Dziwne oblicza antyfaszyzmu

·

Dziwne oblicza antyfaszyzmu

·

Jeszcze przed kilkoma laty funkcjonował w zupełnych literackich i politycznych niszach. Całkiem niedawno znalazł sobie specjalizację rezonującą wśród liberalnej opinii publicznej: (anty)faszyzm. „Bada”, „analizuje” i „opisuje” skrajną prawicę i wszystko, co za nią uzna. Opiniuje, poucza, naucza, ocenia, rozlicza, wskazuje, gdzie jest dobro, a gdzie zło oraz kto błądzi. Audytorium ma trochę spod znaku antypisowsko-liberalnej opozycji, a trochę z okolic liberalnej lewicy. Przyjrzyjmy się zatem tej postaci równie wnikliwie jak on sam lubi to robić wobec innych.

Wiemy już z odkrywczych tekstów badacza, że Korwin-Mikke czy Braun mają ponure poglądy, a jakiś marginalny faszol wygadywał bzdury. Mało jednak wiadomo, poza autoreklamą, kim jest, co głosił i porabiał sam badacz. Całkiem niedawno, bo zajmiemy się jego wywodami i zachowaniami nie z odległych czasów, lecz z ostatnich lat, czyli okresu, kiedy bohater tego tekstu, rocznik 1982, przekroczył trzydziestkę i zbliżał się do czterdziestki. Naukowiec, moralista, dziennikarz. Oto Przemysław Witkowski i jego poczynania.

Kilka słów o metodach

Najpierw rzućmy okiem na metody badawcze i dziennikarskie. Bo badacz lubi chwalić się rzetelnością, a tu i ówdzie uchodzi za eksperta.

Gdy na początku roku 2017 zmarł Zygmunt Bauman, na łamach „Vice” Witkowski pożegnał go tekstem pt. „Jak wypaliłem papierosa z Zygmuntem Baumanem”. Opisał tam m.in. swoje relacje z niedawno zmarłym naukowcem. Ex-żona Witkowskiego, poetka Ilona Witkowska, stwierdziła w internecie, że były małżonek przypisał w tym tekście samemu sobie udział w części zdarzeń, w których brał udział nie on, lecz ona, i które znał tylko z jej opowieści.

W marcu 2019 na portalu oko.press Witkowski opublikował tekst poświęcony politycznej przyszłości i sojuszom Agrounii dowodzonej przez Michała Kołodziejczaka. Zastanawiał się, czy Agrounia „skręci w lewo czy w prawo”. Tekst jest w całości poświęcony tematowi bieżącemu. Zawiera wypowiedzi Kołodziejczaka, opatrzone wzmiankami Witkowskiego: „opowiada”, „mówi mi z goryczą w głosie”, „podsumowuje twardo”, „mówi wzburzony”, „odpowiada mi” itd. Niby zwykłe zabiegi dziennikarskie, ale sugerujące, że rozmowa miała miejsce niedawno i została przeprowadzona na potrzeby tego konkretnego tekstu dla oko.press na konkretny temat. Problem w tym, że Witkowski w tym czasie w ogóle nie rozmawiał z Kołodziejczakiem. Odbył z nim rozmowę na potrzeby wywiadu dla „Krytyki Politycznej” znacznie wcześniej, bo w lipcu 2018, czyli dziewięć miesięcy przed powstaniem „bieżącej analizy”. Stamtąd pochodzi część cytatów – bez wzmianki, gdzie były pierwotnie publikowane i jak dawno temu.

Całej sprawie dodaje smaczku fakt, że w tym samym czasie, gdy Witkowski napisał „bieżącą analizę” na podstawie rozmowy sprzed wielu miesięcy, dla oko.press powstał faktycznie bieżący i aktualny wywiad z liderem Agrounii, zamówiony przez redakcję tego portalu. Michał Kołodziejczak udzielił długiego wywiadu dla oko.press innej osobie, po czym ze sporym zdziwieniem zarówno on sam, jak i autorka rozmowy odebrali fakt, że w oko.press nie ukazał się autoryzowany przez niego wywiad, lecz tekst Witkowskiego ze starymi wypowiedziami. Redakcja oko.press, poinformowana o metodach dziennikarskich Witkowskiego, kontynuuje z nim współpracę do dzisiaj, a ówczesny aktualny wywiad z Kołodziejczakiem nie ukazał się nigdy na tamtym portalu (ostatecznie opublikowało go inne medium). Jest to zadziwiające w przypadku redakcji, która publicznie podkreśla swoje standardy dziennikarskie oraz stawianie na fact checking.

Gdy latem roku 2020 ukazała się książka Witkowskiego o Romach, została ona opatrzona rekomendacją autorstwa Lidii Ostałowskiej, znanej reportażystki, autorki tekstów także o tej zbiorowości. Ostałowska zmarła 21 stycznia 2018 roku. Witkowski w rozmowie nagranej z okazji spotkania we Wrocławiu w dniu 22 sierpnia 2018 r., czyli 8 miesięcy po śmierci Ostałowskiej, oznajmiał: „Teraz napisałem książkę […] historię Romów”. Trudno zatem uznać, że autorka rekomendacji miała możliwość przeczytania ostatecznej wersji tego, co rekomenduje. Etyczny wymiar takiego zabiegu oceni każdy samemu.

Na niekompatybilność tych dwóch dat zwróciła uwagę w niedawnej debacie z Witkowskim ekspertka ds. cyganologii dr Emilia Kledzik. Ona oraz prowadząca debatę Katarzyna Czarnota poddały fachowej krytyce wywody Witkowskiego. Poczynając od nieumiejętności sprecyzowania i zdefiniowania tematu, przez dobór przestarzałych, amatorskich i tendencyjnych źródeł oraz pomijanie nowszych, fachowych i demaskujących wiele archaicznych mitów nt. Romów, a także fałszywe informacje („przykro mi to stwierdzić, ale tego typu rzeczowych błędów ta książka jest pełna” – podsumowuje dr Kledzik), a kończąc na tym, że Witkowski w odniesieniu do własnej książki noszącej podtytuł „Polityczna historia Romów” twierdzi, że nie jest to książka romologiczna. Obie uczestniczki debaty wskazują także, iż Witkowski bezkrytycznie operuje archaiczną literaturą pełną mitów, rasistowskich i innych uprzedzeń wobec Romów sporo dekad po wydaniu tych książek i po zdezawuowaniu ich wymowy przez naukowców. Film ten jest w zasadzie miażdżący dla Witkowskiego w roli naukowca. Polecam obejrzeć całość, bo to merytoryczny nokaut.

Alko-agresja

W grudniu 2017 roku, ledwie nieco ponad trzy lata temu, w sobotę nad ranem do pewnego wrocławskiego mieszkania wchodzi pijany osobnik. To Przemysław Witkowski. Od pewnego czasu mieszka w Warszawie. Swoje wrocławskie mieszkanie wynajmuje innym, ale posiada do niego klucze, którymi teraz otwiera lokal. Najemcy to jego kolega Robert z partnerką Karoliną. Są w mieszkaniu, zaskoczeni przybyciem niezapowiadanego gościa, tym bardziej w takim stanie upojenia oraz o takiej porze.

