Miłość jako pochwała ryzyka

·

Miłość jako pochwała ryzyka

·

Mój tekst mówi o niepoddawaniu się w dwojakim rozumieniu. Po pierwsze o niepoddawaniu się, w sensie nieulegania, jednostronnej krytyce miłości romantycznej, w tym jej psychoterapeutyzacji, która prowadzi do epoki emocjonalnego zlodowacenia. Po drugie o niepoddawaniu się jako człowiek, nieskładaniu broni w obliczu ryzyka, otwierającego na miłość, której istotą jest namiętność.

Na początek dwa filmowe obrazy.

Obraz pierwszy to „Skutki miłości” Paolo Sorrentino. Główny bohater, Titta di Girolamo, to pięćdziesięcioletni mężczyzna, księgowy, czyli przedstawiciel bodaj najnudniejszego zawodu świata. Nie zmienia tego nawet fakt, że jest księgowym mafii, która uwięziła go w hotelu. W tym sensie żyje on w nie-miejscu, gdzie ludzie są fizycznie razem, lecz poza tym nic ich nie łączy. Co więcej, hotel ten znajduje się w Szwajcarii, kraju niesłynącym z szaleństwa. Bohater żyje w absolutnej rutynie dnia codziennego, która obok autentyczności stała się fetyszem ponowoczesnej troski o siebie, dzień po dniu pogrąża się w Piekle Tego Samego, jak powiedziałby Byung-Chul Han.

W życiu Titty nic się nie dzieje, jest nudne, wręcz depresyjne. Aby w nim trwać czy przetrwać, określonego dnia tygodnia o ustalonej porze przyjmuje dawkę heroiny. To nawet nie tyle ekstasis, wyjście poza siebie, ile chwila ulgi. Bohater unika nawet codziennych, rytualnych formuł komunikacyjnych, nie odpowiada na „dzień dobry” barmance Sofii, w barze, w którym przesiaduje, przyglądając się światu – zawsze zajmując pozycję widza. Jest niewidoczny, jak każdy nieśmiały człowiek – twierdzi. Sofia go jednak widzi. Między nimi rodzi się uczucie, choć w filmie pokazane tak oszczędnie, że w zasadzie jakby go nie było – ujawnia się w zaledwie kilku spojrzeniach, a namiętność widać jedynie, gdy Titta nie może oderwać oczu od nagich pleców i kawałka odsłoniętej piersi Sofii. Dziewczyna robi to celowo, jakby sprawdzała istniejące w nim pokłady namiętności, to, czy będzie mógł się kontrolować. Titta nie może. Bohater w pewnym momencie podchodzi do baru i mówi: „Siadając przy tym barze robię najbardziej ryzykowną rzecz w swoim życiu”.

Od tego momentu film nabiera tempa. Wyrwany z apatii bohater kradnie pieniądze mafii i planuje ucieczkę z barmanką. Nie udaje się, mafia okazuje się inteligentniejsza. Titta, choć absolutnie przerażony, mówi w twarz szefowi mafii, że nie odda mu pieniędzy i wie o konsekwencjach – zostanie zabity. To jednak nieważne, gdyż żyje naprawdę, choć przez chwilę, pomimo że miłość nigdy się nie spełni, Sofia i Titta nie będą razem. Wie, że było warto. Gdy zostaje zatopiony w betonie, nie prosi, nie błaga o życie, nie wydaje się nawet przerażony. Ma świadomość, że to właśnie teraz żyje, nie żył wcześniej, nie da się bowiem żyć bez miłości, która jest domem Bycia. Trudno powiedzieć, co wyraża jego nieruchoma twarz – to dobry pretekst do studium z zakresu filmowej semiotyki twarzy. Czy umiera żałując, że nie żył naprawdę, bo nie kochał? Czy śmierć jest mu obojętna, bo właśnie teraz kocha? Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie, co czyni z filmu Sorrentino prawdziwą zagadkę.

Jedno jest wszak pewne: skutkiem miłości jest zawsze, wcześniej czy później, śmierć, ale to nie powinno nikogo kłopotać, bo skutkiem życia jest śmierć, a bez miłości umiera się już za życia. Jest się trupem. Śmierć nie jest problemem, to brak miłości nim jest. Miłość zaczyna się od podjęcia ryzyka, i sama w sobie jest ryzykiem, gdyż jest ofiarowaniem siebie Innemu, w tym sensie jest ekstasis, wyjściem poza siebie. Eros, popęd miłości, dzięki krwi tętniącej w końcu w żyłach Titty, pozwolił wyrwać się bohaterowi z hotelu-metafory świata, w którym został uwięziony, depresyjnego Piekła Tego Samego, rutyny dnia codziennego, braku relacji międzyludzkich oraz kalkulującej produktywności na rzecz pomnażania mafijnego kapitału.

Jak pięknie pisze Han, splatając kluczowe dla siebie wątki filozoficznej diagnozy agonii Erosa: „Depresja jest chorobą narcystyczną. Prowadzi do niej przeładowana, chorobliwie zniekształcona wsobność. Podmiot narcystyczno-depresyjny jest wyczerpany i znużony samym sobą. Jest bezdomny, bez świata i opuszczony przez Innego. Eros i depresja są przeciwieństwami. Eros wyrywa podmiot z siebie i prowadzi w kierunku Innego. Depresja pogrąża go w sobie. Narcystyczny podmiot jest w dzisiejszych czasach przede wszystkim nakierowany na sukces. Sukcesy niosą ze sobą potwierdzenie Ja przez Innego. Ograbiony ze swojej inności Inny zostaje przy tym zdegradowany do zwierciadła Ja – Ja potwierdza się w nim. Ta logika prestiżu wikła narcystyczny podmiot osiągnięć jeszcze głębiej we własne ego. W ten sposób rozwija się depresja sukcesu. Depresyjny podmiot zatapia się i topi się w sobie. Eros natomiast umożliwia doświadczenie Innego w jego inności, które wyprowadza Ja z narcystycznego piekła. Eros uruchamia dobrowolną odmowę siebie, dobrowolne opróżnienie siebie. Podmiot miłości ogarnięty zostaje przez wyjątkową słabość, której równocześnie towarzyszy poczucie siły. To uczucie nie jest jednak dziełem Ja, lecz darem Innego. […] Eros przezwycięża depresję” (Byung-Chul Han, „Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje”, s. 154–155).

„Skutki miłości” Sorrentino świetnie obrazują tezy zawarte w Hanowskiej „Agonii Erosa”. Istotny jest tutaj fakt, że aby Eros przezwyciężył depresję, musi istnieć zdolność do podjęcia ryzyka. W takim ujęciu to nie miłość jest prawdziwym obiektem ataku, ale ryzyko. To ono jest bowiem przeciwstawnym biegunem bezpieczeństwa podmiotu zamkniętego na porywy szaleństwa i życie w granicach swojej skóry. Kiedyś Rozum, dzisiaj bezpieczeństwo. Oto nowy fetysz spsychoterapeutyzowanej kultury.

„Skutki miłości” rozpoczynają się długą sceną podróży bohatera ruchomymi schodami, które nie prowadzą ani ku górze, ani w dół, jak to jest zazwyczaj. Po co używać ruchomych schodów, gdy nie jest wysiłkiem poruszanie się na dwóch nogach po płaskiej powierzchni? Czy sugeruje to, że nie potrafimy samodzielnie poruszać się na własnych nogach? Czy tracąc zdolność ryzyka, otwierającego na tajemnicę miłości, jej przemoc i utratę kontroli, nie tracimy ludzkiej kondycji (wszak poruszanie się na dwóch nogach jest cechą definicyjną ludzkiego gatunku)? Może zabrakło nam twardego i szorstkiego gruntu, bo tylko opór jest ważny, gdyż trzeba go pokonać, a w ślizganiu się po życiu nie ma oporu. Ryzyko jako filozofia oporu.

Obraz drugi to „Droga do szczęścia” z Kate Winslet i Leonardo di Caprio. Bohaterami filmu jest małżeństwo Wheelerów. Akcja dzieje się w latach 50. na amerykańskich przedmieściach. Bohaterowie pozornie prowadzą ustatkowane i dobre życie, mieszkają literalnie przy drodze do szczęścia (taki jest ich adres), lecz pod tym starannie wyreżyserowanym dla innych spektaklem kryje się ogromna frustracja, gdyż nie są oni ludźmi spełnionymi, nie realizują swoich marzeń: Frank ma nudną pracę w biurze, a April jest niespełnioną aktorką. Frank ma nawet kochankę, przy czym nie chodzi tutaj o seksualne pożądanie, ale o zabicie nudy, choć i to się nie udaje i Frank czuje ogromne wyrzuty sumienia, gdyż bardzo kocha żonę. W gruncie rzeczy sam nie wie, po co to robi, chce czegoś innego, ale nie ma odwagi i nie potrafi zaufać swojemu szaleństwu.

W czasie jednej z rozmów, a potrafią ze sobą pięknie rozmawiać, szczerze i mądrze, Frank mówi, że chce czuć życie, czuć je tak naprawdę. Przypomina sobie moment z niedawnej wojny, gdy po raz pierwszy ruszył na wroga. „Pewnie, miałem pietra – mówi – jak każdy jeden, ale w środku nigdy nie czułem się lepiej. Czułem, że jest we mnie pełno życia, pełno krwi. Wszystko wydawało mi się bardziej realne. Żołnierze w mundurach, śnieg na polach, drzewa… A my tylko sobie szliśmy. Byłem przerażony. I wtedy myślałem: «To jest prawda»”. „Też kiedyś tak się czułam” – mówi April. „Kiedy?” – pyta Frank. „Kiedy po raz pierwszy wyznałeś mi miłość” – odpowiada.

Pewnego dnia April, dużo bardziej odważna niż Frank, postanawia namówić męża, aby porzucić dotychczasowe życie i wyjechać do Paryża. Postanawiają zaryzykować, aby spełnić marzenia, być sobą, odnaleźć siebie, jakkolwiek to określić, chodzi o porzucenie roli w spektaklu, gdyż jego scenariusz nie jest napisany przez nich samych – w tym sensie wiodą życie nieautentyczne. Frank się zgadza. Po wizycie u sąsiadów, podobnych do nich, mówi, śmiejąc się, że opowiadając o Paryżu czuł się tak, jak wtedy na wojnie. W tym momencie żyje.

Pytanie, jakie w gruncie rzeczy zadaje ten film, to pytanie o naszą wyjątkowość. Czy jesteśmy oryginalni? Inni niż wszyscy? Co o tym ma przesądzać? Nie wiemy właściwie, czy Wheelerowie są wyjątkowi, i oni też się tego nigdy nie dowiedzą, bo nie podejmą ryzyka wyjazdu. W tym sensie ryzyko jest pierwszym krokiem na drodze do szczęścia, analogicznie jak ryzyko jest pierwszym krokiem ku miłości.

Ryzyko jest także podstawą, jak u Wheelerów, poznania siebie: kim jestem? Na co mnie stać? Do czego jestem zdolny w imię przekonania się, czy moje wyobrażenia o samym sobie są tylko wyobrażeniami, czy mogą się urzeczywistnić? Jestem tchórzem czy bohaterem? Tego nie da się przesądzić, zagłębiając się w psyche na krześle u psychoterapeuty, tego się dowiadujesz w zderzeniu z Realnym objawiającym prawdę, a nie poprzez wędrówkę w wyimaginowanego siebie. Temu służyły plemienne obrzędy przejścia, o tym przecież mówi wielka literatura: czy uciekniesz, jak Jim u Conrada, z tonącego statku – czy nie; czy puścisz linę, na której trzymasz wielkiego marlina – czy nie, jak Santiago Hemingwaya.

Ryzyko jest drogą do poznania bardziej siebie niż świata, świat nawet nie musi o podjętym ryzyku wiedzieć, a czasami nawet nie powinien. Czasami może widzieć porażkę, która tak naprawdę była wygraną niemierzalną liczbami tego świata. Ryzykowny impuls, wola mocy, toczenie swojej małej wojny, to pewien nietzscheański z ducha sposób bycia w świecie, tak pięknie opisany przez Alana Silitoe w „Samotności długodystansowca”. W świecie, w którym wszystko musi być komunikowane innym, taka postawa wydaje się niedorzeczna, co wynika z kulturowo-komunikacyjnego rozpoznania, że życia nie przeżywa się już w środku, lecz jest ono spektaklem wyświetlanym dla innych – stąd deficyty w przeżywaniu życia, doświadczenie stało się bowiem towarem na sprzedaż, kiedyś było twoim skarbem. Dzisiaj, jeśli nie jest pokazane, nie jest nic warte. Wcześniej było odwrotnie, gdyż moje Ja było cenne. Dzisiaj – paradoksalnie – mamy do czynienia z pohańbieniem Ja, gdyż stało się ono czymś do oglądania (jest widokiem), środek zaś, który trzeba by usłyszeć, bywa nierzadko pusty. Ja stało się ekranem, na którym wszyscy oglądają ten sam nudny film.

Co nie mniej ważne, Bóg czy los, każdy niech wybierze własną instancję, daje nam czasami więcej szans na stanie się kimś, kim być chcemy, bo Jim w ostateczności okazuje się, czy staje się, kimś godnym w swoich oczach, choć na końcu umiera, lecz nie jako tchórz, analogicznie jak bohater Sorrentino, który wybrał ryzyko i miłość, a nie tchórzostwo i nie-życie, nawet jeśli ten wybór trwał tylko chwilę. Lepsza chwila miłości niż całe życie bez niej. Każda miłość jest pierwsza i nigdy nic nie jest stracone, nawet do ostatniej chwili, co wiąże się z nadzieją, której ducha, jak mówi Han, trzeba ożywić. Jest ona tak samo niezbędna jak marzenie, jest ona naszym pierwszym zadaniem, ten sekretny napęd porzucenia rezygnacji każe wierzyć, że bez niej życie byłoby stracone. A zatem: nadzieja, ryzyko, miłość.

Pochwała ryzyka głoszona przez te dwa filmy została wnikliwie opisana w książce pod tym samym tytułem przez Anne Dufourmantelle. Ukazała się ona w 2014 roku, w polskim przekładzie w 2022 roku, a zatem jest późniejsza niż oba filmy.

To książka wybitna, będąca w istocie zachętą do naruszenia zasad ostrożności i przezwyciężenia lęku przed drugą osobą, ale także społecznością – w tym sensie ma wymiar polityczny. Poza kilkoma omówieniami nie doczekała się pogłębionej analizy, co wynika z faktu, iż to filozofia afirmująca wszystko to, co trzeba poddać psycho-egzorcyzmom. Jeśli jest czytana, to być może także z tego powodu, że autorka swoim życiem niejako zaświadczyła o filozoficznej diagnozie: uratowała dwoje tonących dzieci swoich znajomych, lecz jej samej nie udało się uratować.

Jej zdaniem nasza kultura nie potrafi już myśleć inaczej o ryzyku niż robiąc z niego bohaterski czyn, czyste szaleństwo lub zaburzenie, czyli psychologizować. „A co, jeśli – pyta Dufourmantelle – ryzyko wyznacza terytorium, zanim jeszcze dokona się czyn, zakłada pewien sposób bycia, tworzy pewną linię horyzontu” (s. 9). Jaki to sposób bycia? Przede wszystkim żywy i życiodajny, albowiem „ryzykować życie to po pierwsze – nie umierać. Nie umierać za życia, poprzez wszystkie formy rezygnacji, białej depresji, poświęcenia. Ryzykowanie życia w decydujących momentach naszego istnienia jest aktem, który nas prześciga, wychodzi bowiem od wiedzy, której jeszcze nie mamy, niczym intymne, osobiste proroctwo – jest momentem nawrócenia” (s. 10). Ryzyko otwiera przestrzeń nieznanego: „Jest walką, w której nie będziemy znali przeciwnika, pragnieniem, którego nie poznamy, miłością, której twarzy nie zobaczymy, czystym wydarzeniem” (s. 9).

Francuska filozofka, będąca także psychoanalityczką, sporo miejsca poświęca namiętności. Jej zdaniem jest ona samą substancją ryzyka. Jak pisze Dufourmantelle: „Namiętność to po łacinie passio – znoszenie czegoś, pochodzi zatem od odczuwania bierności w najwyższym natężeniu, ale też akceptacji bycia pozostawionym w tym co nieznane, utraty punktów odniesienia, a nawet własnej tożsamości. Można obrać kurs, ale nie można wydać rozkazu wiatrom” (s. 32). To stan niezależny od nas, a zatem niebezpieczny, sprawiający, że „Namiętność jest torturą, oczekiwanie stanie się w niej męką piekielną, spóźnienie budzi tysiące wyobrażeń, jakiekolwiek uchybienie drugiej osobie budzi grozę, w którą od razu zapuszcza się zdrada. Ale to, co namiętność pozwala przeżyć, ma taką właśnie cenę: ogromną” (s. 32).

Miłość romantyczna, która cechuje się obsesyjną wręcz namiętnością, jest ryzykiem dlatego, że powierzamy siebie temu, co nieprzewidywalne. Pragniemy dzisiaj intensywności bez ryzyka, a to niemożliwe, dlatego podejmuje się próby zabicia miłości poprzez poddanie jej krytyce z punktu widzenia troski o siebie, jej racjonalizacji, a co gorsza, „pracy” nad nią jak nad towarem zakupionym w sklepie. To absolutne utowarowienie miłości sprytnie podszyte językiem terapii, które w efekcie wytwarza jeszcze więcej problemów bohatersko „leczonych” poprzez zamknięcie jednostki w granicach swojej skóry, skazując na niemoc przekroczenia siebie oraz wyganiane Innego jako obiektu miłości z horyzontu własnego życia. Zostaje tylko estetyczno-narcystyczne romantyzowanie swojego nudnego życia.

Bez ryzyka jako sposobu bycia stajemy się martwi za życia. Gdy nie podejmujemy ryzyka, stajemy się swoimi pierwszymi grabarzami, a całun spowija nas już za życia – mówi Dufourmentelle. Jej zdaniem nie podejmujemy ryzyka właśnie z tego powodu: „Umieramy małą śmiercią – spokojną, oczywistą, nawet urokliwą, taką z ogródkiem i pejzażem, różnymi rozrywkami i przyjemnościami, nic łatwiejszego, dostaniecie wszystko pod warunkiem, że wyrazicie zgodę. Ależ skąd! Nie prosimy o waszą duszę, nie, nie, żadnego faustowskiego paktowania. Diabeł dawno stąd odszedł, to już go nie interesuje. To życie was dręczy, spotkanie z oczywistością, dajcie sobie wreszcie spokój, podpiszcie tutaj, nie ma już żadnego piekła, a my zajmiemy się resztą. Dzieci, życie w stresie, seks i miłość – wszystko to możecie nam powierzyć, warto się odciążyć, zejść na trochę z posterunku, zluzujcie, śmierć za życia to nie jest zły interes, zobaczycie…” (s. 80-81).
Współczesna, martwiejąca kultura, jak w dwudziestowiecznych dystopiach, podsuwa pigułkę, jak leki przeciwlękowe, antydepresanty, morfina czy haszysz, która zastąpi lęk, pożądanie, wygasi iluzje i oczekiwania, nie będzie już nudy, frustracji, zachcianek, izolacji. Oto, co się zdaniem Dufourmantelle z nami wydarzy: „Dostaniecie to, co przeczuwaliście, choć nie rozumiejąc jeszcze swojego pragnienia. Tego, że żaden przedmiot, o nie, nie zaspokoi waszego głodu ani waszego płaczu. Żaden przedmiot nie zwróci wam pragnącego ciała. I nieważne jaką substancję połknęliście, bo oto kolejny (przedmiot, lek, artefakt), i jeszcze jeden… Stopniowo zapomnicie, na co czekaliście, a wasze pragnienie zgubi się w splocie świata oddanego różnym sprawom i wydajnym ready made… Po co się upierać? Wystarczy złożyć broń, odpowiednio ułożyć gesty i preteksty, nieporozumienia i wymówki, a następnie łagodnie podążyć swoją drogą bez szaleństwa i wolności, bez zgrzytów, ani cienia, ani światła – nie będzie to od was prawie nic wymagało. Nawet seks nie będzie już problemem. A jeśli ból życia się utrzyma – bo jednak klinicznie będziecie żywi – inne leki nasenne pokonają wasze ostatnie skrupuły i uporczywe lęki. I to właśnie będzie wyzwolenie, żadnych więcej przywiązań, tylko lekkie jak bąbelki szampana koneksje. Zostaniecie pogrzebani żywcem, będziecie spać w lekkich mogiłach” (s. 81).

Znamy to, prawda? Nigdy nie można złożyć broni, gdyż jeśli się to zrobi, pozostaną dwa opłakane w skutkach scenariusze życia. Pierwszy to ucieczka. Ucieczka od innych ludzi, przy okazji krzywdząc ich i porzucając, ale przede wszystkim od siebie samego – byle dalej od Ja. Drugi to czekanie. Czekanie, jak w pięknej książce Dino Buzzatiego pt. „Pustynia Tatarów”, na coś, co nie nadejdzie, gdyż jedyne, co nadchodzi, to śmierć – dlatego wcześniej trzeba żyć, to znaczy kochać – a to znaczy ryzykować.

dr hab. Michał Rydlewski

Grafika w nagłówku tekstu: Peggy und Marco Lachmann-Anke from Pixabay

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie