Snobizm epoki i seksualny socjalizm

·

Snobizm epoki i seksualny socjalizm

·

***

Dla uproszczenia przyjmijmy, że chodzi o płot zagradzający drogę. Nowoczesny typ reformatora podbiega do niego w podskokach i oznajmia: „Nie widzę żadnego pożytku z tego płotu. Usuńmy go!”. Bardziej inteligentny reformator powinien na to odpowiedzieć: „Jeśli nie widzisz pożytku z tego płotu, na pewno nie pozwolę ci go usunąć. Odejdź i pomyśl. Kiedy wrócisz do mnie i powiesz, że widzisz sens jego istnienia, wówczas może będzie wolno ci go zniszczyć” – Gilbert Keith Chesterton, przeł. J. Rydzewska

Brytyjska publicystka i działaczka przeciwko przemocy seksualnej Louise Perry, pomimo młodego wieku szybko stała się czołową heretyczką zachodniego feminizmu. W „Rozprawie przeciwko rewolucji seksualnej” nie tylko stawia obrazoburczą tezę, zgodnie z którą biologia istnieje, ale także – o zgrozo! – konsekwentnie wyciąga z tego wnioski o charakterze społecznym i politycznym. Warto prześledzić jej argumentację krok po kroku, bo w sposób klarowny, przekonujący i dobrze osadzony w literaturze autorka obnaża największe absurdy liberalnego feminizmu, który z czarującą uszczypliwością nazywa „thatcheryzmem seksualnym”.

Różnica płciowa i to, co powyżej szyi

Gdy negujemy biologiczne różnice między mężczyznami i kobietami, ignorujemy problem, który w kontekście przemocy seksualnej jest absolutnie najistotniejszy: przeciętny mężczyzna jest w stanie gołymi rękami zabić przeciętną kobietę. Wbrew zarzutom thatcherystek seksualnych Perry nie odnosi się tutaj do stereotypu płciowego, ale do statystyk dotyczących siły fizycznej i wytrzymałości, które szczególnie widoczne stają się w górnym kwartylu badanych. Autorka nie należy do grona histerycznych konserwatystów, którzy poświęcają całe życie na spory o udział osób transseksualnych w sportowych kategoriach kobiecych. Ale nie unika tego przykładu, kiedy chce urealnić ideologicznie zamroczone feministki – wcale nie po to, by prowadzić kampanie dotyczące sportu, lecz aby uzmysłowić nam, że w większości przypadków napaści na tle seksualnym kobieta nie jest w stanie sama obronić się przed mężczyzną, który nie potrafi poddać się samoograniczeniu.

Perry idzie jeszcze dalej, udowadniając, że biologiczne różnice dają o sobie znać również „powyżej szyi” – z taką konstatacją mają z kolei problem feministki radykalne, które nawet jeśli przyjmują do wiadomości płciową odrębność biologiczną, to różnicę w zakresie struktury psychicznej traktują już zwykle jako „konstrukt kulturowy”. Na tym gruncie Perry wykonuje gest kontrintuicyjny i tylko pozornie niezrozumiały, a mianowicie sięga do psychologii ewolucyjnej – obszaru badań, który w kręgach feministycznych uchodzi za pseudonaukowy i skompromitowany. W ten sposób autorka wykazuje, że na reputację psychologii ewolucyjnej wpływ mieli zarówno związani z manosferą manipulanci, jak i feministki, które zamiast formułować kontrargumenty przeciwko skrajnie seksistowskiej wizji świata, po prostu wytworzyły wokół tej dziedziny aurę „szurstwa”, choć same stały na stanowisku denializmu biologicznego. Jeżeli tak wiele osób o lewicowo-liberalnych poglądach uznaje istnienie „długiego trwania” w historii, to dlaczego mają one tak wielką trudność z uznaniem różnicy płciowej w zakresie struktury psychicznej, za którą odpowiada proces ewolucyjny?

Podstawowa teza Perry w tym zakresie jest w gruncie rzeczy bardzo prosta i nie powinna budzić szczególnych kontrowersji: kobiety uprawiają seks inaczej niż mężczyźni. Dostrzegając wszelkie odstępstwa od norm i wyjątkowe przypadki, autorka sięga do badań statystycznych dotyczących preferencji seksualnych, by wskazać uśrednione, najczęściej występujące wartości. Jej celem nie jest więc udowodnienie tego, że wszyscy mężczyźni są socjoseksualni i wszystkie kobiety preferują seks z jednym partnerem – Perry twierdzi wręcz, że nie istnieje coś takiego jak „przeciętny mężczyzna” i „przeciętna kobieta” – ale tego, że uogólnienia możemy stosować w odniesieniu do większości przypadków. Statystyki dotyczące seksualności mężczyzn i kobiet układają się w dwie krzywe Gaussa, które są niemal całkowicie antynomiczne.

Takie wyniki można bardzo łatwo wyjaśnić, sięgając właśnie do psychologii ewolucyjnej. Od wieków seks wiązał się z większą odpowiedzialnością kobiet, które ryzykowały zajście w ciąże i podporządkowanie całego życia dziecku. Podczas gdy kobieta w wieku reprodukcyjnym była w stanie urodzić maksymalnie jedno dziecko w ciągu roku, mężczyzna mógł zapłodnić w tym czasie dowolną liczbę kobiet. Silniejsza potrzeba wyboru odpowiedniego partnera przez kobietę wydaje się zatem czymś w stu procentach rozsądnym i racjonalnym. Rewolucja seksualna i wprowadzenie do obrotu pigułki antykoncepcyjnej były w tym sensie prawdziwym trzęsieniem ziemi. Ale czy możemy oczekiwać, że pod wpływem narracji kulturowej i technologii społecznej w ciągu niespełna siedemdziesięciu lat całkowicie zmieni się ludzka psychika?

Perry odpowiada przecząco i wykonuje demaskujący gest, którym poważnie naraża się seksualnym thatcherystkom. Twierdzi mianowicie, że pigułka antykoncepcyjna nie była wcale technologią, która wyzwoliła kobiety z gorsetu pruderyjności i pozwoliła im docenić przyjemność seksualną. Była technologią, która odebrała im ostateczny argument przeciwko niepohamowanym żądzom mężczyzn – ten sam argument, który na poziomie społecznym egzekwował ścisłą regulację socjoseksualnych zachowań preferowanych przez płeć męską. Antykoncepcja, która miała przede wszystkim pozwolić na uniknięcie niechcianej ciąży, ostatecznie stała się tym, co wymuszało na kobietach, by uprawiały seks „jak faceci”, a tym samym działały w sprzeczności z intuicją moralną i odziedziczoną konstrukcją psychiczną.

Pułapki „zgody”

Wbrew zarzutom, jakie wobec Perry wysuwają kręgi lewicowo-liberalne, autorka wcale nie postuluje powrotu do konserwatywnej moralności lat 50. – twierdzi wręcz, że nie jest to ani możliwe, ani pożądane. Jednak z zaprezentowanych powyżej rozpoznań wyciąga inne daleko idące wnioski. Formułuje krytykę, która uderza w sam rdzeń seksualnego thatcheryzmu, z jego absurdalnym, przerysowanym pojęciem wolności indywidualnej. I właśnie dlatego autorka ściąga na siebie gniew feministek. Według Perry rewolucja seksualna lat 60. ustanowiła paradygmat kulturowy, który w napastliwy sposób nakłania kobiety do tego, by „ruchały się jak faceci” – w czasopismach kobiecych znajdziemy dziesiątki porad na temat tego, jak uniknąć emocjonalnego zaangażowania podczas przygodnego seksu („myśl o kimś innym”, „nie patrz w oczy”), a prawdziwym majstersztykiem ideologicznym w tym zakresie stał się kultowy serial „Seks w wielkim mieście”. Jeśli w uszach czytelnika nadal brzmi to jak zwykły purytanizm, skupmy się na kwestii, która najlepiej przemawia za słusznością wywodu Perry – na słynnej idei „konsentu”.

