Lewy prosty w lewicę
Współczesna lewica, parafrazując znany aforyzm Ciorana o Europie, to zgnilizna, która ładnie pachnie, uperfumowany trup.
W setną rocznicę śmierci wybitnego, bardzo oryginalnego polskiego myśliciela lewicowego, dziś niemal zupełnie zapomnianego, publikujemy fragment trudno dostępnej książki o nim.
Dociekając przyczyn zejścia socjalizmu z drogi prowadzącej bezpośrednio do rewolucji socjalnej, Machajski poszedł w swej krytyce socjalizmu o krok dalej, niż pokrewni mu rewolucjoniści. Daleki był jeszcze od porzucenia marksizmu, ale w samym katechizmie marksowskim, w słynnym Manifeście, odkrył dwuznaczności, którym przypisał winę za zboczenie na manowce. Z jednej bowiem strony Manifest Marksa i Engelsa głosił konieczność zniesienia prywatnej własności środków produkcji – co oznaczało rewolucję społeczną – z drugiej zaś otwierał drogę do szukania rozwiązań częściowych przez postawienie postulatu zjednoczenia sił demokratycznych i przez wyznaczenie, jako pierwszego etapu na drodze do rewolucji, zdobycia demokracji podnoszącej proletariat do roli klasy rządzącej. Zjednoczenie sił demokratycznych? Cóż to oznacza w praktyce, jak nie kompromis z żywiołem pozaproletariackim. Zdobywanie demokracji? To usunięcie rewolucji w sferę ideałów świecących na dalekim, nieosiągalnym dla żyjącego pokolenia, horyzoncie. Legalizacja ruchu robotniczego i wprowadzenie go w koleiny walk politycznych, a więc parlamentaryzmu, jest prostym następstwem takiego postawienia sprawy.
Pozostawało jednak pytanie, dlaczego socjalizm, w założeniach swych tak rewolucyjny, w rozwoju swym porzucał właśnie tę rewolucyjną stronę swej doktryny, by w działalności politycznej postawić na pierwszym miejscu te właśnie zadania, które prowadziły w świat kompromisów? Wydawało się to Machajskiemu tym bardziej dziwne, że ruch robotniczy na Zachodzie nie ponosił głębokich porażek i nie musiał uginać się przed przemocą, przeciwnie – szczycił się wspaniałym rozwojem, a mimo to z jakąś fatalnością im bliższy był zwycięstwa, tym bardziej oddalał się od celu ostatecznego, tym bardziej rosły w nim tendencje do współdziałania z innymi ugrupowaniami.
Rozumiał, że zjawisko tak powszechne i głębokie nie mogło być wynikiem tylko błędów myślenia. Musiały istnieć siły ukryte, a dość potężne, by zmusić ruch robotniczy do zawrócenia ze swej pierwotnej drogi. Burżuazja? Nie. Jej front klasowy jasno odcinał się od frontu robotniczego, zapory zaś represji wytwarzały granice dla każdego widoczne. W samym ruchu socjalistycznym trzeba więc szukać źródeł niekonsekwencji i oportunizmu. Tutaj należy odkryć siły spychające proletariat ku kompromisom z istniejącym porządkiem rzeczy.
Skulony w zadumie na swej pryczy lub przemierzając klatkę więzienną zdrobnionym krokiem, by wydała się większą, przywoływał wspomnienia pierwszych starć na te tematy dopiero przeczuwane z kolegami na terenie organizacji studenckiej. Tak, o to samo chodziło. O samodzielną czy podporządkowaną interesom narodowym rolę ludu pracującego. Łatwo było uzyskać w dyskusji powszechną zgodę na samodzielność ruchu socjalistycznego, ale zjawiały się zastrzeżenia: samodzielność, ale do czasu, do tej chwili, gdy ruch robotniczy nabierze siły i znaczenia. Wszyscy rozumieli, że podnieść klasę robotniczą do czynnej roli w życiu społeczeństwa można tylko przez danie jej poczucia siły odrębnej, rządzącej się własnym poglądem, piastującej własne wyobrażenia o przyszłości i broniącej swych interesów bieżących. Ale gdy tylko zostanie to osiągnięte, trzeba będzie wprzęgnąć tę dojrzałą siłę w walkę o sprawy bardziej powszechne, a czy będzie się to nazywało sprawą postępu czy sprawą narodową, to już wszystko jedno. Dość, że ruch robotniczy ma stać się narzędziem dla spraw stojących poza interesami samych robotników. I tak właśnie stawało się w Niemczech, w Anglii, a teraz i w Polsce.
Studenckie dyskusje dawały znać o problemach, które obejmowały nie tylko polskie podwórko, ale cały świat. Machajski przeciwstawiał się tym koncepcjom ściągania Proletariatu z wysokiego cokołu wszystko rozstrzygającej rewolucji; w swym „komunikacie”, znaczącym zerwanie z grupą narodowych socjalistów, nawoływał by sprawę robotniczą traktować jako sprawę milionów, problem sam w sobie, do rozwiązania tylko przez samodzielny wysiłek proletariatu. Ale dopiero teraz pochwycił treść tych sporów, jak nić prowadzącą do odkrycia prawdziwego sensu dręczącego problemu. Tak: doktorzy filozofii i prawa, literaci i dziennikarze oraz młode pokolenie inteligencji, szukające swego miejsca w życiu społecznym, stworzyli doktrynę socjalizmu. Nadali jej treść odpowiadającą ich wyobrażeniom, potrzebom ich własnego środowiska mimo wszystkich zapewnień, że to ideologia klasowa proletariatu. Tę sprzeczność pozornie tylko przezwyciężył marksizm formułą ostrego przeciwstawienia zmniejszającej się garstki posiadaczy kapitału wzrastającemu proletariatowi zmuszonemu do sprzedawania swej siły roboczej. Burżuazja została w tej formule utożsamiona z posiadaczami narzędzi produkcji. Wszystkie inne warstwy społeczne zostały usunięte w cień, jako skazane na proletaryzację. A przecież istnieje wcale niemalejąca w liczbie i sile warstwa drobnych posiadaczy kapitału nie tylko w postaci skromnych warsztatów produkcyjnych czy udziału w aparacie rozdziału produktów, lecz także swoistej formy kapitału, zawartego w wykształceniu, a więc w zdolności do kierowania życiem zbiorowym. Jest to nie tylko drobnomieszczaństwo w ścisłym znaczeniu tego słowa, ale również i przede wszystkim inteligencja. Część jej otrzymuje uprzywilejowane stanowiska w służbie kapitalistów, ale większa i rosnąca liczba nie znajduje miejsca przy pańskim stole i staje w opozycji przeciwko kapitalistom. Zarówno jednak uprzywilejowana jak i upośledzona część inteligencji uważa się za główny element w życiu narodu czy państwa, za nosiciela jego tradycji i kultury, gdy więc nawet w jakiejś swojej grupie włącza się do prądu proletariackiej rewolucji, nie opuszcza jej świadoma czy podświadoma troska, by rewolucja nie naruszyła podstaw jej istnienia jako warstwy uprzywilejowanej.
Dzieje polskiej myśli politycznej nasuwały Machajskiemu obfitość przykładów ilustrujących te wnioski, do których doszedł. Wczoraj gdy inteligencja rekrutowała się tylko ze szlachty, była szlachecką strzegąc swego przywileju krwi. Teraz, gdy różne warstwy znalazły do niej dostęp, stała się demokratyczną, a zagrożona w znacznej części przez proces proletaryzacji włączyła się nawet do ruchu robotniczego. Ale nawet opozycja inteligenckiego proletariatu nie dąży do rewolucji społecznej, która usunęłaby wszelkie przywileje. Jej celem jest tylko upowszechnienie, zdemokratyzowanie przywilejów przez rozciągnięcie ich na całą warstwę ludzi wykształconych, zdolnych do spełniania roli kierowniczej w życiu społecznym i narodowym.
Tak formowała się podstawowa myśl koncepcji Machajskiego, mającej na celu niedopuszczenie do rozwadniania ruchu robotniczego przez napływ elementów mu obcych i dążącej do wyprowadzenia go z powrotem na szeroki szlak prowadzący do rewolucji uniwersalnej. Wierzył, że jeszcze można to zrobić, byle krytyką bezwzględną odsłonić siły podsuwające proletariatowi pokusy przystosowania się do istniejących warunków w zamian za miejsce we wspólnym wysiłku dla powszechnego postępu. Wierzył, że dostatecznie silne ostrzeżenie zawróci proletariat z manowców legalizmu i integracji w życie państw czy narodów.
[…]
Uderzył więc przede wszystkim w panującą w socjalizmie, a także w licznych koncepcjach anarchistycznych, teorię o istnieniu praw rozwoju gospodarczego, od których jakoby muszy być uzależnione możliwości realizowania socjalizmu. Wołał, że paraliżuje ona wolę rewolucyjną mas robotniczych i nakazuje czekać cierpliwie, aż stosunki gospodarcze dojrzeją w stopniu pozwalającym na rozbicie skorupy kapitalistycznego ustroju. Teoria ta jest więc w swej treści zasadniczej podstawą ugody z istniejącym stanem rzeczy i wprzęga proletariat do rydwanu burżuazyjnego postępu. Teoria ta prowadzi zatem nie do obalenia kapitalizmu, ale do łatania jego dziur, by go rozwijać i utrzymać robotników w stanie niewolnictwa i ciemnoty.
Wprowadzenie przez Marksa do nauki socjalistycznej pojęcia o konieczności historycznej, wynikającej z praw rozwoju gospodarczego – pisze Machajski – jest równe oddaniu losów człowieka pod wszechmocne władanie Opatrzności. Jak Opatrzność w systemach religijnych obiecuje szczęśliwość pozagrobową i wymaga cierpliwego znoszenia przeciwności życia ziemskiego, tak samo socjalizm odsuwa realizację celów robotniczych na przyszłe pokolenia, bo tego wymaga konieczność historyczna, nakazująca żywemu pokoleniu rezygnację z zadań wielkich, lecz rzekomo „niedojrzałych”. Pozostaje więc najwyżej praca w kierunku usuwania najbardziej rażących stron panujących stosunków, by tym bardziej je utrwalić. Socjalizm – konkluduje Machajski – spełnia rolę świeckiej religii, służącej do przystrojenia marzeniami o życiu przyszłych pokoleń złej doli ludzi żyjących.
Zaatakowana została również druga fundamentalna teza marksizmu: uspołecznienie produkcji, zmiana systemu własności środków produkcji przez wywłaszczenie kapitalistów i oddanie kapitału we władanie całego społeczeństwa. Przyjmując wywłaszczenie kapitalistów jako jeden z elementów rewolucji proletariackiej Machajski wskazywał, że samo uspołecznienie niczego jeszcze nie załatwia, oznacza bowiem tylko przeniesienie władztwa nad narzędziami pracy z rąk kapitalistów na całe społeczeństwo burżuazyjne. Robotnik pozostanie niewolnikiem zmuszonym do sprzedawania swej siły roboczej nowym panom, którzy wyłonią się spośród „oświeconego społeczeństwa”, a więc z inteligencji. Uspołecznienie będzie tylko zmianą ekipy rządzącej, jeśli nie będzie mu towarzyszyła całkowita zmiana podziału dochodu narodowego, tak aby pracownicy fizyczni otrzymywali za swą pracę wynagrodzenie równe wynagrodzeniu pracowników umysłowych.
Problem postawiony przez socjalizm został odwrócony: istotne znaczenie dla klasy robotniczej ma nie zmiana systemu własności i kierownictwa produkcji, lecz osiągnięcie równych płac dla wszystkich ludzi pracy. Wywłaszczenie i uspołecznienie środków produkcji nie rozwiązuje sprawy robotniczej i nie kładzie kresu antagonizmowi między proletariatem a oświeconym społeczeństwem. Zmienią się dysponenci kapitału, ale walka robotników nie może ustać, dopóki zrównanie w zarobkach nie pozwoli robotnikom, lub przynajmniej ich potomstwu, zdobyć umiejętności kierowania życiem gospodarczym. Na tym celu powinna skupić się cała uwaga proletariatu i nie należy dopuścić do sprowadzenia jego walki na manowce ani przez haszysz nacjonalizmu, ani przez mistykę państwa i miraże demokracji, ani przez inne złudy cywilizacji.
Socjalizm został w ten sposób ostatecznie odrzucony przez Machajskiego. Manifest Komunistyczny potraktował on jako „najbardziej głęboką i życiową formułę «demokratycznego» socjalizmu nowej inteligencji europejskiej”, w wywodach zaś „Kapitału” o pracy wykwalifikowanej wymagającej wyższego wynagrodzenia widział próbę teoretycznego uzasadnienia przywilejów inteligencji.
Jest charakterystyczne, że w tych nowych sformułowaniach poglądów Machajskiego zaginęło pojęcie dyktatury rewolucyjnej. Był to logiczny wniosek z przyjęcia tezy, że w obecnych warunkach nawet zmiana systemu własności nie przyniesie rozwiązania sprawy najemnictwa; dyktatura rewolucyjna oznaczać musi dyktaturę nowej klasy rządzącej – inteligencji – jedynie przygotowanej do kierowania zbiorowym życiem. Tym samym proletariat nie może niczego spodziewać się po takiej dyktaturze i będzie zmuszony do prowadzenia po dawnemu zaciętej walki z władzy. Klasa robotnicza musi przygotować się na walkę z wszelką władzą i nie łudzić się, że sama ją rzeczywiście zdobędzie, póki istnieje monopol wykształcenia i uprzywilejowanych zarobków dających możność tylko dzieciom warstw uprzywilejowanych zdobycia wiedzy i umiejętności kierowania. Ruch robotniczy musi zatem stać zawsze poza władzą, jako jej antagonista prowadzący nieustanną walkę strajkową, przekształcającą się w powstania, mające na celu wymuszanie praw niezbędnych dla klasy robotniczej. Pojęcie rewolucji permanentnej bodaj po raz pierwszy znajduje tu swój pełny wyraz.
Hasło permanentnej rewolucji proletariackiej przeciwstawił Machajski zarówno socjalizmowi, jak i anarchizmowi, twierdząc, że zarówno socjalizm z jego idealnym państwem demokratycznym, jak i anarchizm z idealną samodzielna gminą, w formach partii politycznych czy „syndykatów rewolucyjnych”, są w rzeczywistości tylko apostołami burżuazyjnego postępu. A gdyby nawet ich idealne państwo czy gminy zostały zrealizowane i środki produkcji przeszły do ryk społeczeństwa, „odwieczne ograbianie okaże się nienaruszone, bowiem kierownictwo produkcji, cała kultura i jej owoce pozostaną w rękach pracowników umysłowych, «biełoruczek», dla robotników zaś pozostanie stare szczęście być wykonawcami, niewolnikami uczonych panów”. „Demokratyczna wolność – dodaje Maehajski – bez względu na to, czy zjawi się w postaci państwa socjalistyczno-demokratycznego czy anarchistycznej komuny, da wolność tylko społeczeństwu wykształconemu, posiadaczom wiedzy i cywilizacji”.
Formułując tak swe poglądy Machajski burzył ostatecznie mosty ze swym otoczeniem wygnańczym. Dyskusje, jakie wywołały nowe referaty w środowisku zesłańców, nie zostawiały najmniejszej wątpliwości, że wszystkie ugrupowania rewolucyjne zajęły zdecydowanie wrogą postawę wobec polskiego heretyka. Musiał stoczyć zaciętą walkę, ażeby zdobyć choć garść zwolenników. Tego się nie lękał. Wiedział, że każdy głosiciel nowego poglądu musi oczekiwać przeciwstawienia się ze strony ludzi mających ustalone idee przyodziane już w uzbrojenie organizacyjne. A wierzył przecież, że odkrył istotną treść nadchodzącej rewolucji. Był przekonany, że wydobył na jaw jej sens najgłębszy, wyzwolony z wszelkich naleciałości wniesionych przez obce proletariatowi elementy, wkradające się do ruchu robotniczego. W stawianych mu oporach widział tylko lęk przed prawdą rujnującą skryte w podświadomości nadzieje tych elementów na utrzymanie robotników w posłuszeństwie.
[…]
Dziesięć lat przedtem pisał Machajski swą odezwę do polskich robotników, również w związku ze świętem majowym. Ale wtedy przemawiał do polskich robotników jako polski rewolucjonista i socjalista. Teraz do robotników rosyjskich odzywał się prorok totalnej rewolucji niezależnie od miejsca. Wtedy wzywał do walki i solidarności w rozpalaniu rewolucji, która z Polski przeniesie się na Rosję, a może i na cały świat, teraz nawoływał do zorganizowania powszechnej „zmowy robotniczej” i ostrzegał robotników powiązanych w ruchu socjalistycznym, aby nie przyjmowali za prawdę „bajek faryzeuszów o niedojrzałości przemysłu i proletariatu do socjalizmu i o wzniosłych ideach inteligencji, lecz wsłuchiwali się w potężny głos mas robotniczych… bo czego trzeba klasie robotniczej, najlepiej wiedzą same masy. Dalej idzie zrównanie inteligencji nie tylko z burżuazją ale i… z żandarmami, jednako broniącymi istniejącego ustroju przed zniesieniem wszelkich, a więc i „uczonego świata” przywilejów.
[…]
Machajski, jak zwykle milczący, nie mieszał się do zajadle dyskutujących grup. Słuchał, obserwował i czuł swą obcość w tym gronie sług rewolucji, on – apostoł Rewolucji absolutnej. Miał tutaj przed oczami cały mapę geografii politycznej wnętrza zrewolucjonizowanej Rosji i zdawał sobie sprawę, jak trudno będzie wyznaczyć na niej swoje miejsce. Wszyscy zwrócą się przeciw niemu. Ale może nie do nich będzie należało ostatnie słowo, jak nie należało pierwsze. […] Teraz przystrajają się w tytuły nie przez siebie zasłużone i rozprawiają, jak dorwać się do władzy i wprowadzić rewolucję w mglisty krąg wielkich idei, oderwanych od najprostszych potrzeb niewolników, a tak skutecznych w odwracaniu wygłodniałych tłumów od ich własnych spraw.
Oto jakiś esdek z rozwianą czupryną wygraża brodatemu eserowcowi. Jeden i drugi co chwila wywołuje imiona swych świętych proroków, których słowo zacytowane w sporze jest ostatecznym argumentem, jak w dyspucie odrębnych kościołów, opartych na wierze w to samo bóstwo. Kłócą się nie o cele ostateczne, już dla nich dalekie, bo wyznaczone wyrokiem historycznej konieczności. Chodzi im o etapy. Etapy, etapy przedłużające się w nieskończoność. Na tych etapach urządzą się jako ministrowie, posłowie, adwokaci, dziennikarze, pisarze, redaktorzy, urzędnicy i będą jedli biały chleb, dając może chłopu trochę więcej ziemi, żeby i on się bogacił. Ale jak wydobyć do czynnej roli tych, którzy bez stałych zarobków, bez dachu nad głową, z legowiskiem w nędzy domu noclegowego mogą stanowić siłę drwiącą z historycznych praw i zakazów przemądrzałych ideologów etapu? Tylko oni, którzy rozniecili rewolucję, mogą też doprowadzić ją ku ostatecznym celom zniesienia współczesnego niewolnictwa. Ci tylko, co nie mają nic do stracenia, mogą burząc więzienie nie dopuścić do zbudowania nowego.
Machajski przejrzał na wylot wszystkie pułapki cywilizacji i widział jasno, jakie mury obronne dla swego istnienia wzniosła odwieczna niewola gruntując bierność mas, ich nawyk chodzenia w jarzmie, przesądny lęk przed tajemniczą siłą uczonych w sztuce rządzenia. Ale w tych szańcach obronnych wybuch marcowy wyrwał szeroki wyłom. Wszystko co wczoraj budziło trwogę, poczynając od białego Cara, a kończąc na urzędniczynie w komisariacie policyjnym, leży dziś oddane na poniewierkę tłumu. Prysł czar władzy. Autorytety zostały podeptane. To nie to samo, co przed 12 laty. Aby tylko nie dopuścić do wyrośnięcia nowych dygnitarzy, do zaskorupienia się nowych stosunków burżuazyjnego ładu, a sprawa robotnicza może być jeśli nie wygrana, to znacznie posunięta naprzód.
Wśród tych myśli zaczepił wzrok o swego rodaka – pepesowca. Ten Polak socjalista śledził dyskutantów rozszerzonymi entuzjazmem oczami i zapewne myślał tylko o tym, że może wreszcie uśmiechnie się los dla Polski, by mógł wypłynąć własny Kiereński i stanąć na czele odrodzonej Rzeczypospolitej. Wchłaniał argumenty przerzucane w dyskusji, by zastosować je u siebie, dla swojej republiki ładu i porządku burżuazyjnego. Jakże łatwo ci rewolucjoniści zmieniają skórę, gdy zjawia się możliwość dorwania do władzy. Władza… Straszliwe zjawisko: konieczność wypełniania niezbędnych funkcji życia zbiorowego, zdradliwa dla ludu, przeciw któremu zawsze się zwraca; otoczona nimbem służby publicznej, a korumpująca swych wykonawców wyniesieniem ich ponad szarego człowieka. Przypominały się Machajskiemu dawno przeczytane słowa Kropotkina: „Każda władza jest sprawowana nad ludem przez ludzi uczonych”. Czy nie ma innego rozwiązania?
Jakby w odpowiedzi na to pytanie doszedł uszu Machajskiego okrzyk: „Cała władza Radom Delegatów Robotniczych!”. Wyostrzony w negacji umysł pokwitował ten okrzyk przypomnieniem dawno już sformułowanej i ogłoszonej prawdy dlań absolutnej: zamiast oszustwa całego narodu przez wybory parlamentarne przyjdzie oszustwo samej klasy robotniczej, bo do władzy przyjdą inteligenci i przyuczeni robotnicy, przystrajając się imieniem delegatów robotniczych czy chłopskich. Taki bowiem jest przeklęty los, który będzie rządził światem, póki istnieje nierówność zarobków i warunków wychowania wszystkich ludzi.
Swoją rolę w rewolucji, do której jechał, pojmował Machajski jako obowiązek ciągłego przypominania tych prawd, przeszkadzania w tłumieniu rozwoju rewolucji i demaskowania fałszywych obietnic, z którejkolwiek przychodziłyby strony, ażeby klasa robotnicza nie dała się uśpić i trwała w nieustannej walce z każdą władzą o swoje prawo do pełnej równości z wykształconymi warstwami społeczeństwa.
[…]
Człowiek o silnym temperamencie politycznym szukałby może na miejscu Machajskiego jakiegoś chwilowego chociażby sojuszu z przeciwnikiem, jak to zrobili eserzy-maksymaliści. Ale jego krytyczny umysł odrzucał pokusy chwili w przewidywaniu dalszego biegu wydarzeń, od których oczekiwał ujawnienia właściwej treści bolszewizmu i potwierdzenia swej dawno sformułowanej koncepcji. […] Machajski nie dał się unieść ślepej fali. Tkwił w sceptycyzmie, przekonując kilku pozostałych przy nim towarzyszy, że to jeszcze nie koniec, że przyjdzie następna faza, że ci sami, którzy rozwalają dziś starą Rosję, jutro będą się starali nałożyć masom kajdany nielżejsze od dawnych.
Nowa władza została ugruntowana. Dzień po dniu nowe dekrety obalały stare instytucje, wywłaszczały kapitalistów, zapowiadały pokój i wolność, formowały stosunki na nowym zupełnie torze. Machajski usiłował wyjść z pozycji biernego obserwatora i dostosować swą koncepcję do warunków stworzonych przez powstanie władzy noszącej nazwę robotniczej, władzy legitymującej się wolą Rad Delegatów robotniczych, żołnierskich i chłopskich. Wyrazem tego dostosowania było wydanie przezeń w lipcu 1918 roku zbioru artykułów już nie pod tytułem „Zmowa Robotnicza” (Raboczij Zagowor), ale „Rewolucja Robotnicza” (Raboczaja Rewolucija).
Po dawnemu niewiele go interesuje mechanizm nowej władzy czy zewnętrzne jej oznaki, lecz sięga do jej istoty społecznej. […] W zgodzie ze swą zasadniczy koncepcją pragnął ustawić masy pracujące w pozycji niezależnej od władzy państwowej, w pozycji siły zmuszającej rząd przez nacisk zewnętrzny do wypełnienia żądań w pierwszym rzędzie natury ekonomicznej. Dla uzasadnienia takiego postawienia sprawy „Rewolucja Robotnicza” daje następujący wariant dawnej koncepcji, głoszącej konieczność nieustannej i coraz dalej idącej walki robotników o pełną równość ekonomiczną z warstwami wykształconymi, bez poddawania się władzy niezależnie od tego, jakie nosiłaby miano: „Robotnicy nie będą mieli swego «rządu robotniczego» nawet gdy zostaną usunięci wszyscy kapitaliści. Jak długo klasa robotnicza jest skazana na ignorancję, inteligencja będzie rządziła za pośrednictwem delegatów robotniczych. Inteligencja broni swych własnych interesów, a nie interesów robotniczych. Po wywłaszczeniu kapitalistów robotnicy mają zadanie zrównanie swych zarobków z dochodami inteligentów, ludzi wykształconych, gdyż inaczej będą skazani na pracę fizyczną, ignorancję i niezdolność do kierowania życiem kraju. Tak więc nawet po obaleniu systemu kapitalistycznego robotnicy nie będą mieli władzy, nie będą mieli rządowego aparatu posłusznego ich woli. Kiedy robotnicy domagają się własnych rządów, znaczy to, że domagają się rewolucyjnego panowania nad rządem. Poprzez taką rewolucyjną presję, poprzez ujawnianie woli milionów ludzi pracy klasa robotnicza powinna dyktować prawa rządowi”.
Na tym akcie wierności dla samego siebie potwierdzającym, że rewolucja proletariacka musi być permanentnym procesem walki robotniczej bez złudzeń, iż przyjście do władzy rządu mianującego się robotniczym wyznacza metę pozwalającą na spoczynek, kończy się publiczna działalność Machajskiego.
Władza „robotnicza” zamknęła mu usta. Wszelkie marzenia o Zmowie Robotniczej chociażby w najmniejszym zespole organizacyjnym spaliły się w ogniu burzy, która przeszła nad Rosją i dogasała pod powodzią dekretów. A właśnie teraz, gdy na spalonej rewolucją pustyni miały się kształtować nowe formy życia zbiorowego, musiało się Machajskiemu wydawać bardziej niż kiedykolwiek potrzebne głoszenie jego nauki i przypominanie jej proletariatowi. Nie widział potrzeby czy możności aktualizowania swej krytyki i zastosowania jej ostrza do konkretnych przejawów normalizującego się życia. Musiałoby to wywołać natychmiastowy sprzeciw rządzącej partii. W tym, co działo się dookoła, było tyle konkretnych i pewnych potwierdzeń jego tez zasadniczych, że wystarczało powtórzenie tego, co zawarł uprzednio w swym zasadniczym dziele „Umstwiennyj Raboczij”. Rozpoczął więc starania o pełne wydanie tej rozprawy, znanej już tylko z ustnej legendy.
Cenzor władzy sowieckiej okazał się nie mniej bezwzględny, niż ongiś cenzor carski. Wówczas jednak sąd uchylił konfiskatę, teraz zaś władza bolszewicka przeciwstawiła wydaniu pism Machajskiego stanowcze veto. Był to hołd oddany przez nowy rząd aktualności dzieła stworzonego przed piętnastu laty. Autor mógł się tym pocieszać, jednak zamiar przekazania myśli nowemu pokoleniu został udaremniony.
Kneblując Machajskiemu usta władza bolszewicka pozwoliła mu jednak żyć i nawet usiłowała go wciągnąć choćby do pośredniej współpracy. Promieniował nimb człowieka nieskazitelnego i rewolucjonisty o pełnej bezinteresowności. Proponowano mu więc objęcie funkcji redakcyjnych w organie gospodarczym „Narodnoje Choziajstwo”, zamienionym później na „Socjalisticzeskoje Choziajstwo”, ale Machajski odmówił, przyjmując tylko posadę zwykłego korektora technicznego tego pisma. Miał przez to dostęp do publicystyki nie tylko sowieckiej, ale i zagranicznej. Mógł śledzić rozwój stosunków, który wprawdzie zaprzeczał dawnym nadziejom na wybuch rewolucji światowej – przeciwnie, jej ogniska rozpalane tu i ówdzie szybko wygasały – ale jednocześnie rzucał pełne światło na socjologiczną osnowę koncepcji, którą wypracował jeszcze na syberyjskiej zsyłce. Tu, w Rosji, inteligencja rewolucyjna wespół z „przyuczonymi” robotnikami i uczestnikami wojny domowej objęła władzę nad wszystkimi środkami produkcji, wprzęgając robotnika w jarzmo wytężonej pracy za marne wynagrodzenie. Tam, w świecie kapitalistycznym, te same w istocie siły społeczne przejmowały w coraz szerszym zakresie z rąk kapitalistów władzę nad życiem gospodarczym i społecznym, jako mandatariusze anonimowego najczęściej kapitału lub funkcjonariusze rządów. Jednocześnie następowała wyraźnie coraz głębsza integracja ruchu robotniczego w życie państw z nieuniknioną konsekwencją zatracenia mitu rewolucyjnego i zastąpienia go tutaj mirażem budownictwa socjalizmu, tam wizją stopniowego postępu.
„Oświecone społeczeństwo”, jak przepowiadał, święciło triumf nad Rewolucją. A co klasa robotnicza? Zwycięstwo warstw oświeconych przewidywał od dawna, ale walka najmitów nie jest przez to skończona. Jest ona potrzebą życiową proletariatu i nikt nie może jej zaspokoić. Tutaj manifestują się na każdym kroku silne dążenia do równych zarobków ludzi pracy. Mówiło mu o tym zajadłe zwalczanie przez partię „urawniłowki”. A czy o tym samym nie mówią z drugiej strony – w świecie kapitalistycznym – strajki robotnicze nie tylko zorganizowane, lecz wybuchające wbrew woli oficjalnych organizacji strajki „dzikie”?
Z takim obrazem rozwijających się stosunków zbliżał się Machajski ku końcowi swego życia. 19 lutego 1926 roku przyszedł atak serca. Los o tyle na ostatku był dla Machajskiego łaskawy, że śmierć uprzedziła rozpętanie się stalinowskich czystek, które na pewno nie oszczędziłyby polskiego heretyka, rewolucjonisty bez skazy.
[…]
Śmierć Wacława Machajskiego została podana do wiadomości przez „Izwiestia” z dnia 24 lutego 1926 roku krótkim artykulikiem A. Szetlicha, towarzysza jego syberyjskiej zsyłki. Nie tylko szczupłe grono przyjaciół, ale także o ileż liczniejszy zastęp przeciwników oraz wielu dotychczas obojętnych, uprzytomniło sobie nagle, że oto odeszła na zawsze postać jedyna w swym charakterze, tkwiąca wśród ludzi jak pomnik epoki wielkich porywów myśli rewolucyjnej, nie znającej kompromisów. Można było się z nim nie zgadzać, można było zwalczać jego sądy, często tak bezwzględne jak przekleństwa zawiedzionej miłości, miłości do człowieka i Rewolucji. W ciszy śmierci odzywały się echa jego złowrogich proroctw o przemianie rewolucjonistów w więziennych dozorców, odżywały ostrzeżenia przed złudzeniami o „dobrej” władzy i nawoływania do wierności dla ideału zniesienia najemnictwa. Póki żył Machajski, można je było przyjmować jako wyraz rewolucyjnej egzaltacji lub po prostu uważać za szaleństwo fanatyka nie liczącego się z rzeczywistością. Śmierć, zamykając życie w ostre ramy, uwypukliła bohaterskie cechy człowieka, który przeszedł więzienia, katorgę, zsyłkę i emigracyjny nędzę bez schylenia czoła przed uderzeniami losu, bez lęku przed samotnością, do końca wierny swej dociekliwej myśli. Można było przemilczeć, tolerować lekceważąco żyjącego, ale spętanego policyjnym nadzorem; gdy umarł, fizyczne odgrodzenie przestawało działać, a pamięć rozbudzona wstrząsem śmierci nadała idei nową moc.
Udawana obojętność wobec osamotnionego starego człowieka nie mogła już wystarczyć tym, przeciw którym zwracały się idee Machajskiego. Jakieś resztki rewolucyjnego sumienia, a może wprost niedopatrzenie cenzora, pozwoliły na ukazanie się w „Izwiestiach” wiadomości o śmierci w tonie obiektywnej informacji o zmarłym; w kilka dni później ukazał się w moskiewskiej „Prawdzie” duży artykuł poświęcony już nie człowiekowi, ale jego dziełu. Tytuł wymowny: „Pamięci machajszczyzny”. Jest to próba przezwyciężenia koncepcji zmarłego, który jak głoszą pierwsze słowa artykułu – „zostawił w naszym ruchu robotniczym głęboką bruzdę”. Autor, N. Baturin, usiłuje ten znak zostawiony przez Machajskiego zaorać, zrównać, by nie przeszkadzał formowaniu się nowego ustroju Rosji.
Trudne zadanie uprościł sobie Baturin utożsamiając idee Machajskiego wbrew rzeczywistości z anarcho-syndykalizmem i oskarżając o kierowanie ataków „nie tyle przeciwko kapitalistycznej eksploatacji, ile przeciwko socjalizmowi, nie tyle przeciw burżuazji w ogóle, ile przeciwko inteligencji jako przedstawicielce pracy umysłowej i zwłaszcza przeciwko inteligencji socjalistycznej”. Dalej idą oskarżenia o dążenie do skierowania ruchu robotniczego wyłącznie na tory walki o bezpośrednie interesy materialne robotników, oskarżenia o hołdowanie koncepcjom „ekonomizmu”, o to, że machajszczykom było obojętne, jakie rządy sprawują władzę, o to, że nie chcieli zajmować się organizacją produkcji, odwracali się od walki politycznej i mianowali socjalistyczną inteligencję przyszłymi organizatorami wyzysku klasy robotniczej.
Najwidoczniej bez takiego zafałszowania i wykoślawienia koncepcji Machajskiego trudno było panującej partii zwalczać wyrastające z obserwacji kształtujących się stosunków przekonanie o słuszności wielu ocen zjawisk społecznych i przewidywań zmarłego. Machajski i jego uczniowie nie przemilczali kapitalistycznej eksploatacji, tylko ostrzegali przed zachowaniem systemu wyzysku robotników po rewolucji dokonanej siłą tej klasy; nie łagodzili krytyki burżuazji, lecz przeciwstawiali się uproszczonemu, schematycznemu pojmowaniu, iż tylko kapitaliści stoją w antagonizmie do robotników, wskazując, że całe oświecone społeczeństwo z inteligencją włącznie przeciwstawia się wyzwoleńczym dążeniom proletariatu; nie uprawiali „ekonomizmu”, odrzucającego metody walki rewolucyjnej w myśl teorii o automatycznym wchodzeniu w epokę socjalizmu (nikt może tak zdecydowanie, jak Machajski, nie przeciwstawiał się koncepcjom automatyzmu ewolucji), lecz wzywali do permanentnej walki o zrównanie robotników z oświeconym społeczeństwem; nie przeciwstawiali się walce z istniejącym ustrojem politycznym, tylko w walce tej chcieli iść dalej, cięgle dalej, nie zadawalając się etapami wyznaczonymi przez ukonstytuowanie takiej czy innej władzy, zawsze, według koncepcji machaizmu, zwracającej się przeciw równościowym dążeniom mas pracujących.
Do tej serii zarzutów fałszujących istotę machaizmu centralny organ partii bolszewickiej nie powstrzymał się dodać oszczerstwa, że machajszczycy „nawet klasę robotniczą uznali za klasę uprzywilejowaną reakcyjną i zdemoralizowaną przez propagandę socjalistyczną. Prawdziwą awangardę widzieli w bezrobotnych, włóczęgach, a nawet w chuliganach”. Analiza wewnętrznego zróżnicowania klasy robotniczej, stwierdzenie, że jej część wiążę się z klasami posiadającymi, że podlega ona korupcji stosowanej wobec najaktywniejszej i najwyżej wykwalifikowanej warstwy robotników, to wcale nie to samo, co uznanie całej klasy robotniczej za reakcyjną i zdemoralizowaną. Szukanie zaś w najbardziej upośledzonych warstwach proletariatu siły zdolnej do przezwyciężenia tych elementów słabości wcale też nie oznacza pasowania ich na „awangardę”. Czego jak czego, ale „awangardy” elity klasy robotniczej, „przyuczonych robotników”, obawiali się właśnie najbardziej machajszczycy, widząc w wyłanianiu się takich grup formowanie ośrodków konserwatyzmu i powiązań z „oświeconym społeczeństwem”. Prawda, że Machajski i jego uczniowie nie przyłączali się do chóru obrońców porządku przeciw bandytom i chuliganom. Widzieli w nich ofiary złych stosunków społecznych, „dziką reakcję” na panujące zło – jak to określił Machajski, chcieli leczyć chorobę u jej źródła bez utożsamiania się z policją i obrońcami istniejącego ładu.
Koncepcje Machajskiego wymagały głębokiej i rzeczowej krytyki, do jakiej propaganda bolszewicka nie była zdolna. Usiłowała więc przesłonić pośmiertny obraz Machajskiego karykaturą jego poglądów, wytaczając argumenty mające działać na wyobraźnię członków partii i bezpartyjnych robotników. Było to zadanie pilne, bo idee rzucone przez rewolucyjnego heretyka znajdowały żyzny grunt w tworzących się nowych stosunkach społecznych.
Koncepcje Machajskiego nie otrzymały organizacyjnego wcielenia, były zda się bezsilne wobec całego aparatu władzy, ale idee, gdy mają odpowiednik w życiu społeczeństwa, stają się groźne i bez sieci organizacyjnej. Zdawał sobie z tego sprawę Baturin, pisząc: „machajszczycy pobici w jednym miejscu, nierzadko stawali się na chwilę bohaterami w innym zakątku kraju”. Nie mamy żadnych danych, by sądzić, że to byli machajszczycy rozumiani jako zorganizowana siła. Pod tę nazwę podciąga najwidoczniej Baturin powstające tu i ówdzie ośrodki żywiołowego oporu, podejmujące pewne myśli machaizmu. Starając się odkryć przyczyny „tej – jak pisze – względnej żywotności machajszczyzny i jej, chociaż przejściowych, ale długotrwałych sukcesów”, dał mimo woli pełne potwierdzenie jednej z tez Machajskiego o inteligenckim charakterze rosyjskiego socjalizmu w końcu XIX i początkach XX stulecia. W artykule Baturina czytamy: „Machajszczycy uderzali w najbardziej czułe miejsca naszych organizacji konspiracyjnych… wykorzystywali te nienormalne stosunki w życiu podziemnym, które istniały między silnie zakonspirowanym ośrodkiem centralnym a robotniczą peryferią”. Z tej to właśnie sprzeczności między robotniczym mianem partii a inteligenckim charakterem jej organów, decydujących o wszystkim, Machajski wysnuł swe konkluzje o socjalizmie jako najlepszym wyrazie ideologicznym interesów nie tyle robotników, co inteligencji.
W legendzie ludu rosyjskiego jedynym sposobem na zniszczenie straszącego ludzi upiora jest przybicie go do ziemi osikowym kołem. Artykuł w „Prawdzie” miał spełnić tę rolę: „wystarczy zdemaskować machajszczyznę… by przybić ją do ziemi osikowym kołem”, pisał Baturin, zapominając o własnych słowach wypowiedzianych uprzednio o upartym ujawnianiu się machajszczyzny w różnych punktach Rosji. Osikowy kół nie działał na upiora, który straszył rządzących.
Przeszły pierwsze pięciolatki. Dwanaście lat minęło od śmierci Machajskiego. Przeprowadzane „pierwotne nagromadzanie kapitału” wiązało się z okrucieństwem i spętaniem swobody człowieka. Przypominały się złowrogie uwagi Bakunina: „Najgorszy ze wszystkich jest despotyzm doktrynerów i religijnych proroków; są oni tak zazdrośni o sławę swego boga i triumf swej idei, że nie zostało w ich sercach miejsca dla wolności, godności człowieka, a nawet dla cierpień ludzi żywych, ludzi rzeczywistych”. Zrealizował się nakreślony przez Machajskiego obraz więzienia, którego dozorcami zostali byli rewolucjoniści, doprowadzający do niebywałej perfekcji sztukę niszczenia człowieka. Siłą rzeczy i inne jego wskazania musiały zyskiwać szeroki odgłos. Widmo Machajskiego nie schodziło sprzed oczu sprawujących władzę. Znów trzeba było sięgnąć po osikowy kół.
14 listopada 1938 roku partia bolszewicka usiłuje raz jeszcze „wykarczować resztki machajszczyzny”, nakazując uchwałą Komitetu Centralnego wszystkim organom partyjnym „położyć kres machajszczykowskiemu antyleninowskiemu stosunkowi do inteligencji”. W ślad za tym postanowieniem najwyższego kierownictwa partii „Prawda” ogłosiła 18 listopada obszerny artykuł poświęcony Machajskiemu i machajszczyźnie. Zaczyna się on od stwierdzenia wzrostu zainteresowania tym tematem, o czym mają świadczyć „liczne listy do redakcji i organizacji partyjnych w Moskwie, Leningradzie i w innych miastach, proszące o wyjaśnienie rzeczywistego znaczenia machajszczyzny”.
Bez względu na to, czy takie listy napływały naprawdę do redakcji i organizacji partyjnych, czy też był to tylko chwyt publicystyczny dla usprawiedliwienia nagłego zainteresowania się tą tak dawno, zdawałoby się, pogrzebaną sprawą, jest jasne, że problemy którym dał wyraz Machajski pozostały wciąż żywe i budzące niebezpieczeństwo. Odpowiedź redakcji (aż 420 wierszy zwartego tekstu!) jeszcze wyraźniej, niż N. Baturin, unika poważnej dyskusji, ograniczając się do ordynarnych wymyślań. Machaizm określony został jako koncepcja „dzika, chuligańska i szkodliwa dla państwa sowieckiego”. Szerzenie chuligaństwa i wrogiego stosunku do sowieckiej inteligencji stanowi dla redaktorów „Prawdy” istotę idei Machajskiego. W takim oszczerczym ujęciu poszli oni dużo dalej, niż Baturin, który pisał wtedy, gdy jeszcze nie zapadła się ziemia na świeżej mogile i żyli bliscy Machajskiemu ludzie. Oszczercy teraz niczym się już nie krępują: „machajszczyzna zespoliła się ideologicznie z czarną sotnią… opiewała krwawe wyczyny »pogromszczyków«… wszystkie jej sympatie były po stronie chuliganów i band czarnej sotni”. Obelgi takie wskazywały wyraźnie na zdenerwowanie kół kierowniczych partii wiecznym zjawianiem się upiora.
W bełkocie zaprawionym lękiem przewijają się jednak myśli i stwierdzenia zasługujące na uwagę. Chcąc zwalczyć antyinteligenckie teorie machajszczyzny, redakcja „Prawdy” przeciwstawia im stalinowskie orzeczenie, głoszące, że inteligencja nie jest klasą społeczną, lecz „międzywarstwą” (prosłojka). Przypomina też zabiegi Lenina a potem Stalina, by zachować współpracę „speców”, i przedstawia idylliczny obraz zaniku różnicy między pracą fizyczną i umysłową, bo – jak orzekł Stalin – naród sowiecki będzie się niedługo składał z samej inteligencji. Tymczasem – pisze „Prawda” – mamy „recydywę machajszczykowskiego chuligańskiego stosunku do sowieckiej inteligencji, do naszych kadr”. W czym się to przejawia? Odpowiedź redakcji jest jasna: „dotychczas żyją przesądy, wystarcza, że stachanowiec przechodzi od warsztatu do biura, by stał się w oczach jakiegoś głupca człowiekiem innego gatunku. Wystarczy, że młody robotnik wstępuje do instytutu naukowego, by spotkał się z zarzutem tegoż głupca, iż odrywa się od mas… Wyraża się w tym nacisk zgniłych, zacofanych, nieświadomych elementów, złośliwych łobuzów wzdychających do równości zarobków (»urawniłowki«), którzy nie chcą własnego rozwoju kulturalnego, nauki, posuwania się naprzód wraz z całym narodem sowieckim”.
To wystarcza dla zrozumienia żywotności idei Machajskiego w masach rosyjskiego proletariatu. Wyrażały one opór przeciw stachanowskim metodom organizacji pracy, przeciw systemowi protekcji, forytowania lizusów, przeciw całemu ustrojowi nierówności społecznej, ukoronowanemu niebywałą na świecie rozpiętością zarobków między zwykłym robotnikiem a „przodownikiem pracy”. System ten nagradzający ponadto wybranych przywilejami szerokich świadczeń w naturze i najdalej idących udogodnień życiowych, potwierdzał zasadniczą tezę Machajskiego, że walka robotnicza nie kończy się z chwilą, gdy jakiś rząd ogłosił się za robotniczy. „Recydywa” machajszczyzny jest wyrazem tej potrzeby w stosunkach sowieckich. Żaden osikowy kół nie zabije upiora, który straszy i będzie straszył nowych menedżerów.
Wacław Machajski i jego pokolenie rewolucjonistów miało ambicję zostawienia po sobie twórczego śladu, który w bezmiarze rozmaitości bytu ludzkiego wymierza zbliżenie ku udoskonaleniu człowieka i warunków jego gromadnego istnienia. Najwyższym nakazem moralnym była zgodność słowa z sumieniem a działania ze słowem. Niewielu dane było przypieczętować wielkie osiągnięcie własnym imieniem i zdobyć się na pełny wierność samemu sobie. Bruzda wyorana trudem życia Machajskiego w świadomości społecznej i jego pełna zgodność między działaniem i myślą – dały trwałą spuściznę.
[…]
Nie będąc ani mówcą wiecowym, ani działaczem wiążącym ludzi do wspólnego działania, był przede wszystkim myślicielem obdarzonym wyczuleniem na krzywdę, czujnie reagującym na wszelką sprzeczność w myśleniu i zdolnym do jej natychmiastowego przezwyciężenia. Miał też dar spojrzenia w przyszłość, wyśledzenia w teraźniejszości ukrytych i pozornie niewinnych zarodków konsekwencji, jakie zagrożą w przyszłości celom wyznaczanym przez rewolucjonistów, którzy w sofistycznej dialektyce rządzących zdolni będą zamienić tak na nie i nie na tak. Te dary natury sprawiły, że w sto lat od urodzin i w czterdzieści od śmierci Machajski staje przed nami jako siewca idei i myśli krytycznej odnajdywanej w aktualnych koncepcjach.
Cały wielki spór o cele, metody działania i organizację proletariatu, toczący się od dziesiątków lat w ruchu robotniczym, zagaiła broszura hektografowana w Wilujsku. Wydobyła ona i umieściła na porządku dziennym współczesnej myśli społecznej problemy, które wprawdzie znajdowały już wyraz w publicystyce i pogłębionych teoretycznie studiach pisarzy anarchistycznych, były to jednak albo surowe sądy o istniejących stosunkach, albo wyloty w marzenia bez liczenia się z rzeczywistością. Machajski postawił te same problemy w konfrontacji z konkretnymi zjawiskami ruchu robotniczego, nie pozwalając zepchnąć ich na margines czysto abstrakcyjnej gry wyobraźni. Permanentna rewolucja czy socjalizm w jednym kraju; woluntaryzm rewolucyjny czy empiryzm ruchu masowego; realizacja socjalizmu przez dyktaturę proletariatu czy tylko zmiana ekipy rządzącej w łonie tego samego „oświeconego społeczeństwa” – wszystkie te zagadnienia absorbują myśl ludzi szukających rozwiązań dla naszej połowy XX stulecia. Sformułowane przez Machajskiego, często w formie brutalnej, określają po dziś, jak surowe kamienie fundamentu, wszelkie konstrukcje przyszłych rozwiązań.
Permanentna rewolucja – jako problem ideologii i taktyki ruchu proletariackiego – stanowi dziś kamień niezgody w ruchu komunistycznym, wchodząc, na swój sposób empiryczny nieustannego przekształcania stosunków społecznych, również do koncepcji socjalistycznej. W swym wyrazie klasycznym rewolucja permanentna znalazła apologetę w Leonie Trockim. Przyznaje on w swych wspomnieniach syberyjskich, że pierwsza część „Robotnika Umysłowego” [autorstwa Machajskiego], czytana z hektograficznej odbitki na syberyjskim zesłaniu, wywarła na nim wielkie wrażenie swą wnikliwą krytyką socjaldemokratycznych pojęć zastępujących rewolucję przez zdobycze cząstkowe. U podstawy tej krytyki leżała myśl o rewolucji ciągłej, nie zatrzymującej się na etapach częściowych zwycięstw. Trocki w 1922 r. tak reasumuje swoją teorię „permanentnej rewolucji”: „To skomplikowane miano oznaczało myśl, że rewolucja rosyjska, która w swych celach natychmiastowych była rewolucją burżuazyjną, nie powinna się na tym zatrzymać. Rewolucja nie osiągnie swych celów, jeśli nie wyniesie proletariatu do władzy”.
Stojąc na tym stanowisku Trocki przeciwstawiał hasło dyktatury proletariatu mienszewickiemu i bolszewickiemu hasłu (w 1905-6 roku) „dyktatury demokratycznej”. Przypomnijmy zarzuty Machajskiego pod adresem rosyjskiej socjaldemokracji, że chce ona zatrzymać rewolucję na jej burżuazyjnym etapie. Trocki głosi konieczność przezwyciężenia tego etapu i ciągłego rozwoju rewolucji w skali międzynarodowej. Ale ciągłość ta, permanentność rewolucji kończy się dlań powszechnym zwycięstwem dyktatury proletariatu. Taki sam był tok myśli Machajskiego w pierwszej fazie, gdy głosił Zmowę Robotniczą, na całym świecie realizującą „rewolucyjną dyktaturę proletariatu”, ale w dalszym rozwinięciu swej myśli doszedł on do jej logicznych krańców, do hasła rewolucji również przeciw „dyktaturze proletariatu”, którą potraktował jako odrębną formę władzy tego samego „oświeconego społeczeństwa”.
Ten kapitalny element koncepcji Machajskiego znalazł współczesny wyraz w rozprawie Jamesa Burnhama pt. „Rewolucja menedżerów”. Autor wziął przewidywania Machajskiego jako podstawę dla tezy głoszącej, że nadchodząca rewolucja nie przyniesie zastąpienia kapitalizmu przez socjalizm, lecz przez władzę menedżerów, dyrektorów kierujących już dziś w coraz większym zakresie życiem społeczeństwa jako przedstawiciele bądź państwa, bądź też anonimowego kapitału. Teza ta oparta jest na analizie przeprowadzonej przez Machajskiego, tylko że Burnham przyjął jako nieuniknioną konsekwencję rozwoju społecznego i gospodarczego właśnie to, przed czym Machajski ostrzegał klasę robotniczą.
A zatroskanie ideologów i działaczy ruchu robotniczego przejawami biurokratyzacji organizacji proletariackich, nie mówiąc już o wypadkach szczęśliwie rzadkich, ale alarmujących, gdy całe organizacje zawodowe wpadają w ręce zwykłych gangsterów, albo o przykładach bardziej powszechnych, gdy przekształcają się one w maszynę do podnoszenia zarobków pozbawioną jakiejkolwiek ideologii, stosującą natomiast wielkokapitalistyczne obyczaje, które przewidują wynagradzanie przywódców na równi z menedżerami kapitalistycznymi, by nie ulegali pokusie gry na dwa fronty? Pisma Machajskiego i tu dały ostrzeżenia, chociaż daleko było jeszcze do zjawisk, które zaprzątają myśl działaczy i badaczy ruchu robotniczego w naszej epoce.
Nie jest zresztą ważne, czy idea rewolucji permanentnej w jej trockistowskim lub chińskim wydaniu, czy też przewidywania Burnhama o charakterze nadchodzącej rewolucji, czy wreszcie ostrzeżenia przed biurokratycznym zwyrodnieniem ruchu robotniczego zaczerpnięte zostały wprost z pism Machajskiego. Istotne jest to, że jego pisma spełniły rolę ideologicznego fermentu, zaczynu myśli krytycznej i dały osnowę dla dalszego i obecnego traktowania zagadnień społecznych. W tym jest zwycięstwo myśliciela-rewolucjonisty.
Oczywiście, tyrady wymierzone przeciwko ruchowi socjalistycznemu przez Machajskiego były często niesprawiedliwe, krzywdzące, nieraz zaprawione złośliwością i żółcią. Ale kto dziś nie przyzna, że krytyka Machajskiego pod adresem ruchów rewolucyjnych i wolnościowych XIX i początku XX wieku uderzała często bardzo celnie, wydobywając na jaw skryte tendencje dalekie od głoszonych celów? Duch ludzki wyćwiczył się w ukrywaniu przed świadomością jednostek i zbiorowisk podskórnych pobudek egoizmu i wygodnictwa pod błyszczącym pokostem wielkich idei. Zrywanie tej powłoki musiało zadawać ból niejednemu z nas, nie bez cierpienia przychodziło ono zapewne i Machajskiemu w rozprawie z własnym sumieniem. A przecież bez takiej krytyki musiałaby zapanować w środowiskach rewolucyjnych pustka myślowa, rutyna techniczna, musiałoby triumfować panowanie sloganu bez troski o prawdę, nawet w pogardzie dla prawdy i jej poszukiwania. Okres stalinowskiego niszczenia krytyki tym właśnie się odznaczył.
Chyba ostatni już spośród obrońców wielkich mitów XIX stulecia – mitu Proletariatu reprezentującego wszelkie dobro i mitu Rewolucji niosącej samo dobro – Machajski stał u zmierzchu gorącej w nie wiary. Wszystko co pisał było w istocie wyrazem piekącego żalu za rozwiewającymi się snami i rozpaczliwego wysiłku ich ratowania. Ujrzał perspektywy nowego oszustwa mas i nadużycia ruchów rewolucyjnych dla celów obcych proletariatowi. Widział rozszczepienie między ideologią a polityką, wskazywał na uzurpowanie przez inteligentów i „przyuczonych robotników” prawa do przemawiania w imieniu całej klasy robotniczej. Były w tym jednocześnie trzeźwość obserwatora życia społecznego i jasnowidztwo natchnionego wyznawcy swej wiary.
[…]
Po raz pierwszy bodaj z nazwiskiem Machajskiego zetknąłem się w rozmowie z Kajetanem Niedźwiedzkim, wiele ode mnie starszym towarzyszem, zwanym w naszym gronie po prostu Kajtusiem. Wyszedł on spośród rozbitków drugiego „Proletariatu”, przeszedł przez koła PPS, by w czasach po rewolucji 1905 roku znaleźć się w jej odłamie noszącym nazwę „PPS Robotnicza”. Po odzyskaniu niepodległości powrócił do PPS i osiadł w Piotrkowie.
Kiedyś wybraliśmy się razem na spacer pustą zwykle ścieżką „na budkach”, wzdłuż toru kolejowego, ciągnącą się aż hen po lasy wolborskie. Niedźwiedzki miał piękną podłużną twarz o rzeźbionych subtelnie rysach i oczy, w których błąkało się rozmarzenie, a może zapatrzenie w sprawy niedostępne wzrokowi. Szedł koło mnie i opowiadał tonem nieco drwiącym o pomyłkach swego życia. Ironiczne tony nie przeszkadzały wyczuć, że te pomyłki były mu drogie, jak pamięć o „głupiej” pierwszej miłości. Nie były one odejściem od prawdy, lecz zejściami z drogi zatarasowanej potężnymi przeszkodami. Gdyby jednak starczyło siły i woli do podkopywania zapór…
Niedźwiedzki mówił o sprawie, która wywoływała zapalczywe dyskusje w kółkach uczniowskich i studenckich w latach poprzedzających pierwszą wojnę światowa:
– Po okresie uniesień rewolucyjnych dostrzegliśmy, że nie biją jednym rytmem serca przywódców i szeregowych robotników. Robotnik pozostawał w swoim ciasnym świecie pojęć, stosunków towarzyskich, nawyków myślenia i ocen. Zrywał z nim faktycznie nawet tak zwany robotnik uświadomiony, gdy zaczynał się wspinać po drabinie partyjnej hierarchii. Nigdy doń nie zaszedł żaden inteligent. Największy wysiłek ze strony inteligenta nie mógł obalić dzielących go od tego świata barier. Mógł sam zostać robotnikiem, mógł zerwać z inteligenckim otoczeniem, z rodziną, przyjaciółmi – zawsze przecież w istocie pozostawał tym, który składa z siebie ofiarę, a nie zwykłym człowiekiem, buntującym się przeciw własnemu losowi, takiemu samemu jak los innych.
Niedźwiedzki ciągnął dalej:
– A przecież nie wszyscy umieli i chcieli identyfikować się z robotnikami. Iluż było takich, którzy traktowali swe rewolucyjne rzemiosło podobnie, jak traktuje swą rolę oficer zawodowy, którego obowiązkiem jest uczyć szeregowców i komenderować nimi. Uczeń czy podkomendny rzadko może traktować swego mistrza jako równego mu człowieka.
Gdzieś w takim wywodzie padło z ust Kajtusia nazwisko Machajskiego:
– Ten to rozumiał i szukał sposobu przezwyciężenia sprzeczności naszego ruchu i uczynienia z proletariusza pełnego władcy swego losu. Nasza grupa nie wchodziła w zawiłe dociekania socjologiczne, lecz wyciągnęła prosty, zapewne prymitywny wniosek: trzeba, żeby na czele stali tylko robotnicy. Przylgnęła do nas etykieta wrogów inteligencji w ruchu robotniczym. No, czasem można się było natknąć na przejawy takiej wrogości, ale w rzeczywistości chcieliśmy tylko, by inteligent, wchodzący do ruchu robotniczego z pobudek serca czy rozumu, włączał się do niego jako pomoc, a nie jako wódz robotników.
Niedźwiedzki zatrzymał się i patrząc mi w oczy wyznał:
– Cóż, ja jako inteligent tak rozumiałem swą rolę. Lecz jednak, choć moim szefem był wyrobiony robotnik, z zawodu tapicer, całą grupą ja właściwie kierowałem, jak jakaś szara eminencja… Machajski to rozumiał. Był jasnowidzem i prorokiem. Jasnowidzem buntującym się przeciw tej fatalności i prorokiem idących za tym konsekwencji.
Zygmunt Zaremba
Powyższy tekst to fragmenty książki „Słowo o Wacławie Machajskim”, Księgarnia Polska, Paryż 1967. Pominięto przypisy i poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.
Współczesna lewica, parafrazując znany aforyzm Ciorana o Europie, to zgnilizna, która ładnie pachnie, uperfumowany trup.
„Heweliusz” pokazuje, jakim koszmarem jest życie w kraju zdominowanym przez układ.