W listopadzie 2019 roku Karolina opisała mi całą historię. Wynajęli mieszkanie od Witkowskiego, oczywiście odpłatnie, ale przez dłuższy czas nie otrzymali umowy najmu. Pomijając ogólny aspekt formalnoprawny tej sprawy (choć przypomnijmy, że Witkowski deklaruje się jako lewicowiec), w pewnym momencie Karolina potrzebowała takiego dokumentu z powodu konieczności udokumentowania kosztów życia w celu ubiegania się o stypendium socjalne na studiach. Zapytała Witkowskiego o umowę. „Potwornie się obruszył i od czasu, kiedy go o tę umowę poprosiłam, zupełnie zmienił swój stosunek do nas – a co ważne, wcześniej się z moim chłopakiem bardzo blisko kumplowali” – relacjonowała mi.

Wspomnianego dnia Witkowski bez zapowiedzi odwiedził lokatorów zupełnie pijany. „Ledwo był w stanie cokolwiek powiedzieć” – wspominała dziewczyna. „Próbowaliśmy go wyprosić, ale też nie chcieliśmy się z nim szarpać przy otwartych drzwiach, żeby nam koty nie pouciekały, on wlazł do środka, położył się w salonie na łóżku i oświadczył, że on tu zostaje i że teraz tak będzie częściej. Znaczy wybełkotał”. Lokatorzy stwierdzili, że wobec tego wrócą do innego pokoju spać, a w międzyczasie Witkowski nieco wytrzeźwieje i zapewne zrozumie niestosowność takich zachowań oraz sobie pójdzie. Po kilku godzinach stwierdzili jednak, że nadal przebywa w mieszkaniu. Po sugestii, iż powinien je opuścić, zaczął, jak relacjonuje Karolina, „robić się agresywny”. Wobec niemożności polubownego załatwienia sprawy najścia, dziewczyna postanowiła wezwać policję: „zadzwoniłam na 112 i jak on usłyszał, że przyjedzie patrol, to natychmiast uciekł”.

Początkowo Witkowski przeprosił lokatorów, więc uznali, że wyciągnął ze swojego zachowania rozsądne wnioski. Szybko okazało się jednak, że niekoniecznie. „Kilka tygodni później od znajomych z Poznania, związanych z Rozbratem [znany skłot i alternatywne centrum kultury Rozbrat – przyp. aut.], słyszę, że Witkowski opowiada o mnie jakieś niestworzone historie – że przyszedł do swojego mieszkania, chciał przenocować, a ja otworzyłam mu drzwi i z miejsca zadzwoniłam po policję, a on musiał uciekać. I Witkowski jeździł po Polsce i opowiadał tę historię, dodając, że jaka ze mnie anarchistka, skoro dzwonię na policję. Poznań nie miał żadnych wątpliwości, które z nas mówi prawdę, a Witkowski zrobił nam niesamowitą awanturę, że jesteśmy wobec niego nielojalni. No i tak się skończyła nasza z nim znajomość” – wspominała w rozmowie ze mną Karolina.

35-letni naukowiec, związany z poważnymi instytucjami dydaktycznymi, mediami i środowiskami politycznymi – m.in. Uniwersytetem Wrocławskim, Collegium Civitas i „Krytyką Polityczną” – bardzo pijany nachodzi lokatorów, urządza awanturę, opuszcza mieszkanie dopiero po wezwaniu policji, a następnie oczernia ofiary najścia w ich środowisku politycznym. I po pewnym czasie blokuje Karolinę na Facebooku.

Do całej sprawy Witkowski przyznał się publicznie pod koniec września 2020 roku, czyli po prawie trzech latach, na swoim profilu facebookowym. W międzyczasie Karolina opisywała pobieżnie całe zdarzenie na kilku lewicowych grupach facebookowych. Rzecz stała się znana w środowiskach niszowej lewicy. Witkowski zabrał głos publicznie po tak długim czasie, stwierdzając o sprawie, że „ostatnio rezonuje ona w komentarzach w internecie i w prywatnych rozmowach”. Na swoim profilu facebookowym przedstawił jednak całość w sposób zupełnie inny. Wedle jego relacji rzeczywiście był pijany, miał problem z nadużywaniem alkoholu, wskutek pijackiej pomyłki nie zapowiedział swojej wizyty w mieszkaniu wynajętym lokatorom. I w zasadzie tyle. Komercyjny wynajem lokalu mieszkalnego deklaratywny lewicowiec nazwał „użyczeniem (za opłatą)”. Nie wspomniał ani słowem o tym, że zachowywał się agresywnie i że właśnie to było przyczyną wezwania policji. Nie wspomniał też ani słowem, że tygodnie po samym wydarzeniu oczerniał lokatorów w ich środowisku politycznym. Że zarzucał im „brak lojalności” po tym, jak odpierali jego fałszywe zarzuty wobec nich.

Cała facebookowa opowieść Witkowskiego o tej sprawie nie tylko była pozbawiona zasadniczych informacji. Szybko także zamieniła się w festiwal masowej publicznej nagonki na Karolinę i Roberta. W mnóstwie komentarzy można było przeczytać wyśmiewające, szydercze lub agresywne opinie, że co to za przyjaciele, którzy zamiast przygarnąć niezapowiedzianego gościa sobotnim wczesnym porankiem do „użyczonego” mieszkania, wezwali bez powodu policję. Witkowski takie komentarze polubiał

lub nie kasował ich (np. takiego o treści: „Ale z nich bufony nadęte”), choć były sprzeczne z prawdą i obraźliwe dla Karoliny i Roberta. Opowieść Witkowskiego stała się okazją do nagonki na ofiary najścia agresywnego pijanego człowieka – nie na jego sprawcę. Zwracała na to uwagę jedna z komentatorek

Po opublikowaniu tamtych wywodów, Karolina napisała na swoim profilu facebookowym o tym, co Witkowski pominął: że był agresywny, że całość trwała kilka godzin, że z powodu jego zachowań „baliśmy się o bezpieczeństwo swoje i naszych zwierząt”. Karolina odnotowała także, iż jest zablokowana i nie może skomentować wersji Witkowskiego, co pod jego wpisem zaczęły podkreślać inne osoby, więc ostatecznie została odblokowana. Napisała wówczas w dyskusji pod postem Witkowskiego: „wezwałam policję, kiedy o piątej rano bez uprzedzenia do mieszkania, w którym mieszkałam od już chyba roku wszedł pijany człowiek. I nie, nie zrobiłam tego dlatego, że tam wszedł i zasnął, tylko dlatego, że po kilku godzinach był wobec mnie i mojego partnera agresywny i zwyczajnie bałam się o swoje bezpieczeństwo. I bardzo chciałabym na tym zakończyć ten ściek, który się tu wylewa pod adresem moim i mojego partnera”.

W zasadzie jedyną osobą rozpoznawalną publicznie, która w dyskusji pod wpisem Witkowskiego zabrała głos krytycznie, była Beata Siemieniako, prawniczka dopominająca się o prawa lokatorów, autorka książki o przekrętach związanych z reprywatyzacją i wynikających stąd ludzkich krzywdach:

Jakie wnioski wyciągnął Witkowski z całej sytuacji? Takie, że pisze per „alkopatola” o ludziach nienadużywających alkoholu lub szydzi z komentatorów z prawicy, którzy jakoby coś napisali pod wpływem alkoholu.

No tak, gdy całkiem niedawno ktoś zupełnie pijany nachodził lokatorów, awanturował się i uciekał dopiero po wezwaniu policji, w sam raz nadaje się do opiniowania tego, że dorośli ludzie sfotografowali się z piwem, a inni napisali coś bełkotliwego na Twitterze.

Mowa nienawiści

Tego typu zachowania i wywody raczej nie zszokują nikogo, kto miał okazję obserwować wypowiedzi Witkowskiego przy różnych okazjach. Wystarczy spojrzeć na przykłady:

Nic dziwnego, że o Witkowskim pierwszy raz zrobiło się publicznie głośniej właśnie z powodu wulgarnego języka. Na początku maja 2018, niespełna trzy lata temu, napisał o „bezmózgu z Anglii”. O kim tak napisał? O podtrzymywanym przy życiu ciężko chorym chłopcu, Alfiem Evansie, którego losy poruszyły miliony ludzi na całym świecie. Napisał to wkrótce po śmierci dziecka. Dołożył do tego spiskowe rojenia o tym, jakoby sprawa głośna i wzbudzająca emocje w wielu krajach miała… „przykryć” jeden z protestów społecznych w Polsce: 

Wypowiedź Witkowskiego odbiła się szerokim echem. Oburzeni komentatorzy domagali się wyciągnięcia konsekwencji m.in. od publicznego pracodawcy Witkowskiego, czyli Uniwersytetu Wrocławskiego. Bo warto pamiętać, że autor tych wszystkich wybryków i wypowiedzi żyje od lat m.in. za nasze, tj. podatników, pieniądze. Po fali krytyki Witkowski ostatecznie przeprosił za swoją wypowiedź i skasował post o zmarłym dziecku.

Bynajmniej nie zaprzestał agresywnych wypowiedzi. Wykładowca uniwersytecki tak oto komunikuje się z odbiorcami swego profilu facebookowego np. w grudniu 2020:

i tak w tym samym czasie pisze o innych

a nawet w podobny sposób opiniuje Slavoja Žižka:

Oczywiście sam jest niezwykle wrażliwy i delikatny w kwestii nieładnych słów pod jego adresem:

Kiedy(ś) szambo wybije?

Pod koniec sierpnia 2020 roku napisał do mnie znajomy lewicowy komentator i naukowiec. Zrobił to à propos jednej z facebookowych dyskusji o innej postaci z tego środowiska – dyskusji na temat niestosownych zachowań wobec kobiet. Stwierdzał: „z kilku źródeł wiem, że na Witkowskiego też są grube kwity. Powstawał już nawet tekst jakiś czas temu. […] o jego wybrykach słyszałem kilkakrotnie we Wrocławiu, tyle że bez szczegółów – wyłącznie, że są to rzeczy »bardzo grube« i mówiły to osoby, które nie są entuzjastkami Me too”.

Mój rozmówca informował, że cała sprawa miała zostać ujawniona przed kilkoma laty, gdy na fali akcji Me too, dokumentującej przemoc seksualną, powstał w listopadzie 2017 głośny tekst opisujący zachowania Jakuba Dymka z „Krytyki Politycznej” oraz Michała Wybieralskiego z „Gazety Wyborczej” (wspomniany Wybieralski regularnie gości na facebookowym profilu Witkowskiego – jak widać, gospodarzowi nie przeszkadzają takie wybryki).

Rozmówca twierdzi, że wówczas zachowania Witkowskiego zamierzała opisać pewna kobieta z Wrocławia. Nie doszło do tego, jak twierdzi mój rozmówca, wskutek niejasnych poczynań osób związanych ze środowiskami feministycznymi. W grę wchodzić miały prywatne znajomości i zależności między tymi osobami a Witkowskim. Mój pierwszy rozmówca zasugerował kontakt z inną osobą, która prawdopodobnie zna sprawę lepiej i z bezpośredniej relacji domniemanej ofiary. To nasz wspólny znajomy, też z kręgów lewicowych i naukowych. Obie te postaci są znane z licznych działań publicznych, długiego stażu na lewicy, nieskłonne do personalnych konfliktów, nagonek, plotkarstwa itp.

Kolejny rozmówca potwierdza, że zna domniemaną ofiarę niewłaściwych zachowań Witkowskiego – kobietę, która chciała na fali Me too opisać całą sprawę, lecz odbiła się od muru obojętności. Zna też jej relację na temat niestosownych zachowań Witkowskiego. Wymieniamy kilka e-maili o tym wszystkim. Dowiaduję się, że od domniemanej ofiary wie on, iż w grę może wchodzić więcej osób doświadczających niestosownych zachowań Witkowskiego: „Jeśli zgodziłaby się z Tobą o tym porozmawiać, to jest szansa, że przekaże kontakt do innych osób, które mają o Witkowskim opowieści – nazwijmy to – nieprowadzące do aż tak ciężkich zarzutów, ale pozostające w temacie. Słyszałem od niej o przynajmniej jednej innej”.

W trakcie wymiany e-maili on także wspomina zablokowanie ujawnienia całości: „już swego czasu miała wszystko opisać, tylko sprawa się gdzieś rozmyła m.in. przez to, że bardzo negatywnie zareagowało środowisko […], któremu zaproponowała tekst o tej sprawie”. W ostatnim tygodniu września 2020, pisze do mnie: „Ta osoba […] nie chce anonimizacji i ponoć dosłownie w ostatnich dniach wreszcie ułożyła sobie oświadczenie w całej sprawie”. Autorka chce przed przesłaniem opisu sprawy porozmawiać. „Jak się z nią widziałem, to ona (bez żadnej presji) powiedziała, że zadzwoni do Ciebie na 100% i na tej podstawie zdecyduje – miała wręcz, na ile to możliwe w takiej sytuacji, trochę entuzjazmu”. Ale domniemana ofiara nie odzywa się nigdy. W krótkim czasie z osoby chętnej publicznie i pod nazwiskiem opisać całość staje się osobą milczącą o całej sprawie i niechętną jej zrelacjonowaniu. Dzieje się to w tych samych dniach, gdy Witkowski nagle po prawie trzech latach opisuje pijackie najście w mieszkaniu, którego „użyczył” Karolinie i Robertowi.

Być może za kolejne lata Witkowski rozliczy się publicznie i z tej kwestii. A może w końcu przemówi domniemana ofiara. A może podzielą się szczegółami ludzie, którzy znają jej opowieść, lecz póki co z szacunku dla jej prywatności nie chcą relacjonować szczegółów publicznie.

Na razie wiemy, że 9 stycznia 2020 r. feministka Maja Staśko opublikowała na Facebooku post o treści: „Wczoraj Joanna Lech opisała seksistowskie zachowanie poety – ale nie wskazała, o kogo chodzi. Po tym poście pisały do niej inne poetki i krytyczki. Okazało się, że wiele z nich rozpoznało go, inne myślały o kimś innym – i w miarę im się zgadzał wzór zachowania i reakcja środowiska. Tylu jest tutaj seksistów, że trudno było rozpoznać. A sposoby ich ochrony i bagatelizacji przemocy są zawsze te same. W komentarzach pojawiło się z kolei oburzenie, że nazwisko seksisty nie zostało ujawnione. Przez całą noc rozmawiałyśmy z dziewczynami z poezji o dyskryminacji i przemocy, której doświadczałyśmy. I postanowiłyśmy postawić POETYCKĄ TABLICĘ SEKSISTÓW. Domagaliście się nazwisk? To macie”. Wśród kilkunastu nazwisk pojawia się Przemysław Witkowski. Kilku mężczyzn wymienionych na tej liście przeprosiło publicznie za swoje niestosowne zachowania. Witkowski nie odniósł się do tego publicznie nigdy.

Forsa z Kremla?

Może chociaż w kwestii ideologicznej jest to człowiek żelaznych zasad i niezwykle konsekwentny? Tak właśnie lubi się prezentować. No to przyjrzyjmy się tej działce w zaledwie ostatnich kilku latach i porównajmy deklaracje z czynami.

Jednym ze stwierdzeń goszczących w wywodach Witkowskiego jest to, jakoby skrajna prawica w Polsce i innych krajach była finansowana przez Kreml, czyli putinowską Rosję, w celach niejasnych, ale niecnych. Wedle tych opinii Kreml ma finansować w Polsce m.in. podsycanie nastrojów antyukraińskich. Być może tak jest faktycznie. Pojawiały się raporty analityków z krajów Zachodu wskazujące na takie właśnie wykorzystanie „kremlowskich pieniędzy”. Tyle że zazwyczaj mówią one także i o tym, że rosyjskie pieniądze trafiają również do antyukraińskiej i prorosyjskiej skrajnej lewicy. Tymczasem Witkowski dziwnym trafem ma na koncie kilkuletnią współpracę z właśnie takimi środowiskami lewicowymi, które swojej opcji prorosyjskiej nie ukrywają.

Portal strajk.eu powstał jesienią 2014. W jego ekipie oprócz kilkorga osób z kręgów postkomunistycznych znaleźć można ludzi z niewielkich środowisk skrajnej lewicy. Już kilkakrotnie pojawiały się wątpliwości, skąd biorą się środki na funkcjonowanie inicjatywy. Niszowy portal produkuje sporo treści, ma stały zespół redakcyjny, zatrudnia kilka osób, inni piszą tam odpłatnie, niczego nie sprzedaje, nie ma komercyjnych reklam, niemal nie zbiera środków od sympatyków, a wszystko to od lat i nie w postaci krótkiego zrywu – jest to zatem ewenement wśród mediów w Polsce. Jego twórcy są powiązani z innymi inicjatywami prorosyjskimi czy wręcz rosyjskimi. Obecny szef portalu Maciej Wiśniowski (wedle oficjalnych deklaracji to pieniądze z jego działalności gospodarczej mają finansować portal) publikuje na polskojęzycznym rosyjskim portalu Sputnik News, mającym główną siedzibę w Moskwie. Zanim powstał strajk.eu, dla kremlowskiego „Głosu Rosji” (to medium zostało rozwiązane po stworzeniu Sputnika i przejęciu przezeń jego funkcji) napisał np. reportaż z okupowanego Krymu, utrzymany w duchu mniej więcej takim, że panuje spokój i porządek, nic się złego nie dzieje. Natomiast na łamach Sputnika ubolewał w 2015, że w Polsce „Raptowny skok rusofobii nie zaczął się od 2014 roku, od Krymu i wojny na Ukrainie. Jej początek można go usytuować w okolicach 2005 r. kiedy wiadomo było, że Rosja rozpoczyna walkę o swoje, przez siebie zdefiniowane interesy. Głównym obiektem ataku stał się Władimir Putin”. Z kolei pierwsza szefowa strajk.eu, Agnieszka Wołk-Łaniewska, dziś bryluje na łamach Sputnik News. Już w 2014 zostali oni opisani przez „Newsweek” jako część środowisk prorosyjskich wpływów w Polsce.

O takim „klimacie” strajk.eu mówiła na początku roku 2016 jedna z liderek partii Razem, a dzisiaj posłanka Lewicy, Marcelina Zawisza, pracująca w strajk.eu w początkach istnienia portalu. Wszystkie te dziwne związki strajk.eu opisał portal ARB Info w obszernym tekście – portal ten powinien być dla Witkowskiego wiarygodny, bo założył go jego znajomy, Tomasz Piątek, a sam Witkowski miał wedle deklaracji twórcy portalu dołączyć do jego współpracowników. Na podobne zjawiska związane ze strajk.eu uczulał także Igor Isajew, regularnie goszczący z komentarzami na facebookowym profilu Witkowskiego.

Tyle osób wie i mówi, tylko sam tropiciel „kremlowskich pieniędzy” niczego nie zauważył. Witkowski regularnie współpracował ze strajk.eu przez długi czas. Jego teksty pojawiły się tam kilka miesięcy po uruchomieniu portalu, pierwszy prawdopodobnie w lipcu 2015. Pisywał tam przez cztery lata.

 

W tym samym czasie na portalu można było regularnie przeczytać m.in. wywody, że na Majdanie być może strzelali do protestujących ich polityczni sojusznicy (opowieści te opublikowano kilka miesięcy po tym, jak Witkowski na strajk.eu zamieścił swój pierwszy tekst), że masakrę urządziły tamże nie siły policyjne prorosyjskich władz, lecz… prozachodnia opozycja (tekst opublikowano rok przed tym, nim Witowski zamieścił tam swój ostatni tekst). I tak dalej. Tego rodzaju wywody na portalu były liczne. Wydawałoby się, że ktoś tak wyczulony na „kremlowskie pieniądze”, knowania Putina i antyukraińskość zauważy to wszystko w miejscu, w którym regularnie publikuje. Ale nie zauważył. Co tak zamgliło wzrok? Przecież chyba nie honoraria? A może chodzi o to, że zanim zaczął być jako tako rozpoznawalny w liberalnym mainstreamie z powodu „antyfaszyzmu”, takie treści wcale mu nie przeszkadzały, a następnie uznał, że mogą jednak przeszkadzać nowym współpracownikom i oferentom honorariów?

Od pewnego czasu jego autorskie teksty nie pojawiają się już na tych łamach, ale regularnie gościł jako ekspert zapraszany przez to medium jeszcze w grudniu 2019.

Rozmawiał wtedy z redaktorką Małgorzatą Kulbaczewską-Figat – zrobiło się o niej głośno latem 2020 roku, gdy wzięła udział w rosyjskiej „konferencji naukowej”, której uczestnicy przyjęli stanowisko, wedle którego ZSRR nie ponosi odpowiedzialności za… mord w Katyniu. Co prawda odcięła się od tego stanowiska, ale sam udział w takim spędzie mówi wiele o powiązaniach i sympatiach. Witkowski, oczywiście, wciąż i wciąż „nie zauważa” w strajk.eu niczego dziwnego w temacie prorosyjskość i antyukraińskość.

„Nie zauważył” też podobnych klimatów u nigdy nie kryjącego sympatii prorosyjskich i takiejże orientacji tygodnika „Przegląd”. Także i tu pisywał, co najmniej w latach 2018-2020.

Produkował tam wywody typu: „Razem to partia z marzeń Jarosława Kaczyńskiego. Jednocześnie antykomunistyczna, patriotyczna, nawiązująca do tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej, pronatowska, antyrosyjska, bez kierownictwa rodem z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej”. Także tym razem „nie zauważył” ani antyukraińskich okładek, ani pogrywania tamże takimi wątkami.

Warto też dodać, że jeden z tekstów Witkowskiego z „Przeglądu” przedrukował za zgodą redakcji pisma wspomniany rosyjsko-kremlowski portal Sputnik News.

Nie mam pojęcia, czy strajk.eu dostaje „kremlowskie pieniądze”, zresztą nawet gdyby dostawał, to przeciętnie rozgarnięty człowiek zrobi to na tyle sprytnie, że nikt go za rękę nie złapie bez pomocy wyspecjalizowanych służb. Nie uważam też, żeby w demokracji nie było miejsca dla poglądów „prorosyjskich” czy „antyukraińskich”, choć sam takich nie podzielam. Groteskowe i dwulicowe są natomiast alarmy „antyfaszysty” w sprawie rzekomych pieniędzy z Kremla i prorosyjskich poglądów w środowiskach prawicowych, skoro on sam latami współpracuje z podobnie zorientowanymi środowiskami lewicowymi.

Fuj i be, chyba że koledzy

Witkowski w ogóle „przeocza” różne sprawy, co musi dziwić w przypadku kogoś, kto reklamuje się jako analityk, tropiciel, drobiazgowy poszukiwacz błędów i wypaczeń, czyli odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. Tam, gdzie mu wygodniej je „przeoczyć”, robi to.

„Przeoczył” na przykład bardzo ciekawe poczynania swojego kolegi i współpracownika. Chodzi o Piotra Nowaka, związanego z wspomnianym portalem strajk.eu chyba od początku jego istnienia. Obaj regularnie mają kontakt prywatny i zawodowy, sporo „eksperckich” wypowiedzi Witkowskiego dla tego portalu, już po tym, gdy przestał tam pisać, pochodzi właśnie z tekstów Nowaka:

Ten ostatni to postać znana w środowiskach niszowej lewicy od lat z zaawansowanych praktyk tzw. trollingu, czyli produkowania w internecie treści bzdurno-obelżywych. Od pewnego czasu stonował takie zachowania, ale wciąż można się natknąć np. na takie jego przemyślenia i opinie:

Potrafi także postraszyć, gdy ktoś na lewicy ma czelność mieć odmienne zdanie:

Ale jeszcze ciekawsza jest sprawa poczynań Nowaka, który podobnie jak Witkowski reklamuje się jako konsekwentny antyfaszysta, nieskalany żadną prawicowością. Tymczasem Witkowski znowu „przeoczył”, że jego kolega miał, całkiem niedawno, związki ze skrajną prawicą. Po napaści Rosji na Ukrainę środowiska prorosyjskiej skrajnej prawicy w Polsce zorganizowały „manifestację antywojenną” pod… ambasadą Ukrainy w Warszawie. Tak, to nie pomyłka, Ukrainy – nie pod ambasadą Rosji. Akcję opisywał skrajnie prawicowy xportal. Najpierw jednak oddajmy głos samemu Witkowskiemu, który w swoich tekstach pisał: „Bartosz Bekier to prawdziwy obieżyświat. Z biurem podróży »Putin Travel« odwiedził już Syrię, Krym i Donbas. W Rosji był wielokrotnie. Były szef ONR Mazowsze i były wiceprzewodniczący partii Zmiana dziś przewodzi skrajnie prawicowej Falandze. Jego ludzie organizują zamachy terrorystyczne na Ukrainie, podszywając się pod banderowskich nacjonalistów”. Oraz: „Falanga w promocji swoich prorosyjskich stanowisk stawia też na szeroko na działania medialne. Prowadzą Xportal, Xradio, Xportaltv i Wydawnictwo ReVolta. W Xportalu znaleźć można teksty wielu faszystów”. A teraz zacytujmy wspomniany Xportal, który opowie nam o „manifestacji antywojennej” z udziałem Nowaka, kolegi Witkowskiego, w sierpniu 2014:

„23 sierpnia bieżącego roku pod Ambasadą Ukrainy w Warszawie odbyła się manifestacja antywojenna pod hasłem: »Pokój dla Ukrainy«. Punktualnie o godz. 15:00 zebrali się czytelnicy Xportal.pl oraz działacze i sympatycy Samoobrony, żeby zademonstrować swój sprzeciw wobec działań wojennych prowadzonych w ramach tzw. operacji antyterrorystycznej. Obecne też były media z Polski i zza granicy. Nad ponad setką zgromadzonych powiewały flagi Polski, powstańczych republik ludowych, organizacji biorących udział w akcji oraz zakrwawione symbole narodowe Ukrainy. […] Pierwsi głos zabrali uciekinierzy i jednocześnie naoczni świadkowie wojny – krótko opisując tragedię swoich rodzin. Następnym mówcą był dr Mateusz Piskorski, szef międzynarodowej misji obserwacyjnej na Krymie. Dr Piskorski sugerował prawdziwych inspiratorów konfliktu. Wskazał obecnym, że powinni w tym momencie znajdować się pod ambasadą USA, państwa, które jest za obecny chaos odpowiedzialne, które zamiast wysyłać leki i jedzenie, wysyła za pośrednictwem swoich politycznych satelitów kamizelki i hełmy dla ochotników z neobanderowskich organizacji. »Stiepan Bandera – pachołek Hitlera!« – takim okrzykiem rozpoczął swoje przemówienie Bartosz Bekier, redaktor naczelny dziennika »Xportal«, który m.in. przedstawił zgromadzonym relacje ze swego niedawnego wyjazdu do Donbasu oraz opowiedział o panujących tam nastrojach, jednocześnie zaznaczając konieczność zaangażowania Polaków w walkę o prawdę z jednostronnymi przekazami medialnymi. Gdy zgromadzeni zakończyli skandować antykapitalistyczne hasła – m.in. »Na pohybel oligarchom!« – głos zabrał Piotr Nowak, bloger lewica.pl, zwracając uwagę na ekonomiczne i klasowe aspekty oraz skutki tej wojny [podkreślenie moje – R. O.]. W dalszej kolejności Jacek Kamiński odczytał »Manifest Ludowego Frontu Wyzwolenia Ukrainy, Noworosji i Rusi Przykarpackiej«”.

Całość można przeczytać tutaj. Warto dodać, że wspomniany w tekście Jacek Kamiński to były działacz skrajnie prawicowego Narodowego Odrodzenia Polski. Dziś można na jego wywody regularnie natrafić – co za niespodzianka – na portalu strajk.eu.

Witkowski, który w razie potrzeby wypomina innym choćby i po 20 latach jakiekolwiek niewielkie czy taktyczne formy współpracy z prawicą, wybacza to samo swoim kolegom wspaniałomyślnie już po latach zaledwie kilku. Sam zresztą ortodoksem tego typu jest od niedawna. Przy okazji psioczenia na „zmanierowaną i gnuśną” Europę i jej młodzież pisał, powołując się na Mao Tse Tunga: „Nie ma się więc co dziwić, że jak przyszło co do czego i władza razem z kapitałem zamachnęły się na wolność internetu, to musiałem paradować w jednej demonstracji z Robertem Winnickim. Przeciw ACTA stanęli wszyscy młodzi, od skrajnego prawa, po skrajne lewo, tak niewiele zostało rzeczy dla europejskiej młodzieży ważnych. Skręcić lolka, mieć gastro, pozamulać przed serialem czy filmem – to rozrywka naszego pokolenia”.

Wielką wyrozumiałość widać świetnie także wtedy, gdy Witkowski w drobiazgowych „analizach” dziejów skrajnej prawicy w III RP przemilcza współpracę sporej części skrajnej lewicy z ex-sojusznikami skrajnej prawicy. Ponad 13 lat temu opisałem, że liczni ludzie ze środowisk skrajnie lewicowych gremialnie porzucili wybrzydzanie na sojuszników faszystów i w imię kilku miraży i złotówek nagle zapałali miłością do środowiska politycznego, które do Polski zapraszało i podejmowało z honorami zastępcę Le Pena we Froncie Narodowym, zawiązywało koalicje wyborcze z Narodowym Odrodzeniem Polski oraz jednym ze swoich liderów czyniło człowieka bliskiego Radiu Maryja. Odsyłam po szczegóły do tamtego tekstu. Wśród opisanych tam inicjatyw można znaleźć wielu ówczesnych i dzisiejszych kolegów i stronników Witkowskiego. I jego wydawców.

Mój wydawca jest „antysyjonistą”

Wydawcą obu książek Witkowskiego jest oficyna Książka i Prasa (wydała je w 2017 i 2020), środowisko dość specyficzne w swej lewicowości. Kto kliknął w poprzedni link, ten miał okazję poznać m.in. jedną z prominentnych postaci tej ekipy, Zbigniewa Marcina Kowalewskiego – człowieka, który w lewicowych publikacjach bez zbytniego krytycyzmu opisywał takie organizacje, jak… ukraińska nacjonalistyczna formacja UPA czy amerykański Nation of Islam znany m.in. z szalonych teorii antysemickich. Były one wedle niego a to „narodowowyzwoleńcze”, a to pełniły ważne role w dziele politycznego uświadomienia Czarnych w USA. Kowalewski był także jednym z czołowych ideologów wspomnianego wcześniej sojuszu skrajnej lewicy z niedawnymi oficjalnymi współpracownikami skrajnej prawicy.

Ale na tym nie koniec. W publikacjach Książki i Prasy sporo miejsca zajmował „antysyjonizm”. Nie chodzi jednak po prostu o krytykę państwa Izrael i jego polityki, dość częstą w lewicowych publikacjach na całym świecie. Chodzi o tak bzdurne i odrażające wywody i generalizacje na ten temat, że trudno pojąć, co w ogóle robiły one na lewicowych łamach. Gościli tam m.in. autorzy znani ze współpracy z neofaszystami, mający na koncie wywody o „światowej konspiracji syjonistycznej” czy „micie Holocaustu”, publikowani w Polsce także przez skrajną prawicę, głoszący zupełnie odlotowe teorie spiskowe itp. Opisaliśmy to obszernie i z licznymi cytatami już w roku 2008 w tekście „Moczar – reaktywacja?” – zachęcam do jego lektury.

Nie byliśmy wszakże pierwsi – na brednie te zwracali uwagę m.in. naukowcy z Żydowskiego Instytutu Historycznego i zarazem działacze lewicy, a jako bodaj pierwszy pisał o tym Michał Bilewicz w czasopiśmie „Słowo Żydowskie”. Ten ostatni występuje dziś w audycjach radiowych razem z Witkowskim i też zwalcza faszyzm i uprzedzenia, więc wydawałoby się, że Witkowski powinien posłuchać starszego i bardziej doświadczonego kolegi, i trzymać się z dala od Książki i Prasy. No ale znowu dziwnym trafem coś „przeoczył” i znowu akurat wtedy, gdy prywatny interes (publikacja własnych książek) wszedłby w kolizję z czujnością i drobiazgowością „antyfaszystowską”, przejawianymi przy innych okazjach.

Nie tylko zresztą z tymi „antysyjonistami” trzyma się Witkowski. Jednym z bohaterów naszego tekstu z 2008 roku był Paweł Michał Bartolik. Ten z kolei propagował tezę, że Mossad był poinformowany o przygotowaniach do zamachu na World Trade Center, ale nie zapobiegł im. Był także jednym z orędowników wspomnianej współpracy skrajnej lewicy z ex-sojusznikami neofaszystów. Produkował na nieistniejącym już portalu Viva Palestyna wywody typu: „Dlatego właściwym jest całkowicie antysyjonistyczne stanowisko, uznające, że Izrael nie miał prawa powstać, gdyż jego powstania nic nie usprawiedliwia; stanowisko, które uznaje to państwo za niewarte i niegodne przerażającej ceny, jaką przyszło zapłacić regionowi i całemu światu za utrzymywanie tego rasistowskiego reżimu. /…/ gdy David Irving jest /…/ ścigany przez policje dziesiątek krajów i musi mierzyć się z pozwami sądowymi i aresztowaniami, podobni mu w swej istocie negacjoniści syjonistyczni mają co najwyżej problem z tym, że czerwony dywan, który przed nimi rozwinięto na lotnisku, był o zgrozo zakurzony”. Dzisiaj autor tych wywodów gości na facebookowym profilu Witkowskiego:

 

Antyfaszyzm na Bosaka

Od Witkowskiego nie można się doczekać elementarnej spójności nawet w antyfaszyzmie. Przez kilka lat pisze teksty na temat „zwalczania faszyzmu”. Jednym z głównych czarnych charakterów jest w nich nieodmiennie środowisko z okolic dawnego Ruchu Narodowego i inicjatyw Korwin-Mikkego, a następnie, po zjednoczeniu się tychże, Konfederacja. Chyba z połowa antyfaszystowskich wywodów Witkowskiego dotyczy tych środowisk. I co?

Przed drugą turą wyborów prezydenckich w roku 2020 redakcyjny kolega Witkowskiego z „Krytyki Politycznej”, Michał Sutowski, pisze tekst pt. „Prezydencki Paryż wart jest konfederackiej mszy”. Przekonuje w nim, że aby pokonać Dudę, jego kontrkandydat Trzaskowski musi pozyskać wyborców Krzysztofa Bosaka z pierwszej tury, że połowa z nich wedle badań sondażowych może zagłosować „właściwie” i że należy ich do tego zachęcać. Sutowski przekonuje: „Ukłon Trzaskowskiego wobec skrajnej prawicy może pozwolić mu dostawić odważnik 12 lipca i przechylić szalę na korzyść opozycji. A skutki uboczne? Długofalowe? A czy coś szczególnego Trzaskowski skrajnej prawicy obiecał? I komu konkretnie? Bądźmy szczerzy, to naprawdę nie ma nic wspólnego z zapraszaniem sami-wiecie-kogo do rządowej koalicji, żeby pogonił socjalistów i komunistów, jak to kiedyś sobie umyślili nieszczęśni niemieccy konserwatyści”. Wypowiedź ta odbija się szerokim echem w środowiskach lewicowo-postępowo-liberalnych. Takie wywody to zbyt wiele nawet dla sporej liczby osób niecierpiących PiS-u, Dudy itd., to gra zbyt cyniczna, zbyt daleko posunięta i każąca zapytać, jaki ma sens walka z „faszyzmem” pisowskim za pomocą umizgów do konfederatów.

Kto przychodzi Sutowskiemu w sukurs? Otóż Witkowski. Na swoim facebookowym profilu „wyjaśnia” ludziom, którzy wzięli na serio jego antyfaszystowskie wywody o Konfederacji, że tekst Sutowskiego to nic zdrożnego, „zwykła realpolitik”:

Znów pojawia się pytanie, o co chodzi i czy przypadkiem nie o to, że Witkowski zarabia w „Krytyce Politycznej”, a Sutowski jest tam jednych z decydentów redakcyjnych.

W bardzo podobnym czasie Witkowski natomiast gromko potępia. Kogo? Osobę lub ludzi, którzy w Toruniu napisali na kampanijnej furgonetce Bosaka słowo „faszysta”. Witkowski uznał ich/jego za „durnia i sojusznika Konfederacji”:

Brzmi logicznie: Sutowski wzywający do umizgów do elektoratu Konfederacji nie jest jej sojusznikiem, jest to realpolityka, za to ludzie atakujący Bosaka w imię konsekwentnego antyfaszyzmu – są sojusznikami Konfederacji…

Gdy w październiku 2020 kłopoty z wymiarem sprawiedliwości ma Roman Giertych, a część środowisk postępowych reaguje krytycznie na branie go w obronę przez liberalny mainstream, Witkowski zabiera głos. Przyznaje, że Giertych ma ciemne karty w życiorysie, ale zasługuje na „uczciwy proces”. Taki to antyfaszyzm, bardzo czujny na cierpienia ex-lidera skrajnej prawicy, zapewne zupełnie bez związku z jego mocną pozycją w obozie obecnych „demokratów”. Bardzo wiele troski wkłada antyfaszysta w losy obecnych i dawnych skrajnych prawicowców. Oczywiście tylko wybranych. W innych przypadkach za byle bzdurkę jest gotów rozliczać 20 lat wstecz lub przekonywać, że należy wobec takich środowisk trzymać się ortodoksyjnie na ogromny dystans.

We wspomnianym wpisie o ataku na furgonetkę Bosaka, stwierdza Witkowski: „Służby dostają teraz znów pretekst do jeszcze większej inwigilacji lewicy pod pretekstem zagrożenia terrorystycznego i rozwijanie tam siatki agenturalnej”. Chciałoby się zapytać: i kto to mówi? Bowiem to właśnie Witkowski przyznał się do współpracy ze spec-służbami.

Przemysław Wallenrod

11 listopada 2020 Witkowski wprost przyznał się, że należy do „grup eksperckich” współpracujących m.in. z Policją i Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz deklarował chęć dalszej współpracy. Jego wpis facebookowy, pierwotnie publiczny, szybko przestał takim być, ale oto on:

Wcześniej Witkowski chwalił się szkoleniami dla Policji, wspominając przy tym, że interesuje się także „ekstremistami lewicowymi”. Bardzo ciekawe oświadczenie jak na kogoś, kto miał sporo kontaktów w środowiskach radykalnej lewicy.

Współpracę z ABW można oceniać różnie, ale w tym przypadku istotny jest kontekst. Otóż jest to współpraca za rządów PiS. Tymczasem gdyby na serio potraktować wywody Witkowskiego, należałoby uznać, że jakakolwiek współpraca z instytucjami podlegającymi temu rządowi to niespotykana hańba. Regularnie dowiadujemy się z facebookowych wywodów Witkowskiego, że PiS jest fatalny, PiS jest ohydny, PiS odpowiada za wiele strasznych rzeczy. A przecież ABW podlega bezpośrednio premierowi RP. Poczytajmy zatem tylko kilka wybranych spośród wielu podobnych opinii Witkowskiego o tym rządzie i jego okolicach politycznych:

Nie przeszkadza to Witkowskiemu we współpracy z ABW i z policją za rządów PiS. Oczywiście nie przeszkadzało mu też, o czym czytamy w jego oficjalnych biogramach, pobieranie stypendium Ministra Edukacji Narodowej i Sportu w roku 2006, czyli za rządów PiS.

Taka deklaratywna ortodoksja i doskonałość, a tyle od niej odstępstw, przeoczeń, niezauważeń, co za przypadek. Swoją drogą czy Polska to nie jest wspaniały kraj, skoro, jak możemy przeczytać w wywodach Witkowskiego, tyle tu wpływów prawicy, skrajnej prawicy, „faszyzowania”, bezwzględnie rządzi PiS itd., a jednocześnie jak gdyby nigdy nic prominentny antyfaszysta i gromki krytyk PiS-u współpracuje z instytucją bezpośrednio podległą premierowi z PiS.

Antyfaszystowskie teorie spiskowe

Wywody Witkowskiego to wizja niemal wszechobecnego faszyzmu. Terminów typu „faszyzm”, „neofaszyzm”, „postfaszyzm”, „skrajna prawica”, „volkizm” – używa pod adresem mnóstwa osób i środowisk, w tym i takich, które wywodzą się z lewicy czy mają od niego sporo dłuższy staż nieprawicowy. Wystarczy okazjonalna współpraca z prawicą czy wzmianka, że w wybranej dziedzinie – choćby polityce społecznej – PiS wypada lepiej od PO, żeby już być na cenzurowanym u „badacza”, przy czym „badacz” potrafi „przeoczyć” całą niepasującą mu do tej tezy część aktywności danej osoby czy środowiska. Wszystko się u niego łączy, przenika, „kolaboruje”, byle drobiazg wystarczy, aby zostać uznanym częścią „siatki” (krypto)faszystowskiej, w dodatku raz na zawsze. Oczywiście jest to dość zrozumiałe: jeśli chce się robić karierę na antyfaszyzmie, to należy faszyzm odkrywać wszędzie. Pisanie w kółko tekstów o Braunie i Korwinie może na dłuższą metę zanudzić odbiorców. Ale Witkowski ma w ogóle zamiłowanie do teorii spiskowych.

Możemy na jego facebookowym profilu przeczytać np. aprobatę dla wywodów, że ABW (ta sama, z którą Witkowski współpracuje) w głośnej przed laty sprawie zmusiła niejakiego Brunona Kwietnia, ex-działacza Narodowego Odrodzenia Polski, do planowania zamachu na budynek parlamentu za rządów PO:

W tych wywodach wtóruje mu zresztą wspomniany Wybieralski, „bohater” akcji Me too, któremu Witkowski te wywody lajkuje:

Witkowski powtarza tu wywody skrajnej prawicy, która przed laty, po aresztowaniu Kwietnia, ale także później uważała to za prowokację służb i próbę oczernienia środowisk prawicowych. Macierzysta organizacja Kwietnia, NOP, tak napisała po jego śmierci: „Operację przeciwko Kwietniowi, rozpoczętą w roku 2011, od początku inspirowała ABW, poprzez swoich działających pod przykrywka agentów próbując zmusić go wszelkimi sposobami (grożono śmiercią nawet jego najbliższym) do opracowania planów zamachu. Powód był prosty. W tym czasie bowiem krajowe służby specjalne gorączkowo szukały uzasadnienia dla korzystnych dla siebie zmian prawnych, zwiększających ich kompetencje i umożliwiających mocniejsze oplecenie Polski kontrolą bezpieki. Potrzebny był publiczny symbol uzasadniający te zmiany. Padło na Brunona Kwietnia”.

Wedle Witkowskiego spisków jest więcej. Nie tylko Brunon K. ma tajemnicze problemy i umiera w niejasnych okolicznościach. Podobnie dzieje się wedle Witkowskiego z Dawidem „Cyganem” Kosteckim:

Niezależnie od tego, jakie były faktyczne losy Kwietnia czy Kosteckiego oraz ich przyczyny, trudno zrozumieć, czemu ktoś podejrzewający ABW o tak perfidny i podły spisek, nie widzi niczego złego we współpracy z tą samą ABW. I dlaczego człowiek tak krytyczny wobec poczynań rządu współpracuje ze spec-służbami odpowiedzialnymi za ponoć tak straszne rzeczy oraz podległymi premierowi rządu podobno tak koszmarnego.

Co wolno antifa-wojewodzie…

Wszędzie tropi „odchylenie prawicowe”, „kryptofaszyzm”, „przymilanie się” do PiS-u i inne myślozbrodnie, potępia niemal każde odstępstwo od liberalno-mainstreamowego wzorca. Na jego profilu facebookowym notorycznie odbywają się połajanki pod adresem wszelkich takich „heretyków”, np. Rafała Wosia. Co innego sam Witkowski, jemu wolno.

Weźmy fragment o Unii Europejskiej z jednego z tekstów Witkowskiego sprzed kilku lat: „Paradoksalnie na więcej niż polską lewicę krytyki wobec wolnego rynku, Unii Europejskiej czy współczesnego kapitalizmu stać obecnie nacjonalistów. Pod bannerem przedstawiającym »grabarzy Polski« (Jaruzelski, Wałęsa, Balcerowicz, Kwaśniewski, Rostowski, Tusk) sam mógłbym się podpisać. Lewica ciągle boi się być naprawdę krytyczna, boi się problematyzować sfery kapitalistycznych niesprawiedliwości, jakby ciągle tłumaczyła się ze swojego istnienia, ze swojego niesowieckiego charakteru, swojej europejskości, i np. krytyka UE z jej perspektywy, poza mikrogrupą skrajnej lewicy, w zasadzie nie zachodzi. A przecież liberalny charakter tej instytucji zasługuje na krytykę absolutnie – jako skrajnie kapitalistyczna wspólnota oparta przede wszystkim na biznesie i handlu, gdzie inne tematy (gender, walka z rozwarstwieniem, prawa pracownicze, standardy demokratycznych procedur) są jakby poboczną działania tej korporacji, zmienną w czasie, na niezmiennej wolnorynkowej podstawie”.

Albo o disco polo. Po tym, jak politycy i włodarze telewizji publicznej za rządów PiS zaczęli flirtować z częścią wykonawców disco polo, na facebookowym profilu Witkowskiego można znaleźć wywody jego i jego znajomków o tym, jakie to cyniczne, jaka to ludomania, jakie obniżanie standardów itd. Znowu zatem zacytujmy Witkowskiego sprzed kilku lat: „Wprowadzona przez elity hierarchia i porządek ma między innymi na celu łatwą identyfikację, z jakiej grupy społecznej pochodzimy i napiętnowanie słuchaczy o innym, w tym kontinuum, gorszym guście. Guście, który zamiast na kontemplację porządku i harmonii, zamiast zabaw kodami i nawiązaniami ma na celu ukazanie samego nagiego życia: taniec, radość, smutek, miłość i frywolność. Zdjęcie odium z disco polo to zdjęcie odium z klasy plebejskiej; ludu, nie plebsu; to odrzucenie oceny na rzecz badania, pogardy na rzecz wysłuchania, tańca na sali balowej na rzecz wiejskiego wesela. Disco polo to tylko jedna ze ścieżek powstawania nowej muzyki ludowej, o ile taka muzyka może jeszcze powstać, nie będąc tanią podróbką dawnej, protezą. Innymi jej odnogami są płyty Kayah i Goran Bregovića czy popularność Brathanków i braci Golców, choć przecież w ich wypadku mamy do czynienia ze spreparowanym dla współczesnego słuchacza surogatem, nie z żywą kulturą. Zdecydowanie inne jest kreowane oddolnie disco polo, którego fenomen trwa, nie dość, że przy obojętności elit, wytwórni i tzw. opinii publicznej, ale w rzeczy samej jej naprzeciw. Romantyczna rewolucja, która chwilowo wyniosła ludowość na piedestał, musiała być równie szokująca dla ówczesnego establishmentu, jak dziś kilkugodzinna sesja z Disco Polo Live. Niesmak dzisiejszych elit, gdy zmuszone są odnieść się do disco polo, przypomina niesmak klasycystów skonfrontowanych z twórczością romantyków – gdzie inspiracje muzyką ludową były »grzeszne« i »pozbawione dobrego gustu i smaku«, a przemawiać miały instynkt i czucie, zaś sama twórczość nie wymagała od odbiorcy rozległej wiedzy, ale rozwiniętej sfery uczuć. […] Do jakiejkolwiek oceny tej muzyki konieczne jest wyrwanie się na chwilę z narracji »disco polo to kuriozum i żenada« (pod względem ilości kodów, prymitywizmu, wulgarności). Spojrzenie na ten styl jako na twórczość artystyczną to szansa na zrozumienie jego fenomenu. Trzeba wyrwać się z zaklętego kręgu klasistowskiego oraz podszytych wstydem i Selbsthasse potępienia i wzgardy, bo z powyższej wzgardy pozostaje tylko pozycjonowanie tych »partaczy« z założenia skazanych na bycie rozrywką dla »ciemnego ludu«, a nie realizacją szczerej potrzeby kontaktu z muzyką. […] Może warto pogodzić się z Bayer Full i Shazzą, bo to esencja współczesnej polskości – trochę przaśnej, trochę wulgarnej, trochę nieudolnie kopiującej Zachód, ale mimo wszystko to prawda o nasze epoce i jako taka wymaga co najmniej wnikliwego spojrzenia, jeśli nie stać nas na okazanie szacunku. […] Wyklęcie disco polo jako muzyki obciachowej to tylko jeden z wielu wymiarów patologizacji klasy ludowej. Wszystko, co wiąże się z tą grupą, było wulgarne, obciachowe, prymitywne, a biedni w tej narracji to nie tylko grupa roszczeniowa, której realizacja żądań może zagrozić istnieniu wypłacalnego państwa, ale także grupa, której kulturalne potrzeby i gusta mogą zagrozić sztuce wysokiej, jako prymitywne i obniżające standardy. Zamiast traktować disco polo jako to, czym rzeczywiście jest – czyli jako wesołą muzykę do tańca, picia wódki i zabawy na weselu, traktowano ją jak trąd, który dotyka polską muzykę, a słuchających tego gatunku jak zadżumionych, których najlepiej zepchnąć do getta. […] Ten gatunek muzyczny jest dzieckiem swojej epoki, swoich czasów, a Toples, Milano, Boys czy Tomasz Niecik są głosem małych miast i miasteczek, prowincji; prawdziwym. Niezależnie od tego, jak bardzo byśmy chcieli być zachodnioeuropejscy, to tu jest właśnie Polska”.

Aż chciałoby się powiedzieć, że Jacek Kurski byłby zachwycony tymi wywodami. Ale lepiej zapytać, czemu Witkowski porzucił dawne poglądy. Oczywiście tylko krowa nie zmienia zdania i tak dalej, ale tutaj wiele wskazuje, iż dzieje się tak dlatego, ponieważ inne są mody i orientacje w kręgu jego dzisiejszych odbiorców i płatników jego honorariów, więc i trajektoria tych zmian jest dość przewidywalna. Jeszcze ktoś oskarżyłby Witkowskiego za powyższe cytaty o „pisowskość”, „ludomanię”, „populizm” itp. Tak jak Witkowski oskarża bardzo chętnie i bez żadnego umiaru.

Bardzo swój człowiek

Wydawałoby się, że coś takiego powinno być łatwe do zauważenia, tym bardziej że część tych postaw to sprawy znane publicznie lub znane określonym środowiskom. Tymczasem nic z tego. Witkowski jest zatrudniony na Uniwersytecie Wrocławskim oraz w prywatnej uczelni Collegium Civitas, od niedawna wykłada także na Uniwersytecie Warszawskim. Stale współpracuje m.in. z „Krytyką Polityczną”, oko.press, od niedawna pisuje do tygodnika „Polityka”, jest zapraszany do dyskusji w Onecie czy TVN-ie. Wśród jego znajomych można znaleźć liczne osoby z polskiej elity kulturalnej i naukowej.

W świetle powyższego tekstu już nie będą mogli powiedzieć, że nie wiedzieli, z kim i czym mają do czynienia.

Remigiusz Okraska

 

Moi rozmówcy w tekście pozostali anonimowi, natomiast większość ich wypowiedzi w sprawach nieznanych szerszej publiczności ma postać pisemnych relacji pod nazwiskiem, a ich kopie zostały sporządzone i zdeponowane u prawnika współpracującego z naszą redakcją.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie