. K.: Nigdy zbytnio nie przepadałam za kapitalizmem, ale trzeba uczciwie przyznać, że miał on swoje lepsze czasy, potrafił wchłaniać różnorodność, kraść twórcze rozwiązania socjalistom czy nawet komunistom i na tym budować swoje strategie przetrwania. Ale utracił tę żywotność, stracił sterowność, wpadł w błędne koło oparte na dodatnim sprzężeniu zwrotnym – czyli na zasadzie, że jeśli występuje zakłócenie, to dodaje się więcej do parametru zgodnym z kierunkiem zakłócenia. Czyli, potocznie rzecz ujmując, że jeśli coś nie działa, to stosuje się więcej tego samego. Kapitalizm nie potrafi już w obecnej fazie uczyć się na własnych błędach. Co więcej, w ostatnich czasach zaczyna odcinać marginesy, a jak wiadomo marginesy to są życiodajne peryferia wielkiego systemu. Czyli nie ma skąd czerpać energii dla odnowy.

Jest to jednak wielki system społeczny, więc on może tak umierać przez pięćdziesiąt, albo i sto lat. Popatrzmy na poprzednie systemy – na imperium rzymskie, na feudalizm. A kapitalizm ma nadal bardzo dużą siłę bezwładu i mechanizmy, które w części nadal działają – jak np. mechanizm wzrostu ekonomicznego. Ale bez struktur wspierających i źródeł odnowy to prowadzi do systemów przemocowych, niedemokratycznych i co więcej – do takiego wyniszczenia planety, że dalszego ciągu już nie będzie.

Co mogłoby to zmienić?

Rozmawiamy na przykład o powszechnym dochodzie gwarantowanym. On mógłby być klinem, który możemy wbić kapitalizmowi i pomóc mu umrzeć. Bo gdy ludzie dostaną ten dochód, to mogą się zorientować, że wcale nie muszą pracować w neoliberalnych korporacjach, nie muszą się godzić na hegemoniczne zarządzanie, które już w tej chwili – nikt tego nie ukrywa – opiera się głównie na przymusie. Gdy damy dochód podstawowy, to może ludzie zajmą się np. opieką nad swoimi bliskimi czy nawet po prostu wysypianiem się. Bo trzeba dać się ludziom wyspać. I może zobaczą wówczas, że istnieje dla nich realnie jakaś alternatywa. I to może zrobić dużą różnicę, pomóc temu wielkiemu systemowi umrzeć. A potem możemy próbować na bazie tego coś nowego budować. Ja bym sobie najbardziej wymarzyła jakiś ustrój oddolnego, kooperatywnego socjalizmu. Ale to jest moje prywatne marzenie, nie jestem prorokiem.

Skąd przyjdzie zmiana? Papież Franciszek namawia, abyśmy poszukiwali rozwiązań na obrzeżach, na marginesach. To jest zresztą stara prawda systemowa – zmiana nigdy nie przychodzi z centrum, lecz z marginesu. System je odcina, ale one istnieją – tyle że poza systemem, a więc nie ma ich w mediach, nie są widoczne ani łatwo dostępne. Centrum systemu nie jest źródłem odnowy, bo ono stabilizuje i konserwuje to, co ma. Owszem, bywały takie momenty, był oświecony feudalizm czy też oświecony kapitalizm, ale to były tylko momenty, w których rozwój systemu polegał na umiejętności odnowy, a w tej chwili to absolutnie nie ma miejsca.

Czyli musimy szukać alternatyw?

M. K.: Już w latach 90. profesor zarządzania Heather Höpfl – po słynnej deklaracji brytyjskiej premier Margaret Thatcher „There is no alternative” – powiedziała: musimy szukać alternatyw, bo tam jest przyszłość. Stąd rozwinęło się zresztą zarządzanie organizacjami alternatywnymi, działającymi na obrzeżach systemu czy też poza systemem, bo niektóre z tych organizacji definiują siebie jako funkcjonujące poza systemem kapitalistycznym. Taki totalny margines, choć oczywiście margines jest szeroki, zwłaszcza w złożonym, wielowymiarowym systemie.

Nie mamy pojęcia, skąd przyjdzie ta przyszłość. Może z pięknych kooperatyw, a może z czegoś, co nie jest ani piękne, ani miłe, ani nie gwarantuje przetrwania naszej cywilizacji. Tym bardziej powinniśmy poznawać te obrzeża, te marginesy, te alternatywy, żeby one funkcjonowały w przestrzeni fizycznej, żeby ludzie wiedzieli, że one istnieją.

Jest jeszcze stara dobra rada. Pochodzi z nauk organizacji i zarządzania i brzmi: organizujmy się. Możemy się uczyć od Skandynawów jak organizować się w związki zawodowe. A pamiętajmy, że związki zawodowe zawsze broniły praw pracowniczych, gwarantowały przynajmniej jakieś tam reprezentowanie najsłabszych. A więc zbierzmy się, organizujmy się, róbmy to świadomie. I może będzie dobrze.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie