Andrzej Strug: Wódz a żołnierz (1920)

·

Andrzej Strug: Wódz a żołnierz (1920)

·

Wódz Naczelny – to głowa całego wojska, to dusza wszystkiego żołnierstwa. Na jego rozkaz poruszają się olbrzymie armie, on rozporządza się życiem żołnierzy, on ma obowiązek wiedzieć o wszystkim, co dotyczy wojska. Wódz Naczelny odpowiada za całość spraw wojskowych, a za to ma prawo rozkazywać każdemu, kto nosi mundur wojskowy. Powinni mu są ślepe posłuszeństwo generałowie, oficerowie i żołnierze.

Ogromna jest władza Wodza Naczelnego. Wysoko stoi on nad całym wojskiem, ale też musi posiadać wielkie zalety rozumu i charakteru. Musi znać do gruntu sztukę wojskową, ale tego nie dosyć. Potrzebna mu jeszcze silna wola i tęga wytrzymałość, bo na wojnie różne bywają koleje, a Wódz Naczelny musi wszystkim dawać z siebie przykład odwagi i męstwa, nawet w największych przeciwnościach.

Dużo wymaga się od Wodza, toteż każdy naród dobiera sobie na wodza najlepszego z generałów, po długich próbach i po głębokim namyśle.

Naród polski nie potrzebował się namyślać, gdy obierał swego Wodza Naczelnego. W Polsce był jeden tylko człowiek godny tego zaszczytu – Józef Piłsudski. Toteż bez żadnych sporów oddano mu władzę nad wojskiem, jak również obrano go Naczelnikiem Państwa, to znaczy, powierzono mu czuwanie nad najważniejszymi sprawami państwowymi. Było to w listopadzie roku 1918, kiedy Polska rozpoczynała swój żywot niepodległy.

Był to czas wielkiej radości ale i wielkich kłopotów, Polska musiała się urządzać i budować, a zaczynać od samych początków, bo nic u nas nie było – ani rządu, ani sejmu, ani żadnych władz państwowych. A tu ze wszystkich stron grozili wrogowie naszego narodu, aby pognębić odradzającą się Polskę i urwać dla siebie to, co im się nie należało. Grozili nam Niemcy, Czesi, Moskale, Ukraińcy.

Toteż najpierwszą rzeczą było stworzyć i zebrać w Polsce siłę zbrojną, żeby osłonić kraj od nieprzyjaciela i móc dopiero spokojnie urządzać swój byt państwowy. To trudne zadanie naród powierzył Wodzowi Naczelnemu i on tego dokonał szczęśliwie, przełamując ogromne przeszkody, i kiedy na jesieni roku 1918 nie mieliśmy prawie żadnego wojska – dzisiaj po półtora roku mamy armię milionową.

Wódz Naczelny rozkazuje i setki tysięcy żołnierzy słucha jego rozkazów. Ale żołnierz to nie maszyna, a żywy człowiek, więc nie wystarcza mu ślepo słuchać, żołnierz chce wiedzieć, kto mu wydaje rozkazy, jakim człowiekiem jest Wódz Naczelny. On chce znać swojego wodza i ma do tego prawo. Każdy żołnierz wie, że w wojsku posłuszeństwo jest najpierwszym obowiązkiem. Ale to nie znaczy, żeby go nie obchodziła osoba wodza. Przeciwnie, tym lepsze jest posłuszeństwo, im lepiej żołnierz zna swego wodza i gdy poznawszy – pokocha go jak ojca rodzonego. Wtedy posłuszeństwo idzie nie tylko z karności wojskowej, ale wypływa ze szczerego serca.

Wojsko, które wie i rozumie, za co walczy i które kocha swego wodza, zawsze zwycięży i obroni ojczyznę od największego nawet niebezpieczeństwa.

Ale Wódz Naczelny stoi zbyt wysoko ponad żołnierzem. Nawet olbrzymia część wyższych oficerów nie ma możności rozmawiania z nim i zżycia się z nim, a cóż dopiero żołnierz ogromnej armii. Wielu z was widziało go na przeglądach lub przy zwiedzaniu koszar. Wielu z was widziało go na froncie. Z niejednym Wódz Naczelny pogadał przy sposobności – i tyle. Przy swojej ogromnej pracy nie ma on czasu na obcowanie osobiste z żołnierzami, choć kocha ich jak ojciec i z każdym rad by pogwarzyć.

Ale był czas, za początków polskiego wojska, za Legionów, kiedy wszyscy żołnierze znali swego Komendanta i widywali go codziennie. Mało nas było wówczas, bo tylko jedna brygada, więc żyliśmy ze sobą jak jedna rodzina, a w tej rodzinie był Komendant jako ojciec, opiekun i przyjaciel.

My, starzy żołnierze Legionów, pamiętamy dobrze te czasy, to też ja, wysłużony kapral I Brygady, dziś inwalida – chcę opowiedzieć młodszym kolegom o początkach wojska polskiego i o tym, który stworzył to wojsko, o Komendancie Piłsudskim.

My z I Brygady, jak nam się zdarzy szczęście rozmawiać z Naczelnym Wodzem, nie tytułujemy go panem Generałem ani panem Marszałkiem, ani Wodzem Naczelnym, ale po staremu, po prostu „Komendantem”. A i on to lubi, bo mu to przypomina dawne czasy, kiedy to mógł żyć blisko po ojcowsku ze swymi chłopcami.

***

Od powstania – 1863 roku nie było w Polsce własnego wojska. Od tego czasu po raz pierwszy wystąpił żołnierz polski podczas rewolucji 1905-1907 roku. Byli to bojowcy, robotnicy i chłopi, którzy dzielnie walczyli przez trzy lata o niepodległość Polski przeciwko carskim rządom Wielu z nich zginęło w walce na szubienicy i po sybirskich katorgach. A przewodził im nasz komendant Piłsudski i wraz z nimi, jako ze swymi żołnierzami, dzielił niebezpieczeństwo i co dnia i co godziny przez całe te trzy lata narażał swoje życie.

Po rewolucji komendant zamierzył wielki plan stworzenia organizacji, która by przygotowała zastęp oficerów, podoficerów i żołnierzy dla przyszłej walki o niepodległość Polski. Od roku 1909 cały świat oczekiwał wielkiej wojny europejskiej, więc Komendant chciał na ten czas przygotować i w Polsce bodaj skromny zaczątek siły zbrojnej.

Trudno to szło, bo myśl o własnym wojsku była w Polsce zbyt nowa i niesłychana. Wielu poważnych ludzi wyśmiewało się tylko z tego pomysłu, ogół był zupełnie obojętny. Ale Komendant wytrwał.