Podczas gdy większość autorów podejrzliwych wobec tego pojęcia traktowana jest przez feministki jak korwinistyczne złogi społeczne („jak baba mówi «nie», to myśli «tak»), w odniesieniu do Perry z pewnością nie można użyć tego argumentu. Nie skupia się ona bowiem na tym, jak biurokratyczny ideał zgody zniszczył namiętność, lecz na tym, jak duże zagrożenie dla bezpieczeństwa kobiet stanowi głębokie przekonanie – i stojące za nim rozwiązania legislacyjne – że słowo „tak” załatwia sprawę i może w całości zastąpić intuicję moralną. Kobiety, które ze wszech stron otaczane są przez dyskurs promujący socjoseksualność (uprawianie niezobowiązującego seksu z wieloma partnerami), żyją w poczuciu winy, kiedy nie spełniają standardów społecznych. Każda dziewczyna po ukończeniu 16. roku życia, która szybko angażuje się emocjonalnie w relacje romantyczne, okazuje się w jakimś sensie „nienormalna”, a już na pewno nienowoczesna, zanadto cnotliwa, mentalnie małomiasteczkowa. Większość ludzi, gdy znajduje się pod taką presją, gotowa jest iść na duże ustępstwa, również w odniesieniu do własnej autonomii cielesnej. W takich realiach dorastają kolejne pokolenia nastolatek, w miażdżącej większości wykazujących się niskimi potrzebami socjoseksualnymi, a jednak bezlitośnie tresowanych przez media i kulturę do zachowań wyraźnie socjoseksualnych, którym – co najgorsze – towarzyszyć ma nimb „emancypacji”. Przestrzeń do nadużyć staje się więc ogromna, a przed przekraczaniem granic nie chroni już wcale zgoda na seks wyrażona werbalnie. Przykładem, na który powołuje się Perry, jest głośna sprawa Aziza Ansariego, która ujrzała światło dzienne na fali kampanii #MeToo. W 2017 roku aktor umówił się na randkę z kobietą o imieniu Grace, którą później zabrał do domu i natrętnie próbował zainicjować z nią seks, mimo wyraźnego dyskomfortu partnerki. Ostatecznie doszło do seksu oralnego i choć Ansari nie używał siły, to Grace poczuła się wykorzystana i po jakimś czasie opublikowała callout. Ansari tłumaczył się, że „źle odczytał pewne sygnały”, a ostatecznie otrzymał przecież zgodę na stosunek, ale intuicja moralna wyraźnie podpowiada nam, że zachował się niewłaściwie. Wykorzystał swoją pozycję celebryty w warunkach kulturowych, w których absolutnie oczywiste jest to, że osoby takie jak on uprawiają seks na pierwszej randce – oczywiste było to również dla Grace, która czułaby się winna, gdyby tego wieczoru Ansari nic od niej nie dostał.

Powyższy przykład jest nieoczywisty i może relatywizować pewne kwestie, skoncentrujmy się zatem na czymś bardziej jednoznacznym. Perry pokazuje wprost, że normalizacja parafilii takich jak BDSM, w żadnym wypadku nie sprzyja kobietom, a już na pewno nie wzmacnia ich pozycji społecznej. Po pierwsze, autorka kwestionuje fakt, jakoby ktokolwiek z nas był w stanie funkcjonować, posiadając dwie niezależne od siebie tożsamości: jedną w życiu społecznym, a drugą w sypialni. Jeśli podnieca cię przemoc, to nie ma żadnego znaczenia, czy na przemocowe zachowania seksualne otrzymujesz zgodę od swojej partnerki – najwyraźniej jesteś skłonny do przemocy seksualnej.

Ponownie: jeśli ten argument kojarzy się czytelnikom z wiktoriańskim purytanizmem, przyjrzyjmy się realnym konsekwencjom. To samo zachowanie, które w pewnych okolicznościach spełniać będzie wszystkie warunki przemocy domowej, w innych będzie zupełnie normalnym, konsensualnym seksem. Nie jest to czysto teoretyczny problem, który sprowadzałby się do sporu o definicje. Perry pracowała przy kampanii We Can’t Consent to This – w jej ramach udokumentowano sześćdziesiąt siedem (sic!) zabójstw na obszarze Wielkiej Brytanii, z których sprawcy tłumaczyli się w sądzie, używając argumentu „konsensualnego”. Ich zdaniem śmierć następowała na skutek „nieudanej gry erotycznej”. Dane, które działaczki zgromadziły w ramach kampanii, wskazują na dwie niepokojące tendencje: 1. po roku 2000 wyraźnie wzrosła liczba spraw sądowych związanych z ostrym seksem; 2. sprawcy przemocy z roku na rok coraz częściej wygrywają sprawy sądowe i unikają konsekwencji, powołując się na preferencje seksualne (obecnie niemal połowa spraw tego rodzaju nie kończy się wyrokiem skazującym). Wniosek jest dość prosty: w wyniku usunięcia ciężaru moralnego z intuicyjnego sposobu postrzegania nadużyć i przesadnej wiary w autonomiczną decyzję jednostki w ostatnich dwóch dziesięcioleciach sądy zaczęły sprzyjać sprawcom przemocy seksualnej.

Czy oznacza to, że nie istnieją kobiety, które podniecają zachowania przemocowe, a zgoda na praktyki tego rodzaju wiąże się wyłącznie z narzuconym paradygmatem kulturowym? Nic z tych rzeczy, Perry w ogóle nie neguje faktu, że pewne pragnienia mogą mieć dla kobiet zgubny charakter. Również w tym zakresie widać jednak znaczącą różnicę między płciami: „Jedną z uderzających cech, które są typowe dla płci żeńskiej, jest zaabsorbowanie przejawami lojalności emocjonalnej ze strony partnerów. Ciężarna albo karmiąca piersią kobieta jest nadzwyczaj podatna na zranienie. Zarówno ona, jak i dziecko mają większe szanse na przeżycie, jeśli partner będzie oddany oraz dobrze uposażony. […] Mężczyzna może zademonstrować swoje predyspozycje do wykonania tej roli na różne sposoby, choćby poprzez kupowanie prezentów, poświęcanie uwagi partnerce czy okazywanie życzliwości dzieciom. Swoje oddanie może okazywać również w sposób nieprzyjemny” (s. 165).

Mówiąc krótko, działa tu niebezpieczna, destrukcyjna logika: „jeśli bije, to mu zależy”. Perry powołuje się nie tylko na ogromny sukces komercyjny „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, ale pokazuje, że podobny schemat fabularny – z pominięciem pikantnych wątków parafilskich – od zawsze funkcjonował w słabej literaturze romansowej: przystojny, silny mężczyzna zakochuje się w bohaterce tak bardzo, że robi wszystko, żeby ją zdobyć, staje się kontrolujący i zazdrosny, a z czasem wreszcie ucieka się do przemocy.

Jeśli czemuś winny jest wzorzec kulturowy, który zachęca kobiety, by „ruchały się jak faceci”, to nie temu, że pragnienia związane z przemocą w ogóle istnieją, ale temu, że bardziej akceptowalny społecznie okazuje się pociąg do „łobuza” niż pociąg do „tatuśka”. Te dwa modele męskości w sposób skrajnie odmienny realizują ekspresję emocjonalnego zaangażowania, ale tylko drugi z nich opiera się na regulowaniu męskich skłonności socjoseksualnych i idei opiekuńczości. A ustaliliśmy już przecież, że ideologiczna nadbudowa neoliberalizmu nie zachęca mężczyzn, by pohamowali żądze i zorganizowali swoje życie wokół rodziny założonej z jedną partnerką. Wręcz przeciwnie – to kobiety zachęcane są do tego, by uprawiały przygodny seks z wieloma partnerami i wyzbyły się emocjonalnego zaangażowania. Brzmi to przerażająco, a nawet trochę absurdalnie, ale w takich warunkach niebezpieczna skłonność do przemocy okazuje się domyślnym sposobem, w jaki mężczyzna ma artykułować swoje emocjonalne zaangażowanie w związek.

Pokrętna logika i ucieczka do przodu

Najzabawniejsze fragmenty w książce Perry dotyczą tego, jak seksualni thatcheryści próbują adaptować się do sytuacji, w której ich ideologia zostaje przyparta do muru przez zwykłe fakty biologiczne i głęboką intuicję moralną wciąż tkwiącą w społeczeństwie. Kiedy już nie dało się dłużej zaprzeczać temu, że istnieją kobiety, dla których seksualność ściśle związana jest z zaufaniem i więzią emocjonalną – oczywiście w rzeczywistości jest ich większość – w mainstreamowej prasie funkcjonować zaczęło pojęcie „demiseksualności”. Z rozbawieniem, ale i pewnym niepokojem, autorka wspomina artykuł z „Elle”, w którym opisana została historia dziennikarki, Meryl Williams. Williams od lat „borykała się ze swoją seksualnością” aż w końcu w roku 2016 zetknęła się na Twitterze z kategorią „demiseksualności” i dzięki niemu wreszcie mogła pogodzić się ze swoją orientacją. Co takiego charakterystycznego było w orientacji dziennikarki, czego wstydziła się w swoim środowisku wielkomiejskiej inteligencji? Otóż była ona niezdolna do zachowań socjoseksualnych, podniecał ją jedynie partner, z którym zbudowała więź emocjonalną i przy którym czuła się bezpiecznie. Czyli była po prostu przeciętną kobietą, świadomą swoich emocji i odporną na agresywną propagandę kulturową.

Na końcowych stronach książki znajdziemy też wzmiankę o grupie studentów, którzy w 2020 roku zainicjowali akcję Affirmative Consent Project i zaczęli sprzedawać przez internet „zestaw zgody” za 2,99 dolara. W zestawie znajdowała się prezerwatywa, dwie miętówki i umowa, w której oficjalnie stwierdzano, że niżej podpisani wyrazili zgodę na seks. Twórcy inicjatywy zachęcali, by para robiła sobie zdjęcia z podpisanym dokumentem i publikowała je w sieci – czy coś nam to przypomina? Perry opisuje również postulat dziennikarki Julii Ioffe, która w reakcji na ograniczenie prawa aborcyjnego w Teksasie zaproponowała, by na mężczyzn nałożyć obowiązek wsparcia finansowego dla partnerki, jeśli zajdzie ona w ciążę. W przypadku utrudnionego dostępu do aborcji bardzo sensowne wydaje się to, by na poziomie legislacyjnym zmusić mężczyzn do finansowej odpowiedzialności za wychowanie dzieci, prawda? Rzecz w tym jednak, że mamy już instytucję, która za to odpowiada – nazywamy ją małżeństwem.

I właśnie w konkluzjach „Rozprawy…”, gdzie Perry dokonuje solidnie uargumentowanej obrony małżeństwa, znajdziemy najciekawsze rozpoznania. Klarownie wykazują one, że autorce nie chodzi o prosty powrót do tradycjonalistycznego modelu ról płciowych, ale o ucieczkę do przodu – o przekroczenie ideologii seksualnego thatcheryzmu przy użyciu rozwiązań, których konserwatywny światopogląd może nam dostarczać na nowych warunkach. W tym sensie Perry jest myślicielką historyczną, bo pokazuje, że nawet jeśli dawniej małżeństwo służyło legitymizowaniu i podtrzymaniu władzy mężczyzn (choć nigdy nie był to jego jedyny cel), to we współczesnym paradygmacie kulturowym wzmacnia ono przede wszystkim interes kobiet. Od teoretyków towarzyszących Nowej Lewicy i feministek drugiej fali Perry przejmuje koncepcję małżeństwa jako „konstruktu kulturowego”, a zatem zdaje sobie sprawę, że monogamia nie jest ugruntowana w biologii – a w każdym razie nie w męskich predyspozycjach biologicznych – lecz jest społecznym sposobem regulowania pożądania („Według danych antropologicznych taki system relacji dotyczył tylko około 15% społeczeństw”). Jeśli jednak zgadzamy się co do tego, że życie kolektywne wymaga regulacji prawnych, gospodarczych i instytucjonalnych, to zupełnie niezrozumiałe wydaje się to, że mamy tak duży opór przed regulowaniem życia seksualnego, szczególnie gdy uwzględni się fakt, że istnieją już formy regulacji, które pozwalają przynajmniej częściowo rozwiązywać towarzyszące nam dzisiaj problemy społeczne.

Seksualny socjalizm

Perry wyczerpująco opisuje instytucję małżeństwa jako skuteczny i pragmatyczny instrument prawny, pozwalający zachować równość między kobietami i mężczyznami. W innych miejscach, szczególnie w licznych wywiadach, jakich udzieliła, starała się osadzić małżeństwo w jeszcze innym kontekście, komentując problemy takie jak epidemia samotności czy zagrożenia związane z aplikacjami randkowymi. Właśnie na tym tle pisarka mówi chyba najbardziej fascynującą rzecz na temat związku małżeńskiego, nazywając go – zupełnie serio – „seksualnym socjalizmem”.

Logika, którą podąża Perry, jest całkiem prosta: jeśli chcemy szukać odpowiedzialności za samotność młodych ludzi na poziomie kulturowym, to powinniśmy przyjrzeć się zarówno „seksualnemu thatcheryzmowi”, do którego zachęca się kobiety, jak i ogólnie panującemu przyzwoleniu na promiskuityzm wśród mężczyzn. Cnotą nie jest dziś samokontrola i ograniczenie własnych skłonności socjoseksualnych – współczesny mężczyzna „cnotliwy” może uprawiać seks z wieloma partnerkami, o ile tylko ma na to ich zgodę. Dawniej taki rodzaj braku samokontroli skutkować mógł społecznym wykluczeniem, bo potencjalne partnerki często miały wspólnych znajomych, ich rodziny się przyjaźniły lub mieszkały w podobnej okolicy. W erze zmediatyzowanego „rynku seksualnego” potencjalne partnerki nie muszą mieć ze sobą absolutnie nic wspólnego. Nie powinno nas dziwić, że w takich warunkach społeczeństwa tracą „równowagę płciową” i coraz więcej jednostek żyje w samotności. Incelska subkultura ma wiele na sumieniu, ale gdy jej przedstawiciele powołują się na zasadę Pareto, właściwie mają rację – wyciągają tylko niewłaściwe wnioski. Mężczyźni żyjący w przymusowym celibacie robią co mogą, by choć trochę przypominać 20% „giga chadów”, którym przysługują kontakty seksualne z 80% kobiet. Ale czy małżeństwo i związane z nim samoograniczenie atrakcyjnych mężczyzn do kontaktów seksualnych z jedną partnerką nie zmieniłoby radykalnie zasad tej gry? Właśnie w odniesieniu do takiego fenomenu Perry używa sformułowania „seksualny socjalizm”. Epidemię samotności można interpretować jako skutek kulturowego przyzwolenia na socjoseksualność mężczyzn i kulturowego przymusu socjoseksualności wśród kobiet, które – jeśli preferują monogamiczną, stabilną relację – muszą szukać wymówek w rodzaju „orientacji demiseksualnej”.

„Seksualny socjalizm” jako koncepcja społeczna prowadzi nas do jeszcze poważniejszych – choć przecież zupełnie oczywistych – wniosków. Społeczeństwa monogamiczne charakteryzują się o wiele większą spójnością i trwałością; w społeczeństwach monogamicznych o wiele rzadziej dochodzi do przemocy domowej i morderstw dzieci; w społeczeństwie monogamicznym wyżej cenionym modelem męskości jest facet opiekuńczy, odpowiedzialny i godny zaufania, a nie brawurowy, skłonny do agresji i niestały. Nowoczesna lewica doskonale rozumie, że regulacje gospodarcze i prawne są absolutnie niezbędne, aby zachować spójność społeczną i poprawić jakość życia wszystkich – dlaczego więc ma tak duży problem z zaakceptowaniem zupełnie pragmatycznych zalet wynikających z regulacji w sferze seksualnej?

Współczesne małżeństwo nie odgrywa już dawnej roli, bo w laickiej rzeczywistości nie jest „świętym przymierzem”, którego celem jest reprodukcja, a w społeczeństwie dobrobytu nie jest „pomocą w codziennej walce o przetrwanie”, jaką było w społeczeństwach agrarnych. Od lat 60. XX wieku stanowi ono przede wszystkim „formę samoekspresji”, która pozwala wyrażać miłość i przywiązanie do najważniejszej dla nas osoby (dlatego też nie ma żadnego powodu, by odmawiać go partnerom tej samej płci). Akceptując te kwestie, Perry przestrzega nas, byśmy nie wylewali dziecka z kąpielą – dawne normy, zakazy i regulacje nie były związane z przesądami, lecz z pragmatyką życia codziennego. „Współczesne feministki, które nie znają już świata bez pigułki, łatwo mogą zapomnieć, że w czasach przed wynalezieniem antykoncepcji taki zakaz [seksu przedmałżeńskiego – przyp. D. K.] służył kobiecym, a nie męskim interesom, jako że chronił akurat te osoby, które doświadczały ciężaru (i to dosłownie) pozamałżeńskiej ciąży” (s. 248).

Wbrew temu, co sugerują liberalne krytyczki oburzone tą znakomitą książką, Perry nie jest żadną dewotką, ale zupełnie rozsądną feministką, która ma odwagę myśleć na przekór snobizmowi swojej epoki.

Dawid Kujawa

Louise Perry, Rozprawa przeciwko rewolucji seksualnej. Nowy przewodnik po seksie w XXI wieku, przeł. Tomasz Sikora, Ha!art, Kraków 2026.

Grafika w nagłówku tekstu: Elisa from Pixabay

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie