Wolny najmita szuka następców
Brak istotnego majątku pozwalającego bezpiecznie przetrwać bez pozyskiwania grantów i realizowania projektów.
Pretekstem do napisania wspólnego tekstu jest współdzielenie pewnego doświadczenia. Otóż gdy spotkaliśmy się na żywo przy okazji imprezy jubileuszowej z okazji 25-lecia „Nowego Obywatela”, biorąc udział w panelach dyskusyjnych, początkowo odczuwaliśmy nie do końca chyba uświadomioną potrzebę usprawiedliwienia tam swojej obecności. Choć przecież w różnej formie współpracujemy z „Nowym Obywatelem”, to jadąc do Katowic czuliśmy się trochę jak przybysze z obozu wrogich sił: jako ludzie nie do końca tam pasujący, jeden jako uniwersytecki intelektualista, drugi jako przedstawiciel klasy menedżersko-eksperckiej. Podobne niedopasowanie odczuwamy jednak i w świecie opisanym naszymi zawodowymi metrykami. Zaczęliśmy się zastanawiać nad tym doświadczeniem bycia pomiędzy światami, przyglądać się naszym biograficznym decyzjom, niekoniecznie zależnym od nas kolejom losu, które sprawiły, że jesteśmy w takiej, a nie innej sytuacji. Nie chodzi nam jednak o pisanie o sobie, bo w tym przedstawiciele naszej klasy profesjonalnych menedżerów, jak nazywa ich Catherine Liu, są mistrzami, ale o podjęcie refleksji nieco szerszej. Dlaczego spotkaliśmy się w Katowicach oraz spotykamy przy okazji innych wydarzeń organizowanych przez różne miejsca „zdrowego fermentu” – jak określił to Roman, mając na myśli środowisko „Nowego Obywatela” czy wrocławski Klub DLR? Nie byłoby także jakimś wielkim zaskoczeniem, gdybyśmy spotkali się przy okazji wydarzenia klubu „Nowego Ładu” czy organizowanego przez Klub Jagielloński.
Na ile nasze spotkania są tylko naszymi, czyli Romana i Michała? Czy popularność oddolnych inicjatyw społeczno-politycznych, przyciągających przecież wielu młodych ludzi, jest znakiem i głębszym symptomem pewnej reakcji na sytuację polityczną w Polsce, ale także ogólnokulturowej diagnozy Zachodu? Obserwując dużą aktywność środowisk o charakterze antyliberalnym, czy mówiąc łagodniej: krytycznych wobec liberalizmu zarówno ekonomicznego, jak i światopoglądowego (nastawionego na hiperindywidualizm), można zasadnie argumentować na rzecz tezy, że mamy do czynienia ze zdrowym fermentem. Póki co jest on jeszcze politycznie nieskanalizowany (kwestię tę, jak i samą potrzebę skanalizowania, pozostawiamy na osobną dyskusję), ale trudno nie zauważyć, że sporo ludzi poszukuje przestrzeni rozmowy, myślenia i działania.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego takie inicjatywy jak Kluby DLR oraz „Nowego Ładu”, które powstały we Wrocławiu (o nich piszemy, bo tutaj mieszkamy), odniosły sukces? Bywając w tych, i podobnych miejscach, o „Nowym Obywatelu” nie wspominając, jako goście lub słuchacze, bądź pisząc na łamach związanych z tymi inicjatywami, dochodzimy do kilku wniosków.
Suwerenność opinii
Pierwszy dotyczy wolności oraz niezależności naszego myślenia. Podczas panelu dyskusyjnego w Katowicach Dawid Kujawa odniósł się do pojęcia klasy specjalistyczno-menedżerskiej, na którą ukierunkowana jest współczesna lewica odkąd porzuciła klasę robotniczą. Dawne nadzieje pozwalały widzieć w tej klasie (nie właścicieli, ale też nie proletariatu) napęd dla ruchów lewicowych. Eksperci, intelektualiści i menedżerowie mieli rozumieć problemy z kapitalizmem i stanąć po właściwej stronie. Jednak w przypadku tej klasy oznaczałoby to wyjście poza granicę własnych interesów, jak w najbanalniejszym przykładzie, jakim jest zgoda na wyższe podatki dla lepiej zarabiających. Tylko tego rodzaju postawy byłyby rzeczywistym, wspólnotowym stanięciem po stronie słabszych, ale wymaga to zrozumienia, że są sprawy ważniejsze od indywidualnych interesów. W rezultacie klasa specjalistyczno-menedżerska (do której należymy) świetnie wypełnia zadania utrzymywania porządku i reprodukowania ideologii elitarnej. Dzięki temu utrzymuje przywileje symboliczne i materialne. A bycie częścią szeroko rozumianej elity to bycie osobą uprzywilejowaną: kulturowo, towarzysko, finansowo. Jednej rzeczy elita nie posiada jednak jako przywileju: suwerenności opinii.
Ta zdolność do wyrażania poglądów niezależnych od własnego środowiska nie jest prostym nonkonformizmem. Przede wszystkim wymaga posiadania własnej opinii, a w klasie menedżersko-specjalistycznej w dużej mierze wystarcza zestaw opisujący, przeciwko czemu się jest, protestowanie jest prostsze od programu pozytywnego. Łatwiej być przeciwko zapaści w systemie ochrony zdrowia, trudniej o zgodę na systemową jej naprawę, począwszy od podniesienia składki zdrowotnej (akcyjna charytatywność wystarcza na zagłuszenie tego dysonansu).
Elita ma swoje mechanizmy korygowania niepoprawnych sądów: od okazywania zaskoczenia, próby edukowania, przez obśmiewanie, usuwanie z grona znajomych, po ostracyzm czy zabranie możliwości zarabiania. W rezultacie porządek jest podtrzymywany, a klasa specjalistyczno-menedżerska upupiona. Być może obserwujemy tak duże zachwianie się porządku (nazwijmy go upraszczająco neoliberalnym), że i w tej klasie rodzi się zdrowy ferment, którego początkiem jest owa potrzeba suwerenności opinii. To zachwianie jest powiązane z ekonomią i z perspektywami młodych ludzi, którzy klasę specjalistyczno-menedżerską mieliby (i chcieliby) zasilić. Coraz trudniejszy start, czy to jeśli chodzi o mieszkania, czy o perspektywy posiadania dobrej pracy, zachęca do refleksji „Co z tym wszystkim jest nie tak?”. To bardzo dobry początek dla dojścia do suwerenności opinii, gdzie nie prowadzi przecież jedna ścieżka. Najlepiej jeśli ta suwerenność kształtuje się w dyskusjach, konfrontacji z innymi opiniami. Stąd potrzeba istnienia środowisk, które pole do dyskusji tworzą, niezależnie od ich odcienia ideologicznego.
Zastanawiając się nad tym, na ile taki wniosek jest tylko naszym wnioskiem, zapytaliśmy kilka znanych nam osób, które spotykamy przy okazji wymienionych miejsc, dlaczego poświęcają czas na tego typu inicjatywy.
Jedna z osób mówi, iż powodem poszukiwania tego typu inicjatyw, traktowanych jako źródła informacji czy przestrzeni dla dyskusji, jest zmęczenie i rozczarowanie współczesną kondycją świata i Polski. Jej zdaniem obecnie w naszym kraju nie ma politycznych alternatyw, które mogłyby uwolnić nas od polityków działających na szkodę obywateli. Uczestnictwo w takich przedsięwzięciach to pewien akt buntu, poszukiwania nadziei, szansa na zerwanie ze społeczną samotnością. Bardzo ważne jest odnalezienie innych osób, które nie wierzą mediom i temu, co wciskają nam propaganda i dezinformacja. Stąd chęć odnalezienia sensu ponad to, co jest, nadzieja na lepszą alternatywę dla rzeczywistości i przede wszystkim odnalezienie osób, które mogą stworzyć grupę przeciwstawiającą się obecnym narzuconym systemowo poglądom. To pewien rodzaj ulgi, że nie wszystko jest jeszcze stracone, a tolerancja i brak podziałów na lewych i prawych to tylko miły dodatek, choć istotny, gdyż łączy, a nie dzieli.
Także inna osoba podkreśla kwestię mediów:
«Mam wrażenie, że tak zwany główny nurt dyskursu jest strasznie fragmentaryczny. Nikt nic nie tłumaczy, nikt nie stara się rozumieć. Media są jak dostarczyciele nieskończonej ilości „kontentu”, a nie środki przekazu, które komukolwiek chcą i mogą pomóc zrozumieć obecny świat. Nie da się też ukryć, że forsują interesy swoich właścicieli, co skutkuje tym, że wygląda to jak przeciąganie liny na odpuście – każdy przegina w swoją stronę. Nie ma mowy ani o misji publicznej, ani o obiektywizmie mediów, ani też o próbie wyjaśniania procesów, które obserwujemy. Myślę, że takie inicjatywy jak „Nowy Obywatel” są czymś świeżym; miejscem, gdzie można się spotkać niezależnie od tego, czy ktoś identyfikuje się jako lewak, prawak, czy też żadna z opcji go lub jej nie dotyczy. Przyciągają osoby otwarte, myślące krytycznie, które są po prostu zmęczone poziomem debaty w głównym nurcie».
Jedna z osób mówi, że brakuje je trochę klimatów „z kiedyś”, czyli z czasów „sprzed zbydlęcenia i zdziczenia debaty publicznej”. Jakieś dwadzieścia lat temu na korytarzach akademika można było normalnie pogadać, pooglądać „Młodzież kontra”, ludzie z różnych opcji szli razem na piwo i gadali o polityce czy gospodarce. To utrzymywało w dobrej kondycji intelektualnej, ale i uczyło pokory. Co więcej:
«Widzę osobiście w takich miejscach realizację demokracji, ale nie hasłowej i post-politycznej, tylko tej realnej. Dialogu opartego o rzeczywistość, a nie tej parodii z Polski 2050, wolności słowa nie z „Gazety Wyborczej”, tylko takiej realnej, gdzie na wydarzeniach związanych z „Nowym Obywatelem” masz ludzi z różnych baniek, czasem bardzo nieoczywistych. Nieraz pozytywnie się zaskoczyłem, gdy spotkałem na łamach gazety czy na spotkaniu jubileuszowych ludzi z tzw. prawa, czy nawet tego, co się określa jako „far right”. Ludzi, co uczestniczą w takich inicjatywach, łączy moim zdaniem zrozumienie, że nie są pępkiem świata, nie uważają, że im się cokolwiek należy z definicji, tylko artykułują swoje potrzeby i wizje, są gotowi na pójście na kompromis, na faktyczne wysłuchanie innych, a nie etykietowanie. Zresztą, finalnie uważam – i nie będę w tym odkrywczy – że podział „lewo/prawo” w kwestiach społecznych i gospodarczych już dawno utracił aktualność. Kolejną rzeczą jest chęć zrobienia jakiegoś konkretu – i robienie tych konkretów, bez oglądania się na czystość ideową czy nawet na profil ideowy. I znowu – wracamy do „współpracy ponad podziałami”, ale nie hasłowo-postpolitycznej, tylko realnej PS. Podobną inicjatywą jest np. Stowarzyszenie BEZ, gdzie inicjatywa do zwalczania prostytucji wyszła z umownie „lewej” strony, a jednak działają w nim również kobiety-chrześcijanki, m.in. moja małżonka. Bo mimo tego, że przesłanki są inne, to jednak działają w jakimś jednym partykularnym celu na tej wspólnej płaszczyźnie».
Z kolei inna osoba napisała nam:
«Dopiero w wieku 50 lat zrozumiałem fałsz pojęcia „społeczeństwa obywatelskiego”, którym karmiono moje pokolenie od czasu przełomu 1989 roku. Z wykształcenia jestem politologiem, „bezrobotnym politologiem”, jak pogardliwie stwierdził kiedyś Donald Tusk, i od czasu szkoły średniej kwestie bieżącej polityki przykuwały mniej lub bardziej moją uwagę. Przez cały ten okres słyszałem zewsząd, że żyjemy w wolnorynkowym, demokratycznym kraju-raju. Tymczasem żyłem i żyję w kraju, w którym role, które odgrywamy w politycznym spektaklu, są jasno określone i niezmienne. Jesteś obywatelem po to, by raz na kilka lat zagłosować w wyborach, tak jak wskazują ci autorytety odmieniające przez wszystkie przypadki właśnie hasło „społeczeństwa obywatelskiego”. I na tym kończy się twoja rola – zamknij ryj i czekaj na kolejne wybory, przed którymi obiecamy ci wszystko, co chcesz usłyszeć. Tymczasem oddolne inicjatywy, o których mowa (NO, DLR, KJ) idą w poprzek takiemu postrzeganiu polityki. Po części pełnią rolę think-tanków (z zastrzeżeniem, że nie widać na razie na horyzoncie konkretnych ugrupowań politycznych, które chciałyby korzystać z ich usług), a po części są dyskusyjno-integracyjnymi klubami, które umożliwiają swobodną wymianę poglądów osobom o podobnych horyzontach politycznych, ale, co istotne, tylko horyzontach, a nie jednolitych tożsamościach politycznych. Nie ma co ukrywać, że w większości aktywne są tu osoby młode, bliższe wiekowo moim synom niż mnie, ale, co osobiście mnie zadziwia, to osoby z niesamowitą wiedzą, elokwencją i umiejętnością klarownego przekazywania swoich myśli».
Tym, co niewątpliwie wspólne dla osób, które odpowiedziały na nasze pytanie, jest fakt, że nie chcą, jak to określiła jedna z nich, „kupować poglądów w pakiecie” Są zmęczone plemiennym podejściem do polityki, „nawalanką dwóch obozów, w której chodzi głównie o personalia oraz o to, kto przy korycie osiądzie i swoich przy nim obsadzi”. Dlatego chcą samodzielnie wyrobić sobie zdanie – suwerenną opinię.
Wspólnota jako miejsce dialogu
Drugi wniosek wiąże z obserwacją, że istnieje wielu młodych ludzi, choć nie tylko ich, którzy nieustannie, w różnych językach, powielają pytanie o to samo: o możliwość zaistnienia nie-liberalnej wspólnoty. Można mieć poczucie, że suwerenność opinii i wspólnota nie idą ze sobą w parze, ale to nieprawda. Wspólnotowość zakłada akceptację różnic, inaczej nie będzie szerszej wspólnoty. Nie chodzi przecież o grupę, w której wszyscy mają poglądy jak spod jednej sztancy. To współcześnie promowany wzorzec indywidualizmu jest bliższy tworzeniu zbiorowości ludzi podobnych, którym wmawia się, że się wyróżniają – z tego między innymi względu są tak opresyjne i, wbrew deklaracjom, nieinkluzywne, lecz skupione na utwierdzaniu swojej tożsamości.
Jeśli przyjąć wzorzec indywidualizmu jako bazowy, trzeba mieć możliwości i wzorce oderwania się od niego. Dlatego tak ważne są wszelkiego rodzaju inicjatywy, gdzie ludzie mają możliwość spotkania się, żeby wspólnotę współtworzyć. Czy to sport, klub dyskusyjny czy działalność aktywistyczna – jeśli wiążą się z wyjściem poza swoją bańkę społeczną, to dają możliwość budowania relacji z innymi o niekoniecznie podobnych poglądach. Wymaga to jedynie (i aż) otwartości.
Trzecim wnioskiem jest potrzeba znalezienia swojego głosu, w którym etykietowanie „lewak” czy „prawak” nie jest kluczowe, gdyż więcej te etykiety zaciemniają niż wyjaśniają. Jest to możliwe tylko w życzliwym i pełnym szacunku dialogu, w którym każdy z rozmówców może być sobą, nie obawiać się tego, że zaraz jego pytania, wątpliwości i obserwacje zostaną określone mianem np. „faszyzmu”. Taka forma przywoływania do porządku zresztą już nie działa, a jej stosowanie to naszym zdaniem jeden z powodów braku sympatii do liberalnej lewicy, która miejsca na rozmowę pozostawia znacznie mniej niż środowiska określane jako altleftowe czy prawicowo-konserwatywne. Ponadto nie dostrzega ona wielu realnych problemów, np. sytuacji mężczyzn, określając je, w najlepszym razie, jako „prawicowe” problemy, gdyż jakoby z natury anty-feministyczne (co nie jest prawdą).
Uniwersytet i niezrealizowana potrzeba rozumienia rzeczywistości politycznej
Czwarty wniosek związany jest z faktem, że często poza wspomnianymi miejscami młodzi ludzie nie mają gdzie dyskutować, spierać się, krytykować, wspólnie dochodzić do wniosków, po prostu być ze sobą i rozmawiać. Takim forum powinien być uniwersytet. Jednak można tu jedynie wskazać na deficyty uniwersytetu, który staje się coraz bardziej wsobny i zamknięty na oddolny „zdrowy ferment”, nie zaspokajając w tym względzie ambicji części studentów. Uniwersytet ma też ewidentny problem z dyskusją i debatą, gdyż ulega nierzadko wyśrubowanym normom poprawności politycznej (zresztą źle pojętej).
Na zajęciach z analizy dyskursu poświęconych populizmowi, zaczynam (Michał) od pytania do studentów, czy ktoś interesuje się polityką. Mam na myśli to, czy ktoś czyta książki poświęcone historii politycznej Polski po 1989 roku, śledzi analizy obecnej sceny politycznej, słucha podcastów czy ogląda youtubowe kanały poświęcone tej tematyce, orientuje się w aktualnych wydarzeniach i potrafi je umiejscowić w nieco szerszej oraz dłuższej perspektywie polityczno-historycznej. Chcę poprzez te pytania sprawdzić, czy studenci mają poczucie, że rozumieją, co się dzieje w polityce, czy mają jakiś pogląd na ten temat i potrafią uargumentować swoje wybory polityczne. Nie chodzi oczywiście o to, czy ich poglądy są słuszne czy nie, zajęcia nie są od tego, aby to oceniać. Interesuje mnie, na ile potrafią ulokować samych siebie w świecie polityki, także pod kątem społecznego podejmowania racjonalnych decyzji politycznych, czyli tego, która partia najlepiej reprezentuje ich interes klasowy i światopogląd oraz czym się kierują głosując: światopoglądem czy podejściem do gospodarki. Ma to także na celu uczenie dyskusji na ten temat.
Pytanie to stawiam od dobrych kilku lat, na dwóch uniwersytetach, dla dwóch trybów studiów: stacjonarnych oraz niestacjonarnych. Choć tendencja jest zwyżkowa, to moi studenci w większości nie interesują się polityką (w obecnym roku akademickim „interesowanie się polityką” deklarowało około dwudziestu procent grupy). Można się tym poziomem oburzyć, ale to byłoby błędne, gdyż studenci wymieniają zrozumiałe powody stosunkowo nikłego zainteresowania polityką – i doprawdy trudno im się dziwić. Najczęściej mówią o braku rzetelnego i w miarę obiektywnego medium, któremu mogliby ufać, bardzo dużych kosztach czasowych oraz wymogu wysokich kompetencji w zrozumieniu podawanych im analiz dla samodzielnego rozumienia sceny politycznej. Równie istotne są takie kwestie, jak ich zdrowie psychiczne, albowiem interesowanie się polityką budzi silne emocje i prowadzi do antagonizmów z najbliższymi i dalszymi znajomymi, co obniża komfort psychiczny. Ponadto uznają, że lepsze rozumienie polityki i tak nie daje im większej sprawczości i wpływu na losy kraju, czego generalnie nie odczuwają, a zatem zajmują się samymi sobą, nie licząc, że politycy pomogą im zrealizować plany życiowe.
Interesujący się polityką studenci narzekają czasami, że brakuje im zajęć z zakresu rozumienia polityki, że wykładowcy niechętnie podejmują te kwestie. Dzieje się to choćby z tego względu, że większości prowadzących to nie interesuje, nie zawsze czują się kompetentni, aby rozmawiać o polityce z punktu widzenia analitycznego, a nie osobisto-subiektywnego, nie mówiąc już o tym, że ujawnianie poglądów politycznych może narazić na utratę sympatii ze strony studentów. Ci zainteresowani pytają, co czytam, jakich słucham podcastów, co mogę polecić. Pokazuje to, że uniwersytet nieco zawodzi ich oczekiwania w tym względzie, choć istnieją koła naukowe poświęcone tematyce politycznej. Kilka osób mówiło mi, że uniwersytet nie dostarcza im żadnej diagnozy rzeczywistości społeczno-politycznej, szukają tej wiedzy poza uniwersytetem, gdyż stracił on swoją sensotwórczą funkcję.
Dlatego o rzeczywistości społecznej lepiej niż uniwersyteccy profesorowie opowiada „Nowy Obywatel” (wystarczy sięgnąć po jubileuszowy tom), a o polityce choćby Giełzak i Dymek (naszym zdaniem dobry punkt wyjścia dla poszukujących). Można oczywiście powiedzieć, że „uniwersytet nie jest od polityki”, ale to byłoby błędne, albowiem uniwersytet posiada swoją sensotwórczą funkcję, ma być miejscem tworzenia wiedzy, ścierania się różnych poglądów i światopoglądów, co pozwala zobaczyć szerzej konsekwencje określonych ścieżek rozwoju. Uniwersytet nie może – i nie powinien – od tej kwestii uciekać, szczególnie że obecnie bardzo ceni się popularyzację nauki. Przecież wytwarzamy tę wiedzę za pieniądze podatników, którym coś się od nas realnie należy. Po drugie, i to wydaje się kluczowe, zmusza badaczy akademickich, do wejścia na obcy dla siebie teren, w którym będą musieli się konfrontować z nie-badaczami oraz z różnymi poglądami i światopoglądami. Niestety nie zawsze wypadają w tej konfrontacji dobrze. Na osobne studium zasługiwałaby kwestia związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy wejściem profesorów do mediów, głównie liberalnych, a spadającym zaufaniem i prestiżem społecznym tego zawodu, odnotowywanym przez CBOS.
Uniwersytet musi tę kwestię przemyśleć, znaleźć na siebie pomysł, gdyż w przeciwnym razie będzie sprawiał wrażenie skansenu (słusznie czy nie), tracąc monopol nawet na wytwarzanie wiedzy, która byłaby poddawana dyskusji, a nawet weryfikacji poprzez różnorodne środowiska opiniotwórcze. Uważamy, że już to ma miejsce, gdyż często poza światem akademii powstają książki o wiele lepsze poznawczo. Sami na uczelni jesteśmy często w sytuacji, w której różne pozauczelniane inicjatywy wykorzystują naszą wiedzę, a uniwersytet nie potrafi lub nie chce jej zagospodarować. Tworzenie wiedzy to za mało, musi ona jeszcze mieć swój społeczny obieg.
Czy faktycznie jest jakiś zdrowy ferment, jakaś rodząca się u wielu osób potrzeba bycia porządnym człowiekiem w niezbyt fajnym świecie? Jak być częścią klasy profesjonalistów/menedżerów/ekspertów, służących systemowi, a jednocześnie mieć poczucie, że jest się owym porządnym człowiekiem? Jak stworzyć taki wzorzec? Takich wzorców potrzeba szczególnie młodym ludziom, którzy zaczynają widzieć, że jest coś nie tak z mitami, na których opiera się system, w którym wzrastali. Coraz większa grupa dostrzega, że wizja w miarę bezpiecznego i przewidywalnego życia w aspekcie ekonomicznym, jak i kulturowym, staje się coraz bardziej zamglona, choć liberałowie przekonują, że wciąż jest wspaniale.
Być może obserwujemy tylko kolejną powtórkę z historii, może ten zdrowy ferment nic nie przyniesie, może to tylko złudzenie, ale spróbujmy je podtrzymywać. Nawet jeśli efektem jest tylko tyle, że ileś tam osób zyska poczucie sensu, bycia po odpowiedniej stronie i robienia właściwych rzeczy.
Michał Rydlewski, Roman Rostek
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay
Brak istotnego majątku pozwalającego bezpiecznie przetrwać bez pozyskiwania grantów i realizowania projektów.
Dlaczego nie jest ona finansowana z budżetu państwa, lecz niemal wyłącznie z opodatkowania pracy