Na początek pracował z nielicznymi przyjaciółmi swymi i z towarzyszami broni z organizacji bojowej, ale wkrótce otoczyła go szlachetna młodzież polska i już w roku 1912 setki i tysiące młodych ludzi z całej Małopolski ćwiczyło się w nauce wojskowej. Komendant sam uczył tę młodzież musztry, uczył po szkołach oficerskich, po obozach ćwiczebnych, na manewrach. Wszyscy go znali i wszyscy go kochali.

Toteż gdy 6 sierpnia 1914 roku Komendant wydał rozkaz mobilizacyjny stawili się wszyscy strzelcy zorganizowani w Związku Strzeleckim, a oprócz nich inne koła młodzieży oddały się również pod jego komendę, gdyż głośne już wówczas imię jego pociągnęło wszystko, co w Polsce byłe młode, zdrowe i szczerze pragnące walki o niepodległość.

Zaczęła się wielka wojna światowa. Garść polskich legionistów poszła do walki przeciwko moskalom. Ciężkie to były czasy dla naszego młodego żołnierza, bo ani Austria, ani Niemcy nie życzyły sobie udziału Polaków w wojnie. Państwa te bały się silnego wojska polskiego, więc wszelkimi sposobami utrudniały nam rozwój, a nawet istnieją słuszne poszlaki, że w tych pierwszych czasach parokrotnie z całym rozmysłem wystawiały I Brygadę na zniszczenie przez nieprzyjaciela.

A druga brygada Legjonów, uformowana później, została wysłana w Karpaty – jakby na zatracenie na najcięższy odcinek, gdzie też od razu poniosła ogromne straty.

Prawdę wam powiadam, koledzy, że trudno było wytrzymać, bo każdy żołnierz mógł zapytać, po co i na co zda się nasza krew i ofiara, jeżeli ci, którzy mieli być naszymi sojusznikami, radzi byli nas wytracić. Ale nasz żołnierz nie pytał, bo każdy był uświadomiony narodowo i wiedział, że nie po to poszliśmy na wojnę, żeby pomagać Niemcom i Austriakom, albo żeby się im przypodobać, ale na to, żeby bić Moskala, żeby nauczyć się wojować i żeby okazać światu i Polsce, że są tacy Polacy, co z własnej woli i ochoty biją się za niepodległość ojczyzny. A co potem będzie – mówiło się u nas – zobaczymy. Niech jeno padnie Moskal, pierwszy wróg, będziem myśleli o Niemcach i o Austriakach.

Tego jeszcze przed wojną uczył nas komendant i zapowiadał nam, że na wojnie nie będzie nam łatwo, a że nam polskim żołnierzom będzie właśnie najciężej. I zapowiadał nam, że wytrwałość i ciepliwość – to największe cnoty żołnierskie.

Pamiętaliśmy dobrze jego nauki i wytrzymywaliśmy, nieraz klnąc i zaciskając zęby, ale trzeba to wyznać teraz, że niewielu z nas wytrwałoby do końca w ciężkiej służbie, gdyby nie to, że Komendant był z nami. Wiedzieliśmy, że on za nas myśli i czuwa, że wraz z nami dzieli naszą dolę. On nas wszystkich krzepił i ze siebie dawał przykład, jak znosić tę niedolę żołnierza, który walczy i krew przelewa, a jest jakby w niewoli i na wysługach u obcych.

Ciągnęła się wojna przez rok i przez drugi rok i nie było widać jej końca. A u nas w Legionach nie było lepiej, ale może nawet coraz gorzej. Rządzili nami austriaccy generałowie, a potem od roku 1916 Niemcy. Pilnowali nas i trzymali pod ciągłym dozorem, do czego używali zniemczonych Polaków, będących u nich na służbie.

Komendant dzielnie bronił samodzielności i polskości swojej brygady. Nigdy nie ustąpił, kiedy chodziło o godność polskiego żołnierza. Znosił liczne dolegliwe kłopoty i dokuczanie ze strony różnych sztabów austriackich i nigdy nie szedł łatwą drogą ustępowania, ale właśnie – na przekór. A gdy otrzymywał polecenie lub rozkaz, które groziły brygadzie zatraceniem lub godziły w honor żołnierza, odmawiał Austriakom posłuszeństwa i robił po swojemu. Generałowie austriaccy oburzali się na to i nieraz odgrażali się, że postawią Piłsudskiego przed sądem polowym – ale bali się jego wielkiego znaczenia w Polsce i ustępowali.

Gdyby nie on, rozleciałyby się Legiony, a najprędzej austriaccy generałowie komenderujący wytraciliby je co do jednego żołnierza, bo zawsze chcieli pchać legionistów polskich na najgorsze pozycje.

On oszczędzał krwi polskiego żołnierza. Powiadał nieraz: naszym zadaniem nie jest pomagać Austriakom i Niemcom, ale uczyć się sztuki wojowania i przetrwać do lepszych czasów dla Polski i dla przyszłego narodowego wojska naszego.

To nie znaczy, żeby unikać walki i strat. Przeciwnie! Od swoich oficerów i od żołnierzy Piłsudski wymagał jak największej odwagi i ofiarności. Dokonał on ze swoją brygadą wielu znakomitych czynów bojowych, które wzbudzały podziw Austriaków i Niemców. Tysiące dzielnych ludzi, oficerów i żołnierzy padło w bojach pierwszej brygady.

Komendant powtarzał nam od samego początku: powinniśmy dowieść i Austriakom, i Niemcom, i Moskalom, że młody polski żołnierz przoduje na tej wojnie swoim męstwem i swoją wytrzymałością. „My legioniści musimy dokonać wielkich czynów bojowych, choćby nas to drogo kosztowało. Mało nas jest, ale znaczenie nasze dla Polski jest ogromne. Wielu z nas zginie, zanim doczekamy wolnej Polski, ale za to reszta – będą to najdzielniejsi oficerowie i żołnierze i ci dobrze przysłużą się ojczyźnie, gdy będziemy kiedyś tworzyć wielką armię narodową. Pamiętajcież o tym, chłopcy!”.

Pamiętaliśmy o tym zawsze.

***

W naszych walkach przez cały czas wojny widzieliśmy zawsze Komendanta między sobą. On nami dowodził, on nam z siebie dawał przykład wytrzymałości i odwagi. Nieraz w ciężkim ogniu drżeliśmy z obawy, że nam go śmierć odbierze. Z początku oficerowie prosili go i błagali, żeby się oszczędzał. Przedstawiali mu, że on, nasz wódz, potrzebny jest nam żołnierzom i całej Polsce, że bez niego będzie pusto i kiepsko, bo jego osoba, jego wola i rozum mają ogromną wagę dla całego narodu.

Ale on tego nie słuchał i na to nie zważał. Wreszcie znudziły mu się te prośby i pewnego razu zapowiedział ostro, że jak mu jeszcze raz który ze sztabu ośmieli się wśród ognia wystąpić z podobnym gadaniem, to go zdegraduje z oficera na prostego żołnierza.

Wiedział Komendant, co robił. On chciał żołnierza nauczyć wytrwałości i niezłomnego męstwa. Chciał, żeby legionista polski wyrobił się na najlepszego w świecie bojownika. I sam chciał dać przykład. Jednak trzeba powiedzieć prawdę, że narażał się nieraz i zupełnie niepotrzebnie już tylko z wielkiego zapału bojowego i ze swojej ochoty rycerskiej.

Nieraz bywaliśmy z brygadą w ciężkim położeniu, kiedy nieprzyjaciel nas osaczał ze wszystkich stron i kiedy zdawało się już pewne, że ani jeden z nas nie ujdzie śmierci lub niewoli – co dla nas jedno znaczyło, bo Moskale ogłosili, że naszych jeńców będą wieszać, i tak też czynili.

W trudnych godzinach Komendant zawsze był z nami, blisko żołnierza, jak gdyby chciał powiedzieć w tej grozie położenia: „No, chłopcy, razem nam żyć, razem nam ginąć!”. I żołnierze, widząc Go między sobą w takich chwilach, walczyli jak bohaterowie i nieraz przełamali nieprzyjaciela i wyszli cało z największego niebezpieczeństwa, kiedy zdawało się, że już nie ma żadnego ocalenia.

Zdarzało się to wiele razy, a więc chcę wam, młodzi koledzy, opowiedzieć choć parę z takich ciężkich przepraw wojennych, w których sam byłem razem z Komendantem.

***

Było to w połowie września 1914 roku. Właśnie Moskale przełamali byli front pierwszej ofensywy austriackiej i zajęli Lwów, osaczyli twierdzę Przemyśl i szli na linię Sanu.

Pierwsza Brygada pod parciem nieprzyjaciela dokonała odwrotu z Kielc za Wisłę do Małopolski. Po paru dniach wypoczynku rozkazem komendy korpusu, do którego należała nasza brygada, zostaliśmy przeznaczeni do osłony robót przy moście, który miał być budowany na Wiśle dla nowej zapowiedzianej ofensywy austriackiej.

W tym celu nakazano nam przeprawić się na tamtą stronę. A po tamtej stronie nie było ani jednego żołnierza austriackiego. Krążyła tam w wielkich masach kawaleria rosyjska i pilnowała wszystkich brodów i przepraw na rzece. Dlaczego właśnie nam legionistom polskim dano takie właśnie ciężkie zadanie? Chyba dlatego, żeby nas wytracić co do nogi i pozbyć się kłopotu z Legionami.

Ale komendant podjął się zadania, bo liczył na dzielność swoich żołnierzy i chciał ich wypróbować w ciężkiej przeprawie. Dotychczas bowiem brygada nie miała poważnych starć z nieprzyjacielem od chwili pięknego pierwszego odwrotu z Kielc (15 sierpnia), który był chrztem bojowym dla naszych kompanii kadrowych.

Pierwszy wywiad kawalerii wpław wypłoszył patrole rosyjskie z Nowego Korczyna, a nazajutrz nasza kawaleria i parę batalionów piechoty przeprawiły się na tamten brzeg. Od razu poszliśmy ku Wiślicy i wieczorem zajęliśmy folwark i wieś Czarkową nad rzeką Nidą.

Odtąd w ciągu dziesięciu dni wytrzymywaliśmy straszny nacisk kawalerii rosyjskiej i wytrwaliśmy na stanowisku, samotni, bez żadnej pomocy ze strony Austriaków, którzy stali sobie bezpiecznie po tamtej stronie. I kawaleria, i piechota staczały codziennie utarczki i bitwy, ale w końcu trzeba było myśleć o odwrocie, bo zbyt ogromna była przewaga sił nieprzyjacielskich. Dnia 24 września przed wieczorem Moskale otoczyli nas półkolem i przyparli nas do samej rzeki w miasteczku Opatowcu i we wsi Winiarach.

A tu z powodu ciągłych deszczów Wisła przybrała ogromnie, a z Dunajca wpadającego tuż waliły wciąż spienione fale powodzi.

I teraz podłe Austriaki nie przychodziły nam z żadną pomocą, tyle że dali parę salw z baterii na oślep z tamtego brzegu. Na dobitek oznajmili przez telefon, że z powodu powodzi będą budować most powyżej Dunajca, to znaczy że możemy sobie już wracać. Ale jak?

Ciemna noc jesienna. Woda wciąż przybiera – a tu ani jednego promu, ani jednej krypy. Dopieroć sam Komendant pojechał nocą do komendy korpusu i dobrze nawymyślał austriackim generałom. Ci zawstydzili się i nakazali na gwałt zwozić pontony i krypy, zagnali do roboty saperów i o świcie zaczęła się niebezpieczna przeprawa pod grozą baterii rosyjskich.

Była to przykra ta noc przed przeprawą, bo z jednej strony ogromna przemoc, z drugiej nieprzebyta, wezbrana rzeka. Albo zginąć w walce – albo utonąć w rzece. My postanowiliśmy wyginąć co do jednego, a nie poddać się. Jedno nas cieszyło: wiedzieliśmy, że nasz ukochany Komendant został po tamtej stronie, bo pojechał do sztabu korpusu domagać się promów.

I pamiętam, jak dzisiaj, co gadali między sobą oficerowie i żołnierze: „My wyginiemy, ale on się ocali i znajdzie nowych żołnierzy i jeszcze odbuduje brygadę”. Więc z tą otuchą w sercach gotowaliśmy się do boju, który był dla nas bez nadziei.

Cóż za przerażenie nas ogarnęło, gdyśmy się dowiedzieli już późną nocą, że właśnie Komendant jest z nami bo zapewniwszy nam promy przeprawił się łodzią z powrotem. Widziałem kolegów, którzy płakali ze wzruszenia na wieść o tym, a wszyscy drżeliśmy ze strachu, że jego droga dla nas osoba znajduje się w takim strasznym niebezpieczeństwie…

Wreszcie po nieskończenie długiej nocy zaczęło świtać. Wysunięte kompanie uszykowano do obrony, a reszcie nakazano zbiórkę. Przeprawa trwała przez kilka godzin, bo za mało było promów, a do tego trzeba było aż trzech kwadransów czasu, żeby przebyć wezbraną rwącą rzekę. Nareszcie przyszła kolej na mój szwadron, który stał na samym końcu kolumny. Ciasnym wąwozem zbiegała droga do przewozu z wysokiego brzegu. Ujrzałem szeroko rozlaną rzekę, a na niej kilka natłoczonych promów, które ciężko walczyły z prądem. Tuż na brzegu w towarzystwie paru oficerów stał Komendant i pilnował porządku przeprawy.

Stał sobie spokojny i zasępiony, jak to on zawsze. Bystrymi oczami spoglądał w dal na rzekę i od czasu do popędzał nas.

– Prędzej, prędzej, chłopcy! Czas drogi…

Wreszcie przyszła kolej na mój patrol, który był już ostatni. Ładujemy się z końmi, już prom pełniusieńki, odbijamy, a na brzegu został tylko Komendant z tymi trzema oficerami…

Jakże to? Ale pomyślałem sobie zaraz, że przecie chyba jeszcze tam zostało parę kompanii osłaniających odwrót. A kiedy nasz prom przybił szczęśliwie do drugiego brzegu, ujrzeliśmy na wezbranej Wiśle ponton. Tam był wreszcie i Komendant wraz z ostatnim jednym jedynym plutonem piechoty! Dopilnował przeprawy do samego końca i odjechał dopiero na ostatnim pontonie…

Moskale, powstrzymani naszą obroną z poprzedniego wieczora, nie śpieszyli się z natarciem, ale to był cud i traf, że wyszliśmy cało, bo dość im było położyć gdzieś na wysokim brzegu z półkompanii, a wystrzelaliby nas co do nogi na tych promach.

Toteż my, cośmy wówczas byli z Komendantem, zapamiętamy do końca życia ten jego czyn piękny i szlachetny, tę bohaterską ofiarę z siebie, którą w ciężkiej godzinie złożył nam, swoim żołnierzom. Przeprawa pod Opatowcem spoiła nas jeszcze mocniej z Komendantem. Teraz wódz i żołnierz złączeni byli z sobą na śmierć i życie. Razem z nim gotowiśmy byli przezwyciężyć największe trudności i przetrwać do końca – w ciężkiej służbie narodowej.

Bo to był dopiero początek wojny. Czekało nas jeszcze wiele trudów bojowych, dużo bolesnych zawodów, które męczą i wyczerpują ducha w żołnierzu.

***

Opowiem jeszcze jedno zdarzenie bojowe z dziejów I Brygady.

Było to w połowie listopada tegoż roku 1914. Brygada od dwóch tygodni była w ciężkim marszu odwrotowym spod Dęblina, gdzie walczyła wśród armii austriackiej. Ofensywa na Warszawę nie udała się i o tej porze ogromne armie austro-niemieckie stały na granicy Śląska i zaboru pruskiego, gotując się do wielkiej bitwy z Moskalami, którzy następowali całą masą i zbliżali się ku Krakowowi.

Wypadło nam stanąć pod wioską Krzywopłotami o kilka mil na północ od Krakowa. Tu brygada dostała rozkaz dokonać wywiadu zbrojnego w stronę nieprzyjaciela.

Było to trudne zadanie, ale Komendant podjął je, bo miał w tym swój własny cel, nie dla pożytku armii austriackiej, ale dla sprawy polskiej.

Komendant bowiem nie chciał z garstką swoich żołnierzy utonąć w ogromnej masie obcych wojsk i wysługiwać się niepolskiej sprawie. Chciał on odejść z brygadą do Krakowa, gdzie mógłby wzmóc siły swego oddziału, gdzieby się porozumiał z tymi, którzy prowadzili wówczas politykę polską, co do sumiennego polepszenia położenia Legionów w armii austriackiej. Miał on jeszcze nadzieję połączenia w jedną całość wszystkich legionistów i ściągnięcia do siebie II Brygady, która walczyła aż we wschodnich Karpatach.

A prócz tego wszystkiego chciał on jeszcze dać słuszny odpoczynek brygadzie, która przeszło trzy miesiące walczyła bez żadnego wytchnienia, a w walkach i w odwrocie spod Dęblina doznała ciężkich strat, a dowództwo austriackie nie chciało udzielić brygadzie żadnego odpoczynku.

Więc tedy Komendant postanowił dla tych właśnie spraw za jednym zachodem wydostać się z linii bojowej i podjął się marszu wywiadowczego ku liniom nieprzyjacielskim i postanowił tak obracać brygadą, żeby się przedostać do Krakowa i dalej w głąb Galicji.

Na to był tylko jeden sposób – wleźć między dywizje moskiewskie, które ciągnęły właśnie na Kraków i pod pozorem odcięcia przez nieprzyjaciela – nie powrócić już na front. Było to bardzo niebezpiecznie i to z dwóch przyczyn. Naprzód Moskale mogli nas bardzo łatwo zabrać wszystkich do niewoli, a następnie Austriacy mogli byli się poznać na tych manewrach i oskarżyć nas o zdradę.

Ale Komendant nie cofał się nigdy przed żadnym niebezpieczeństwem, kiedy chodziło o dobro sprawy polskiej.

Tak więc wybrane bataliony i dwa szwadrony kawalerii zapuściły się ostrożnie ku nieprzyjacielowi. Przez cały dzień i przez całą noc manewrował Komendant mądrze i chytrze, przemykając się między Moskalami, a o świcie przycupnął w nieznacznej jednej wiosce, leżącej opodal od traktów. Była to wieś Ulina Mała. Tam czekaliśmy w pogotowiu przez cały dzień, a gdy się ściemniło – ruszyliśmy cichuteńko ku Krakowowi, do którego było już nie tak daleko.

Ale wszędzie po drodze, za nami, przed nami i z obu stron ciągnęły już o tej porze dywizie rosyjskie, osaczające twierdzę Kraków. Nocą spoczywały one i z tego korzystając Komendant, przekradał się między rozkwaterowanymi oddziałami.

Przez całą długą noc listopadową trwał nasz marsz ku twierdzy. Komendant sam czuwał nad wszystkim i sam nas prowadził.

I cóż? O świtaniu dotarliśmy pod pierwszy fort twierdzy Krakowa. Dotarliśmy bez żadnych strat, choć placówki nieprzyjacielskie ostrzeliwały nas nieraz, choć ocieraliśmy się po drodze o cały oddziały rosyjskie, choć przechodziliśmy przez zdradzieckie światła reflektorów. Braliśmy jeszcze po drodze jeńców, wozy taborowe, konie.

Komendant przez całą noc szedł pieszo w samej szpicy, wystawiony na pierwszy ogień. Wiedział, że położenie jest groźne, więc po swojemu nie szczędził siebie i ponieważ brygada narażona była na zgubę, on poszedł na przedzie, jak gdyby własną piersią chciał osłonić swoich żołnierzy. Taki on zawsze był i takim został.

Cały plan przekradzenia się przez Moskali był obmyślany bardzo mądrze, a wykonany z niezmierną odwagą. I właśnie takie plany na wojnie najczęściej się udają, ale do takich rzeczy trzeba, żeby wodzem był człowiek podobny do naszego Komendanta.

***

Oto opowiedziałem dwie przygody bojowe, których sam byłem uczestnikiem i świadkiem naocznym. I tego by starczyło, bym jako żołnierz pokochał Komendanta na śmierć i życie. I tego by mi wystarczyło, żeby się dać za niego porąbać w każdej chwili i w każdej potrzebie.

Ale w ciągu wojny powtarzało się to nieraz.

Więc w krwawym boju pod Limanową i pod Kozinkiem, i w przednich okopach pod Koszyszczami, gdzie Komendant przez całą zimę przesiedział w żołnierskiej ziemiance, i w huraganowym ogniu przy bohaterskiej obronie pozycji pod Kołodziejami-Optową, a potem w trzydniowym odwrocie, kiedy to Komendant uratował i wyprowadził z beznadziejnego osaczenia wszystkie pułki legionowe – wszędzie on był taki sam: chociaż był naszym wodzem, znosił wszystko na równi z żołnierzem: trud, niewygodę i najgorsze niebezpieczeństwo.

Jak sobie teraz przypomnę, ile to Komendant przeszedł na tej wojnie – to dziwno mi, że on ocalał i żyje. Widać los tego chciał i sama Opatrzność go ochroniła. Snadź w Jej wyrokach zawczasu było zapisane, że Komendant będzie potrzebny dla Polski, w której otrzyma od wyzwolonego narodu miejsce naczelne i najpierwsze.

***

Ale nie tylko w boju, w obliczu śmierci wiązało Komendanta braterstwo z jego żołnierzami.

Jak to mówiłem, krzywda się działa nam legionistom od samego początku wojny, a im dalej – tym gorzej. Więc nareszcie Komendant, który długo to znosić postanowił, podał się do dymisji z dowództwa brygady, żeby jako prywatny cywilny człowiek, nikomu już nie podkomendny, tym swobodniej bronić swoich żołnierzy i całej sprawy polskiej.

Kusili go, kusili go nieraz podłe Austriaki. Dawali mu stopień generalski i znaczne ordery i dowództwo nad całymi legionami i obiecywali wielkie pomnożenie polskich formacji. O co im szło? Żeby ustąpił i nie żądał tego, co się należało Polsce i polskiemu żołnierzowi, żeby był pokorny i służył Austrii, jak to robili inni.

Ale on bronił honoru polskiego żołnierza. Wiedział, że w tym ciężkim położeniu trzeba do czasu wytrzymać i znosić wiele przykrości. Zalecał i nakazywał nam wytrzymałość. A gdy po dwóch latach tej męki poznał, że na froncie trudno mu bronić sprawy polskiej, więc zabrał się do polityki legionowej, która na tyłach kiepsko szła, bo ludziom, którzy ją prowadzili w Krakowie z Austriakami, a w Warszawie z Niemcami, brak było należytej odwagi i dobrego kierownictwa. A przez złą politykę przede wszystkim cierpiało wojsko.

Toteż z żalem żegnając się z żołnierzami, zalecił nam wytrzymywać dalej i mężnie walczyć, a sam udał się na trudniejszy front – walczyć o poszanowanie i o prawo dla polskiej ziemi, srodze uciśnionej przez zaborców i okupantów. Wiedzieliśmy, dlaczego od nas odchodził, bo my żołnierze legioniści rozumieliśmy dobrze naszą sprawę, ale żegnaliśmy go ze łzami, jak dzieci żegnają ojca, który odjeżdża daleko i na długo. To jedno wiedzieliśmy, że choć się oddala – jednak nas nie opuszcza.

Jego duch został z nami. Ten duch i natchnienie Komendanta wcieliły się w naszych dzielnych oficerów, wychowanych przez niego. Wraz z nimi trzymaliśmy się mocno jak bracia i towarzysze.

Ach, ci nasi drodzy bracia, oficerowie legionowi z tych czasów! Gdybyż wszyscy nasi oficerowie byli do nich podobni.

W tym czasie legiony przeszły pod komendę niemiecką. Niemcy odesłali nas z frontu na odpoczynek do Baranowicz, a w grudniu 1916 roku po ogłoszeniu przez nich zasady niepodległości części ziem polskich przeniesiono nas do Królestwa, a jeden pułk piechoty umieszczono w Warszawie.

Komendant zaś jeździł z Krakowa do Lublina, do Warszawy i wszędzie głosił to samo, tj. że trzeba okazać odwagę wobec okupantów, że nie trzeba im ustępować, a domagać się ostro tego, co się Polakom należy. Trudno nam szło, bo ludzie w Polsce byli przez ucisk bardzo przygnębieni i mało było śmielszych, a więcej takich, co to woleli we wszystkim ustępować, byleby cośkolwiek utargować dla Polski.

Głównie zaś szło o sprawę wojska. Całe legiony liczyły zaledwie 6 niepełnych pułków piechoty, 2 pułki ułanów, 1 pułk artylerii i jedną kompanię saperów. Komendant domagał się pomnożenia pułków i Niemcy się na to zgadzali, ale oni chcieliby zaraz pchać te pułki na front zachodni – przeciwko Francji i Anglii. Komendant oparł się temu, odpowiadając, że nasz wróg to Moskal, a na Francuzów ani na Anglików nasz żołnierz nie pójdzie nigdy, bo żołnierz polski to nie żołdak-najmita, ale świadomy bojownik o wolność Polski i jako taki nigdy nie zaprzeda swego honoru.

W Warszawie urzędowała polska Rada Stanu i około niej obracała się głównie nasza polityka. Komendant należał do Rady, ale działał samodzielnie. Straciwszy wiarę w możność budowania wojska za zgodą niemiecką postanowił rozwinąć potężnie w całym kraju Polską Organizację Wojskową (P. O. W.). Był to wówczas na pół tajny związek młodzieży, który uczył się sztuki wojskowej i zaprzysiągł walczyć tylko o wolność Polski. Było ich w tym czasie z dziesięć tysięcy i gotowi oni byli każdej chwili wstąpić do legionów na rozkaz Komendanta.

Ale Komendant dobrze wiedział, że Polska z Niemcami nigdy do ładu nie dojdzie. Przeczuwał, że policzone już godziny Legionów, bo honor nie pozwalał dłużej służyć żołnierzowi polskiemu pod komendą niemiecką – bez żadnej korzyści dla Polski. Więc gorąco się krzątał koło P. O. W. Do organizacji garnęły się tysiące szlachetnej młodzieży, a Niemcy widzieli to, lecz bali się jeszcze zaczepiać Komendanta.

Wreszcie Niemcy, widząc, że wśród Polaków panuje rozdwojenie, gdyż wielu było takich, co szli na ugodę, postanowili uderzyć na Komendanta i na tych, co szli z nim razem. Powodem do tego natarcia była nowa przysięga, którą mieli składać legioniści. Była to przysięga śmieszna i poniżająca, bo stało w niej zaprzysiężenie na jakiegoś przyszłego nikomu nieznanego „króla polskiego”, o którym tyle było wiadomo, że miał być Niemcem. Prócz tego legioniści mieli zaprzysiąc na wieczne czasy wierność Niemcom!

A na dobitkę – podzielono żołnierzy na obywateli austriackich, których zwolniono z przysięgi, jako poddanych cesarzowi Austro-Węgier, oraz na dawnych poddanych rosyjskich, królewiaków i tylko tym kazano przysięgać. Oto, co z nami wyrabiali Niemcy! Tego mieliśmy już dosyć.

Gdy nadszedł dzień przysięgi, wszyscy żołnierze i oficerowie odrzucili tę hańbę. Przysięgę złożyła tylko mała część żołnierzy z 2 i 3 pułków piechoty, z dawnej II Brygady oraz część 2 p. ułanów.

W pułkach zostali przeważnie tylko galicjanie, których przysięga nie dotyczyła i garść królewiaków i obałamuconych przez złych polskich polityków – przeciwników Komendanta.

Cóż dalej? Otóż Niemcy, wściekli, że im się nie udał wielki szwindel z przysięgą, postanowili wszystkich opornych żołnierzy i oficerów internować w obozach jeńców. Kilka tysięcy żołnierzy i kilkuset oficerów poszło do obozów, do Szczypiorna i do fortu Benjaminów – jako więźniowie. Szli z ochotą, z pieśniami – bo lepiej było siedzieć w więzieniu, niż haniebnie wysługiwać się Niemcom.

Samego Komendanta Niemcy z początku nie śmieli ruszyć, bo bali się, że to zbyt oburzy społeczeństwo polskie, w którym przecie nikt nie kochał Niemców. Ale z drugiej strony bali się bardzo, że Komendant przy pomocy P. O. W. i lewicowych stronnictw politycznych ożywi w całej Polsce silny ruch przeciwko władzy niemieckiej. Więc i jemu każdej chwili groziło uwięzienie.

Przyjaciele Komendanta błagali go, żeby się ukrył, póki czas. Przedstawiali mu, że i z ukrycia, w tajnej robocie, P. O. W. dużo dobrego może uczynić dla Polski. Był to rok rewolucji w Rosji, która na razie przestała być groźną dla Polski. Trzeba było zaczynać ostrą walkę przeciwko Niemcom i Austriakom. Społeczeństwo potrzebowało do tej walki głowy i kierownictwa, a któż mógł być głową rewolucji polskiej przeciwko Niemcom, jak nie Komendant? I w tym była wielka prawda. Rozsądek nakazywał ukryć się i pracować tajnie rewolucyjnie. Przyznawał to sam Komendant.

Dużo by można gadać o tym, co by to było i jak by było, gdyby Komendant posłuchał był dobrej rady i schował się przed Niemcami. Wiele spraw poszłoby inaczej. To pewne, że pod jego przewodem robota rewolucyjna rozwinęłaby się wspaniale, na zgubę Niemców, a na dobro sprawy polskiej. P. O. W. miałaby nieugiętego wodza. Demokracja polska czułaby się mocniejszą w walce z tchórzliwą ugodą, która wciąż jeno ustępowała przed Niemcami i bała się nawet nędznych „dziadów” austriackich.

Ale nie warto się nad tym rozwodzić. Dość, że Komendant nie chciał nawet słuchać o ukrywaniu się. Nawet tego nie rozważał. Na prośby i racje swoich przyjaciół miał jedną odpowiedź.

– Moi drodzy, ponad wszystkie racje wyższa jest cześć i prawda. One muszą być na pierwszym miejscu i w polskiej polityce. Bo nasza polityka to nie intryga i szachrajstwo, jak gdzieindziej, a walka o niepodległość. W tej walce musi być czystość i musi być odwaga. Na mój rozkaz strzelcy wyszli w pole. Pod moją komendą walczyli i ginęli. A teraz za moją wolą wypowiedzieli walkę Niemcom i odrzucili haniebną przysięgę i poszli za to do więzienia. Moi żołnierze i oficerowie spełnili swój obowiązek. I ja nie chcę być gorszy od nich. Szli nieraz na śmierć i ja szedłem z nimi w pierwszym szeregu. A teraz to samo. Moje miejsce tylko tam, gdzie są moi żołnierze. Oni byli zawsze wierni, jak i ja im jestem wierny. Niech mnie Niemcy biorą! Tego wymaga moja żołnierska cześć. A Polsce najbardziej potrzeba odwagi. Moi chłopcy dali narodowi przykład. Oni się Niemców nie zlękli i ja się ich nie boję. Niech mnie biorą!

W nocy 22 lipca 1917 roku Niemcy uwięzili Komendanta i wywieźli go w głąb Niemiec do twierdzy Magdeburga. Przesiedział tam w samotności przez rok i cztery miesiące. A gdy powrócił 11 listopada 1918 roku, powitany był we chwale i w tryumfie przez wszystkie stronnictwa i partie – przez cały naród. Stał się ukochanym bohaterem narodowym.

Toteż od razu oddano mu rządy w ręce. To się stało jakby samo przez się, bo nikt nad tym nie radził i nikt się nad tym nie namyślał, gdyż on właśnie był jedynym w Polsce.

***

Od półtora roku jest nasz Komendant Naczelnikiem Państwa i Wodzem Naczelnym. Wysoko on stoi ponad resztą obywateli kraju i nade wszystko ponad całym wojskiem.

Wszyscy oddają mu należną cześć i szacunek jako najwyższemu urzędnikowi.

Gdy Naczelnik Państwa ukaże się na jakimś obchodzie orkiestry grają hymn narodowy, a zgromadzeni powstają, witając go okrzykami. Dla Naczelnika wszędzie pierwsze miejsce. Gdy jest w podróży, witają go na stacjach z chorągwiami, z kwiatami, witają go chlebem i solą.

Gdy jako Wódz Naczelny ukazuje się wojsku – żołnierze prezentują broń, a najwyżsi generałowie stają przed nim na baczność, kiedy do nich raczy przemówić słowo.

Gdy na to patrzymy, my jego starzy żołnierze z Legionów, ogarnia nas duma – że oto tak wysoko w narodzie wygórował nasz „dziadek”. I łzy wzruszenia cisną się nam do oczu…

Bo pamiętamy dawne czasy, te lata doli i niedoli, kiedyśmy z nim żyli dusza w duszę. Maleńkie było nasze wojsko i wszyscyśmy się znali jak bracia, a nasza brygada to było bractwo zaprzysiężone dla niepodległej Polski. Wówczas dzień w dzień obcowaliśmy z „dziadkiem”, który znał swoich wszystkich chłopców po imieniu.

Pamiętacie koledzy, jak zeszłego roku obchodzono uroczyście [rocznicę] dzień 6 sierpnia 1914 r.? Była to piąta rocznica początku wielkiej wojny i piąta rocznica wymarszu w pole Strzelców Piłsudskiego. Święcono ten dzień we wszystkich pułkach i po wszystkich kadrach w całej Polsce, a tak samo t na etapach i na froncie.

W Warszawie była msza polowa i wielka parada na Placu Saskim, w której brało udział osiem tysięcy wojska. Bataliony, baterie i szwadrony defilowały przed Wodzem Naczelnym, orkiestry rznęły, był cudny dzień sierpniowy, w całej stolicy roiło się od ożywienia i radości, żołnierzy wieńczono kwiatami, brzmiały okrzyki…

Wódz Naczelny stał na wzniesieniu, otoczony przez sztab, adiutantów, generałów. Przy jego boku byli ministrowie, ambasadorowie cudzoziemcy, generałowie francuscy, angielscy, amerykańscy. Stali obok niego biskupi, posłowie do Sejmu, najwyżsi dostojnicy państwowi. A on stał pośród tych świetności w swojej zwykłej szarej kurtce strzeleckiej i bystro patrzył na przechodzących żołnierzy, którzy na komendę „w prawo patrz!” wpierali w niego wierne oczy.

Wśród tej jego chwały stałem sobie tuż blisko w tłumie publiczności i patrzyłem na niego. A w pewnej chwili spytałem w myśli:

– Cześć, obywatelu Komendancie! Pamiętacie wy nasze kochane Kielce? A jak to było pod Opatowcem? A pod Uliną?

Gdyby on mnie wtedy widział i gdyby mógł słyszeć te moje myśli, odpowiedział by pewnie tak:

– Jak się masz, Borsza! Cóż, doczekałeś się polskiego wojska? Dożyłeś niepodległości? Radujmy się i brońmy jej dalej. A ty sobie może myślisz, że ja już inny? Zawsze ten sam. Jakim mnie znałeś, taki zostałem. Żebyś to sobie wiedział! I już.

***

To prawda.

Jeno od żołnierza do samego Naczelnego Wodza teraz i za daleko, i za wysoko. Nie te czasy. Za dużo was, a on jeden. Toteż mało który z was go zna.

Ale pytajcie starych oficerów legionowych, pytajcie legionowych kaprali i sierżantów, pytajcie tych, co byli w P. O. W. Przecie takich co Komendanta znali jest teraz w wojsku dobre kilka tysięcy. Każdy wam powtórzy i przytwierdzi to samo, co ja powiadam, bo to nie jest żadna jego pochwała, a szczera prawda.

Żadnego chwalenia nasz Komendant nie potrzebuje, ale każdy żołnierz świadomy powinien wiedzieć i rozumieć, kto mu rozkazuje i co zacz jest jako człowiek jego Wódz Naczelny.

Dawno minęły stare czasy, kiedy żołnierz był ślepym niewolnikiem, który słuchał tylko ze strachu a kary, i swojego oficera tak się bał, że szedł na kule i na śmierć z tego jednego nieludzkiego strachu. Dziś wszędzie w Europie są armie ludowe, demokratyczne, gdzie żołnierz wie, komu służy i za co się bije. I u nas tak samo – toteż trzeba, żeby się nasz żołnierz czuł wolnym obywatelem Republiki Polskiej, ażeby przy tym rozumiał potrzebę doskonałej karności wojskowej i uczciwości a posłuszeństwa na służbie, bo na tym posłuchu żołnierskim stoi cała siła armii, a zaś bez niego z wojska robi się zwyczajna banda, wielki bałagan i tyle.

Nasz Komendant od samego początku pracuje nad tym, żeby nasz żołnierz był świadomym obywatelem kraju, żeby był bojownikiem Młodej Odrodzonej Polski, obrońcą i opiekunem sprawiedliwej matki, która nie zna lepszego czy gorszego, a dla wszystkich swoich dzieci jest jednakowo miłującą.

Ale dużo przeszkód stoi na drodze tym dobrym zadaniom Komendanta.

Dużo ciemnoty jest w naszym narodzie, dużo złego zostawili po sobie zaborcy, którzy nas trzymali w niewoli przez sto pięćdziesiąt lat. Ta ciemnota jest nie tylko między ludem, ale wszędzie. I wśród ludzi, co się mianują panami i inteligentami, jest mnóstwo takich, co nie rozumieją jeszcze, że są w wolnej Polsce i że mają wielkie obowiązki względem własnej ojczyzny. A czy to mało u nas bezecnych spekulantów, zdzirusów, paskarzy, złodziei i rabusiów? A niedbalców, leniuchów, samolubów?

A tu na gwałt trzeba było budować z niczego całe Państwo! Jeszcze większy gwałt był o wojsko, bo nieprzyjaciel właził do nas ze wszystkich stron. Nie dało się wszystkiego przerobić jak należy.

Na szczęście jest w Polsce masa uczciwych, świadomych i dzielnych obywateli, ale dużo jest i takich, co tylko przeszkadzają.

W tym położeniu Sejm, Rząd i Naczelnik Państwa muszą się wysilać, żeby coś przeprowadzić dla ogólnego dobra.

A najtrudniej idzie z wojskiem, bo wojsko – to wyraz siły narodu, a jak człowiek niedomaga we wnętrzu, to i siły nie ma – tak samo jest i ze społeczeństwem, czyli z całym narodem. Zaś siły nam potrzeba koniecznie, czyli dobrego wojska. Bez tego nie obronimy zagrożonej Polski i nie zbudujemy szczęścia dla wszystkich Polaków.

Ileż ciężkiej pracy, ile trudu i zachodu włożył Komendant w to swoje ukochane polskie wojsko! Ale nie może on wglądać sam we wszystko, jak to było za Legionów, bo teraz armia to ogrom. Toteż nie wszystko się w wojsku robi tak, jak by on chciał. Ma on do pomocy generałów i oficerów różnych szarż bez liku, ale zbyt młode jeszcze jest nasze wojsko i mało mieliśmy czasu na wyrównanie wszystkich braków.

W innych krajach wojsko budowało się stopniowo przez całe stulecia, z pokolenia w pokolenie. Toteż we Francji, w Anglii są w wojsku lepsze porządki. Uczmy się od nich i starajmy się.

Wszystkie braki w wojsku dotkliwie odczuwa Ojczyzna, a na każdym braku najbardziej cierpi właściwie ten szeregowy żołnierz, bo musi to znosić na własnej skórze.

Toteż cierpliwości i wytrzymania, bracia żołnierze!

Polski bronicie, Polskę tworzycie nie dla kogo obcego, a przecie dla samych siebie!

***

Siła w wytrwaniu to największa cnota żołnierska. Odwagi, męstwa żołnierzowi polskiemu nigdy nie brakowało. Ale trudniej mu znosić, kiedy zbyt ciężko. Trudniej wytrzymywać nadmierne przeciążenie. A przecież ten kto przetrzyma, ten zwycięży.

Bierzmy przykład z naszego Komendanta. Ten człowiek w swojej długoletniej pracy i walce dla Polski ogromnie dużo zniósł i przetrwał. Niezmierny był jego trud i ogromne jest dzieło jego życia.

On nigdy nie wątpił, zawsze wierzył. Wolę ma mocną, jak ze stali i nawet w najgorszym położeniu nie ugnie się nigdy. Tej cnoty wymaga on i od swoich żołnierzy i od oficerów.

Rozmaite są losy wojny. Bywa zwycięska ofensywa, bywa odwrót. Bywa i gorzej, kiedy się żołnierz ugnie. A tego nie powinno być!

W zeszłym roku 1919, w lecie, kiedy ukraińskie wojska odparto ode Lwowa zdarzyło się, że zwycięskie dotąd polskie oddziały, zaczęły się niespodziewanie cofać.

Nie było po temu żadnej przyczyny wojskowej – po prostu do działań wojska wmieszać się samowolnie jacyś panowie od polityki i zaczęli zawracać w głowie niektórym dowódcom. Te nieproszone rady miały taki skutek, że niektóre oddziały wysunęły się zanadto naprzód, bez łączności z resztą i natrafiły samotnie na przeważające siły nieprzyjaciela. Tu i owdzie wszczął się popłoch…

Na wieść o tym Komendant natychmiast przybył z Warszawy i pojechał w to zagrożone miejsce. Cóż widzi? Jego dzielni chłopcy cofają się wciąż. I cóż on robi? Dla przykładu i otuchy idzie w pole między cofające się linie piechoty. Nie krzyczy, nie nagania, tylko sobie idzie precz naprzód, w stronę nieprzyjaciela – pod rzęsistym ogniem i nie ogląda się za siebie całkiem.

On, Wódz Naczelny własną osobą, w towarzystwie tylko dwóch adiutantów, wyminął cofające się linie i jak gdyby zamierzył samotrzeć stawić czoło atakowi nieprzyjaciela!

Ale niedaleko uszedł. Bo rozniosło się, że to sam Komendant i linie rozwinięte tych kompanii natychmiast wróciły, bo od razu nabrały ducha. Z okrzykami na jego cześć jedna za drugą pobiegły kompanie do kontrataku i zwycięsko odparły nieprzyjaciela. Tak to Komendant zachęcił żołnierzy swoim mężnym przykładem i zawstydził srodze – kogo tam należało. Przejechał się po całej zagrożonej linii i wszędzie robił tak samo. Zrobił swoje – i powrócił do Warszawy.

Otóż nie! Komendant nie robił tu swojej czynności. To nie była jego sprawa. To nie należało do Naczelnego Wodza! Ale on musiał tego dokonać – za kogoś, kto nie umiał wypełnić swego obowiązku.

Ciężka jest jego praca, bo on musi robić nie tylko za siebie, ale i za wielu innych. To żołnierz powinien wiedzieć i powinien to dobrze rozumieć. Nie wszystko i nie zawsze idzie po myśli Komendanta. On sporządza plany wojny, on rozkazuje, on pilnuje – ale nie może sam doglądnąć każdej rzeczy, nie może być wszędzie obecny i nie może wiedzieć o wszystkim. Nieraz się zdarza, że to, co on obmyśli i zbuduje, to ktoś inny zepsuje w wykonaniu, bo sprawą pokieruje nie tak jak należy – przez nieumiejętność lub przez opieszałość, bo nie wszyscy są święci. Dużo, dużo ludzi stoi między Wodzem Naczelnym a żołnierzem i między jego rozkazem a wykonaniem. A inaczej nie może być w wielkiej armii.

***

Ale swoim sercem kochającym Komendant jest zawsze bliski żołnierzowi. Niechże mu się żołnierz odpłaca sercem za serce. On nasz wódz, on nasz ojciec.

Ciężko, przez całe życie pracował on dla sprawy narodowej i uczciwie zasłużył na ten wielki zaszczyt przewodzenia całej armii. Zaszczyt i dostojeństwo przyszły dopiero na końcu, a ileż on się przed tym wysłużył i ile wycierpiał!

Nie do gotowego on przyszedł; to, co posiada, sam wyrobił w pocie czoła, jak ten robotnik, jak ten rolnik-oracz.

Toteż lud polski, naród ciężko pracujący powinien go kochać i czcić – i tak się też dzieje. Ale najbliżej znać go powinien i miłować ten żołnierz – bo on z Komendantem jedną robotę czyni i jednej, tej samej sprawy broni.

Ale w tej robocie bojowej, obronnej, różnie bywa – i tak, i owak, jak przy każdym wielkim ludzkim zadaniu. Nie należy się unosić zwycięstwem i nie trzeba ulegać, gdy idzie gorzej.

Wytrwać! Wytrzymać! Tak nas zawsze uczył Komendant.

***

Opowiedziałem tu prostymi słowami o naszym Komendancie, a pisałem tę książeczkę dla żołnierzy, żeby go znali i rozumieli, bo to było zawsze potrzebne, a teraz najbardziej. Musi być dobre porozumienie i jedność między wodzem a żołnierzem i gdy tak jest – dobrze jest w wojsku i dobrze idzie sprawa wojenna. A od tej sprawy wojennej zależy teraz nasze szczęście, nasz święty skarb – Wolność!

***

Starałem się okazać Wam, koledzy i bracia żołnierze wielką, szlachetną, postać Komendanta i jego mężną duszę.

Niechże jego duch i potężna wola i jego żołnierska odwaga natchną wszystkich was i niech was prowadzą do zwycięstwa!

Z nim na śmierć i życie!

Tak myśmy zawsze czuli, więc to samo przekazujemy wam, młodym.

Andrzej Strug

Powyższy tekst to cała broszura, oryginalnie sygnowana pseudonimem St. Borsza, były kapral I Brygady Legionów Polskich, Warszawa 1920. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Grafika w nagłówku tekstu: fragment portretu Józefa Piłsudskiego, Stanisław Szukalski, 1919.

Andrzej Strug, wł. Tadeusz Gałecki (1871-1937) – od młodości związany z ruchem socjalistycznym i nielegalną Polską Partią Socjalistyczną, więziony w warszawskiej Cytadeli i zesłany na Syberię, uczestnik rewolucji 1905, organizował struktury PPS wśród robotników rolnych i chłopów, redagował „Gazetę Ludową”, od roku 1908 autor licznych powieści, w tym osadzonych w realiach konspiracji socjalistyczno-niepodległościowej, po upadku rewolucji przebywał na emigracji politycznej, powrócił i wstąpił w szeregi Związku Strzeleckiego, po wybuchu I wojny żołnierz Legionów, po roku 1926 w opozycji do rządów sanacyjnych, był senatorem PPS, liderem Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz prezesem Związku Zawodowego Literatów Polskich.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie