Progresywna klasa średnia pochyla się nad ludem
Od lat obserwuję ciążącą na polskiej lewicy „klątwę” wzajemnego niezrozumienia się z klasą ludową.
Niedawno Krytyka Polityczna opublikowała tekst Przemysława Witkowskiego pt. „Alkohol, abstynencja i zastępy Wojowników Maryi”. Jego lektura zajmuje zaledwie kilka minut czytania, prawdopodobnie tyle, ile trwało jego napisanie. Czasami, jeśli ma się przemyślane zagadnienie, można napisać tekst szybko i mądrze. To nie jest ten przypadek. Tekst jest szkodliwy, ujawniając coś więcej niż tylko poznawcze deficyty autora w kwestii choroby alkoholowej. Gdyby ktoś napisał tak np. o depresji, a nawet użył jakiegoś medycznego określenia jako metafory (np. autyzmu) czy też posłużył się w tej kwestii ironią, „lewica” kipiałaby z oburzenia, że nie odniesiono się do najnowszych badań, że autorowi brak profesjonalnej wiedzy i czy w ogóle zdaje on sobie sprawę ze swojego czynu, bo przecież „osobiste poglądy też mogą szkodzić”, szczególnie wypowiadane w rozpoznawalnym miejscu. W tym przypadku, jako że autor jest „swój”, oburzenia nie ma. Podwójne standardy to drugie imię „lewicy”.
Czegóż w tym tekście nie ma! Historia polskiego pijaństwa, ludowa historia Polski, cytaty z księgi Anonimowych Alkoholików, Bóg, gwiazdy muzyki, toksyczna męskość, Kościół katolicki jako sekta – wszystko to jedynie dotknięte, wymieszane i wstrząśnięte. Swoją drogą niewiele w tym tekście współczucia dla chłopstwa rozpijanego przez panów. Niewiele także współczucia wobec ich uzależnionych potomków, którzy różnią się tym jedynie, co jest kluczowym problemem dla autora tekstu, że kiedyś pili i klepali pacierze, a dzisiaj nie piją i klepią pacierze. Jednym słowem: zawsze byli zbyt rozmodleni i nawet gdy wytrzeźwieją, to jeszcze bardziej się radykalizują w wierze. W Polsce bez zmian – sugeruje autor. Na „lewicy” także.
Autor wychodzi od stwierdzenia, że tylko 15% uzależnionych ma dostęp do profesjonalnego leczenia, a pozostali mogą liczyć „co najwyżej” na Anonimowych Alkoholików i Kościół katolicki. Zdaniem autora, w obu organizacjach „w pakiecie z niepiciem idzie pomoc nadprzyrodzona”. Jak pisze Witkowski: „Już ruch AA przesiąknięty jest paraduchowością, jako że rzucenie alkoholu łączy z zaufaniem sile wyższej. Mówi o tym wyraźnie drugi krok programu («Uwierzyliśmy, że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowy rozsądek»), trzeci («Podjęliśmy decyzję, aby powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, tak jak Go rozumieliśmy»), czwarty («Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów»), piąty («Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów»), a także szósty, siódmy i jedenasty”.
Pomijając nazywanie tego paraduchowością (jak widać, to, co dla autora nie jest zgodne z jego światopoglądem, musi zostać zaklasyfikowane jako nieprawdziwe i urągające racjonalnym zdolnościom), należy zauważyć, a jest to fakt jasny dla każdego, kto przeczytał jakiekolwiek materiały dla anonimowych alkoholików, że w cytowanych fragmentach nie chodzi wyłącznie o Boga w jego chrześcijańskiej wersji, ale o siłę wyższą, taką, jak „my ją rozumiemy” – dla każdego może być to lub kto inny. Autor nie wykonał nawet najprostszej pracy badawczej, sprawdzającej, co w ogóle znaczą cytowane słowa: przeczytał „Bóg” i wszystko już stało się jasne. Gdyby przeczytał księgę Anonimowych Alkoholików, choćby rozdział „My, agnostycy”, wiedziałby, że owszem, duchowość pomaga, ale nie jest to z definicji ten Bóg, o któremu jemu chodzi. Wynika to z faktu, że alkoholikami są ludzie różnych wyznań, ale także agnostycy i niewierzący, a wspólnota ta nie wyklucia nikogo ze względu na wyznanie, lecz kieruje przesłanie do jednostki, która posiada lub nie posiada wiary i/lub Boga przez siebie definiowanego jako siłę wyższą. Wystarczy choćby poczytać „Jest rozwiązanie. Historie osobiste polskich AA”, żeby dostrzec, jak bardzo indywidualnie podchodzą do tej siły wyższej, nawet gdy są wierzący.
Po pierwsze chodzi o to, żeby skupić się na chorobie, a raczej na chorym człowieku, a nie dodatkowo antagonizować ludzi, którzy są chorzy, a mają być dla siebie wsparciem. Po drugie wiara może pomagać, ale nikt niewierzącego nie wyrzuci z AA. Nie każdy, kto chodzi na spotkania AA, automatycznie się nawraca. Czasami tak, czasami nie.
Słowem, teza, na której autor opiera swoje wywody, jest dużo bardziej problematyczna, a wręcz błędna. Literatura AA – co ważne, oparta na osobistych doświadczeniach ludzi – to nie jest ani dyskurs psychoterapeutyczny ani dyskurs religijny. Wskazuje ona jedynie, że duchowość, jakkolwiek pojmowana, jest potrzebna, albowiem alkoholik musi zmienić styl życia (w sensie socjologicznym), musi zmienić siebie jako człowieka – musi się rozwijać. Nie wiedzieć czemu jakoś tak jest, co smuci bardzo Witkowskiego, że więcej daje tym ludziom odwołanie się do Biblii niż „Kapitału” Marksa. Moim zdaniem „Dwanaście kroków, dwanaście tradycji” nie zawiera żadnej indoktrynacji, ewentualnie zachętę do wiary jako czegoś, co może pomóc zmienić życie – z pewnością nie ma tam sekciarstwa i przewodników-dewotów.
W jednym zgoda, jest to zachęta do refleksji raczej nad konkretną wiarą, chrześcijańską. Bo niby do jakiej innej mieliby się oni w Polsce odnosić? Do islamu, gdzie alkohol jest haram? Do buddyzmu? Problem powstał na obszarze kultury zachodniej, więc i do kodów kultury zachodniej się odwołuje. Co w tym złego? Pamiętajmy też, że wspomniany przez Witkowskiego program dwunastu kroków powstał w 1939 roku i jest dziełem swojego czasu i miejsca. Nie oznacza to jednak czegoś złego, chyba że po prostu, jak Witkowski, ktoś jest z zasady przeciwny religii – nawet jeśli bardzo ona pomaga. Program ten jest stosowany do dzisiaj, bo działa, ale jak widać to nie zdrowienie tych ludzi jest kluczowe, lecz to, że się nawracają (i zapewne nie głosują na „lewicę”).
Warto się także zastanowić nad treścią doktryny chrześcijaństwa, która być może lepiej niż inne religie lub ateizm pomaga walczyć ze swoimi słabościami, rozpoznać zło wyrządzane innym i sobie, ofiarować siebie innym cierpiącym, uznać swoją słabość, daje poczucie bycia kochanym pomimo swojej grzeszności. Po prostu w kod chrześcijaństwa wpisane jest coś więcej, łącznie z tym, że wiara daje ludziom wiele siły i wsparcia, którego tak potrzebują. Kiedy opuszczają nas ludzie, a alkoholicy niszczą swoje otoczenie, zostaje Ten, który nie odchodzi.
Nie ma jednak żadnego przymusu stawania się wierzącym. Wszak osoby niewierzące kierują się raczej w stronę psychologii, samorozwoju etc., i nie jest to oceniane, szczególnie, że formuła AA sprzeciwia się wartościowaniu. Wszyscy, których znam z kręgu moich bliższych i dalszych znajomych, nie czuli się indoktrynowani w kręgu AA, a w większości są niewierzący – spora część z nich tej siły wyższej upatruje w Naturze, z którą na różne sposoby starają się zintegrować. Rozmowy z nimi pokazały mi, że odwołują się do siły wyższej, proszą o pomoc, o siłę, ale nie chodzą do kościoła. Czasami się nawracają, ale nie spotkałem dewotów, gdyż, jak sami mówią, choroba okazuje się dla nich darem, bo dzięki temu lepiej rozumieją siebie i innych ludzi, są bardziej tolerancyjni i wyrozumiali, potrafią rozmawiać o emocjach, komunikować się z bliskimi. Stają się lepszymi ludźmi i też nierzadko oceniają ich tak bliscy. Oczywiście, że są katolickie miejsca wspierające osoby w nałogu, więc jeśli jesteś wierzący, to idziesz tam. Znam jednak osoby wierzące, które wolą „zwykłe” AA.
„Cóż bowiem może być bezpieczniejsze dla nowo narodzonego abstynenta niż rozwój duchowy pod okiem kapłana i istot świetlistych, w kontakcie z podobnymi sobie kolegami?” – pisze autor. Ta drwina, analogicznie jak jego wywody o „koneserach małpek”, źle świadczy o autorze, bo dotyczy chorych ludzi, którzy mierzą się ze śmiertelną chorobą, czego chyba autor nie rozumie, albo traktuje tych chorych jako nie-swoich, a w związku z tym los „biednych ludzi” go nie obchodzi, gdyż ważniejsze niż ich zdrowie jest ich „nie taki” światopogląd.
We wspomnianym rozwoju duchowym jako podstawie wychodzenia z nałogu ma czasami miejsce gorliwość neofity, terapeutyzowanie innych, nadmierna chęć pomocy wszystkim innym alkoholikom, co niekiedy irytuje otoczenie – ale lepsze to niż śmierć. Po prostu. „Bóg wjeżdża tam na pełnej i wielu klientom owych placówek zastępuje procenty”. Nie zawsze, a nawet gdyby, to bardzo dobrze. Jeśli im to pomaga w zdrowieniu, to dlaczego nie? Alkohol musi zostać czymś zastąpiony, bo wyjście z czynnego uzależnienia jest zmianą stylu życia, a nie tylko zachowaniem abstynencji, która pojawia się w tytule tekstu (abstynencja to nie leczenie się). Jeszcze precyzyjniej: to styl życia wymuszający używanie alkoholu powinien być zastąpiony nowym stylem życia, czyli takim, w którym alkohol nie jest potrzebny.
I dalej: „Panowie zaś w wieku średnim, rozbiwszy rodziny, umęczywszy wszystkich wokół swoim pijaństwem i, dajmy na to, zbankrutowawszy, odkrywają nagle, że odkąd przestali pić, mają niespodziewanie dużo wolnego”. Z tego względu, twierdzi autor, muszą działać, ale wspólnotowo, bo już nie mają starych znajomych, gdyż zerwali z nimi kontakty, bo prawdopodobnie pili. Terapia mówi tyle: unikaj wyzwalaczy, jeśli możesz nie przebywaj z pijącymi, ogranicz kontakty z tymi, którzy nie są w stanie pobyć z tobą na trzeźwo. Zapewne jednych kolegów stracisz, ale zyskasz innych, choćby właśnie na spotkaniach AA. Relacje tam nawiązywane są bardzo głębokie, gdyż ludzie odsłaniają samych siebie, dzielą się własnymi doświadczeniami, opowiadają swoje historie życia i trzeźwienia. Szybko wyczuwa się fałsz i nieszczerość – nie ma tam miejsca na narcyzm i aktorstwo. Jedni alkoholicy się w tym odnajdują, inni nie, ale generalnie terapeuci zachęcają do spotkań AA, bo to jedna z form pomocy – inni pijący stają się lustrem mojego picia. Możesz także spotkać ludzi w innym miejscu, szczególnie tam, gdzie wspólnota jest silna, daje poczucie sensu. „Swoje dokłada kryzys celów, sensów i dawnej pozycji mężczyzny. A odium «frajerstwa» zdejmuje z nowo nawróconych militarne rekwizytorium fantastyczne, mające dodatkowo przywrócić panom «należne» locum dla ich testosteronu w społeczeństwie”. Tak, często wracają do sportu, szukają nowych doświadczeń, adrenaliny, nierzadko przypominając sobie czas sprzed uzależnienia się. Co w tym złego? Generalnie wiadomo: toksyczna męskość. Powinni robić to, co powie im ktoś z Krytyki Politycznej.
„Lewica”, szczególnie ta inteligencka, uwielbia myśleć, że jeśli ktoś nie podziela jej światopoglądu, to jest poddany przemocy symbolicznej czy zniewalającej sile dominującego dyskursu, choć ta sama „lewica” twierdzi jednocześnie, że siła oddziaływania Kościoła katolickiego słabnie. Czynią tym samym z dorosłych ludzi osoby absolutnie zewnątrzsterowne, nie pojmujące indoktrynacji, ulegające wpływom, nie znające swoich granic – czyli dokładnie tego wszystkiego, z czym uczą walczyć terapia i spotkania AA. Rzecz jasna prawdziwie wolni są tylko ludzie „lewicy”. Dla „lewicy” wszyscy, którzy ich nie popierają, są zmanipulowani, są jak dzieci we mgle, co jest nie tylko zamykaniem oczu na rzeczywistość, lecz także podszyte głębokim nierozumieniem (chorego) człowieka. Co macie w zamian? Indywidualizm i konsumpcja? Sekta walki z „faszyzmem”? Co macie do zaproponowania cierpiącym ludziom w sferze nie tylko materii, ale i ducha? W jednym i w drugim przypadku macie po prostu niewiele.
Co gorsza, autor sugeruje, że uzależnieni, owi „koneserzy małpek”, robili to świadomie i z premedytacją – ot po prostu chcieli rozwalić życie swoje i innych ludzi. To tylko pokazuje, że Witkowski nie ma pojęcia, o czym mówi. Mówi o chorobie, w której jednostka nie kontroluje swoich zachowań, w której alkohol przejmuje nad nią kontrolę, i wobec której jest bezsilna. Oczywiście, że chorzy ludzie wyrządzają wielkie szkody i krzywdy, ale sami są także ofiarami własnej choroby. Oni sami – na tym polega sens AA i terapii – nie są w stanie wyrwać się z tej choroby samodzielnie, potrzebują innych ludzi, a czasami siły wyższej. Spotyka to i osoby zwykłe, i „gwiazdy”, bo w tej demokratycznej chorobie każdy jest równy w swojej słabości. Dla Witkowskiego to dobrze, że ktoś wytrzeźwiał, ale źle, że się nawrócił, czyli popadł w dewocję. A może te gwiazdy, jak choćby Muniek z T. Love, dojrzały? Być może dostrzegły coś więcej, czego nie widzi Witkowski, który z wyżyn rzekomej wszechwiedzy poucza wszystkich innych.
Fakt, że nierzadko chodzi o Boga chrześcijańskiego oraz instytucję Kościoła katolickiego przecież wcale nie musi być czymś złym. Obwinianie Kościoła jest wręcz kuriozalne, biorąc pod uwagę pomoc ludziom wykluczonym i chorym, o których tak dużo mówi „lewica”, łącznie z Krytyką Polityczną, ale na mówieniu głównie się kończy, bo noclegownie dla bezdomnych prowadzą kontynuatorzy misji Brata Alberta, a nie Przemysław Witkowski z kolegami. Może warto posłuchać podobno czytanego przez „lewicę” Antonio Gramsciego i zrobić marsz przez instytucje dla tych łatwych do zmanipulowania alkoholików? Zaproponujecie swoje ateistyczno-lewicowe kluby AA im. Karola Marksa – zobaczymy, jak wam pójdzie.
Witkowski pod pretekstem poruszania poważnego tematu wylewa frustracje dotyczące Kościoła i toksycznych mężczyzn, ale robi w ten sposób krzywdę osobom chorym, gdyż narzuca swój standard wychodzenia z tej strasznej choroby. Kim jest, żeby to czynić? Czy naprawdę ze sposobów radzenia sobie z chorobą należy czynić temat polityczny, gdy jakiś sposób jest nie w smak Witkowskiemu? Czy naprawdę ważniejsze jest to, że niepijący Rycerze Marii Panny nie zagłosują na „lewicę”? Nie pojmuję tej bezwzględności, bo to naprawdę nie służy ludziom chorym i chcącym się leczyć. Czasami jest coś ważniejszego: życie, które alkohol może odebrać.
W grupach AA ludzie uczą się chować do kieszeni swoje ego. Bardzo by się to przydało „lewicy”, bo coś mi się wydaje, że ich kluby AA pod wezwaniem przenajświętszej Krytyki Politycznej byłby formatowaniem ludzie w takim zakresie, że Kościół mógłby tylko o tym pomarzyć.
Witkowski w zakończeniu swojego tekstu pisze: „Jak spadek znaczenia Kościoła katolickiego i laicyzacja Polaków nie przynosi wzrostu liczby światłych wolnomyślicieli, tak abstynencja alkoholowa dla wielu nie oznacza wolności od życia w fantazji. Zamiast upowszechniania się ateizmu mamy więc rozwój nowej duchowości, często mocno eklektycznej (rozciągającej się od ufologii po grupy ewangelikalne). A zamiast wolnych od nałogu, samodzielnych dorosłych, mamy coraz więcej umundurowanych krzyżowców wiary. I tak to się będzie kręcić, dopóki nie znajdą się większe pieniądze na profesjonalną terapię – czyli, znając Polskę, nieprędko”.
Po pierwsze autor błędnie zakłada, że istnieje bycie wolnym od nałogu. Uzależnionym jest się do końca życia. Możesz być niepijącym, ale nadal jesteś chory i na pewno nie wolny, gdyż nie możesz i/lub nie powinieneś robić wielu rzeczy. Alkoholikiem jest się do końca życia, nie można być wolnym od tej choroby.
Po drugie, Witkowski błędnie zakłada, że profesjonalna terapia sprawi, iż ludzie nie będą pić, a jednocześnie tym, co im pomoże, będzie coś innego niż jakkolwiek pojęta siła wyższa, także Bóg. Otóż terapia nie definiuje tego, co ma pomóc. To ty sam musisz to określić – może być to Bóg, może być coś innego. Zdaniem niektórych terapeutów można wprowadzić nawet rozróżnienie na siłę większą oraz siłę wyższą. Tą pierwszą mogą być lekarz, terapeuta, psycholog, grupa AA, grupa wsparcia, czyli ogólnie ludzie, którzy mają większe doświadczenie w pokonywaniu choroby i mogą coś podpowiedzieć. Drugą zaś może być Bóg, ale dla wielu będzie to np. natura, czy bardziej ogólnie – system wartości. Dla jednych będzie to połączone z religią, a dla innych nie.
W takim ujęciu tekst Witkowskiego niepotrzebnie i nieprawdziwie straszy religijną indoktrynacją osoby chcące trzeźwieć. Niewiedza autora, czy też po prostu absolutne zideologizowanie, po prostu szkodzi.
Dlaczego pije więcej mężczyzn niż kobiet? Może to jakiś społeczny problem, nad którym warto byłoby się pochylić i głębiej go przeanalizować niż fantazjować o chłopach pańszczyźnianych? „Lewicy” ten problem nie obchodzi, bo problemy mężczyzn to – jak zwykle, koniec końców – faszyzm. Lewica jest przecież kobietą.
Tekst Witkowskiego pokazuje, że autor nie tylko nie ma wrażliwości społecznej, że brak mu choćby zalążka postawy badawczej, ale jest jeszcze głębszym wpychaniem mężczyzn w to, co krytykuje. Witkowski pisze, o czym już wspominałem, że tylko piętnaście procent uzależnionych ma dostęp do profesjonalnego leczenia, a reszta, wiadomo, jest skazana na religijną i paraduchową szarlatanerię i fantazję. Otóż głosując za obecną koalicją rządzącą przykłada się rękę do zdemontowania państwowej ochrony zdrowia, a konsekwencje dotkną wcześniej czy później także uzależnionych, „skazując” zapewne sporą część z nich na AA i Kościół katolicki. Nie wiem, jak liczne są zastępy rycerzy Maryi, ale jeśli Witkowski ma rację, to będzie ich coraz więcej. Dzięki niemu samemu i jemu podobnym. Kto na „lewicy” mieczem wojuje, ten od miecza zginie.
dr hab. Michał Rydlewski
Od redakcji: Warto przeczytać nasze inne teksty o tym, kim jest Witkowski. Sprawcą pijackich awantur urządzanych lokatorom „lewicowego” landlorda, autorem zmyśleń w tekstach, osobnikiem mocno umoczonym w odpłatną współpracę ze środowiskami skrajnie prorosyjskimi, autorem pseudonaukowych bredni wyśmiewanych przez fachowców itp.:
Czerwone onuce i antyfaszyzm w interesie Kremla
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Leczenie narkomanii from Pixabay
Od lat obserwuję ciążącą na polskiej lewicy „klątwę” wzajemnego niezrozumienia się z klasą ludową.
Tracimy narzędzie, dzięki któremu w ogóle można rozbić skostniałe struktury myślenia.