Polska Partia Socjalistyczna: Precz z ugodą z Czechami [1920]
Położenie Polaków pod zaborem czeskim jest okropne.
Dzień mojej Babci zaczynał się właściwie w dniu poprzednim, bo to wieczorem wyjmowała z zamrażarki mięso na obiad. Zawsze zdejmowała woreczek, wkładała do wysłużonej plastikowej miski i przykrywała talerzykiem. W telewizji usłyszała, że lepiej ten woreczek ściągać, tak mi mówiła. Zamrażarka lodówki zawsze była pełna do tego stopnia, że trudno się wysuwało plastikowe szuflady. Wcześniej, czyli przed zakupem lodówki z zamrażarką, w jednym z pokojów stała zamrażarka wielkości sporego biurka. Pokój ten nazywaliśmy wraz z moimi kuzynami zimnotą.
Babcia wszystko szykowała rano i to był czas porządkowania świata: przestrzeni oraz czasu. Nigdy nie widziałem jej leżącej w łóżku. Wstawała zaraz po tym, jak się obudziła. Z czasem miała coraz mniej do zrobienia, bo nie mieli wraz z mężem, moim Dziadkiem, już żadnych zwierząt. Pozostawał jedynie niewielki ogródek warzywny z kilkoma krzewami owocowymi i drzewem śliwkowym. Były też papierówki, ale od sąsiada, przez płot. Ogródek uprawiała pomimo utraty sił i zdrowia, w tym wzroku. Babcia już naprawdę słabo widząc, w podeszłym momencie życia, potrafiła przynieść wszystkie warzywa z ogródka i zrobić zupę. Była tak połączona ze światem, wręcz zespolona z nim, że wiedziała co gdzie jest z dokładnością do centymetra. Po jakimś czasie zrozumiałem, że niepracowanie było jakąś formą nie-Bycia. Praca była formą kontaktu ze światem, wręcz współ-bycia w nim i z nim. Nie widziałem na przykład nigdy, żeby coś się marnowało, coś było wyrzucane: począwszy od resztek jedzenia po małe woreczki foliowe. Wszystko był potrzebne, nic nie było zbędne. Dzisiaj powiedzielibyśmy o „zero waste”, ale to nie był trend, lecz zwyczajne życie.
Rano po odmrożeniu mięsa, a prawie zawsze był to kurczak, czasami tylko karkówka, przyprawiała je vegetą i pieprzem, czasami przyprawą do kurczaka, ale to dopiero wtedy, gdy takie saszetki-mieszanki pojawiły się w sklepach. Zawsze używała oleju kujawskiego. Do kurczaka dawała czasami cytrynę, co chyba przejęła od mojej Mamy albo z telewizji. Czasami małą łyżeczką wybierała pestki, które tam wpadły, albo kazała mnie to zrobić, bo słabo widziała. Zawsze przyprawiała mięso w tej samej wysłużonej misce, której używała do rozmrażania, a tak naprawdę do wszystkiego.
Babcia nie za bardzo lubiła nowości. Zawsze obierała ziemniaki małym nożykiem. Pamiętam, jak wróciłem z Irlandii i mówiłem, że obieraczką jest lepiej i szybciej, że wiem, bo przecież godzinami te ziemniaki w pracy obierałem. Wiedziała swoje i z czasem zrozumiałem, że przyzwyczajeń i opanowania pewnej poręczności w radzeniu sobie ze światem nie należy zmieniać, bo to jest jej świat, a nie mój. Babcia gotowała prosto i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek coś mi nie smakowało. Zawsze potrafiła wykorzystać resztki jedzenia. Na przykład z ziemniaków wymieszanych z mąką ziemniaczaną robiła placuszki i smażyła na małej i starej „patelence” (moja Mama też tak czasami mówiła), posypując vegetą. Zresztą vegeta była niemal obowiązkowa do wszystkiego, jak maggi do rosołu. Kiedyś próbowałem zrobić te placuszki, bo nic w tym trudnego, ale nie smakowały tak samo. Nie ta patelenka, i nie to wszystko inne, które bezpowrotnie przeminęło wraz z ludźmi i ich rzeczami, z którymi byli zżyci.
Zawsze, gdy tylko skończyliśmy przygotowywane przez Babcię śniadanie, piłem z nią kawę w ciemnych kubkach z duraleksu. Prawie zawsze z jakimś ciastem. Babcia często robiła ciasta drożdżowe, przeważnie z truskawkami. Najczęściej piliśmy kawę w kuchni, patrząc przez okno na wiejską drogę, pola, gospodarstwo naprzeciwko. Babcia robiła kawę parzoną, ale gdy byłem ja albo gdy przychodziła sąsiadka, to wyciągała ekspres przelewowy. Zawsze lubiłem dźwięk tej wciąganej i wydychanej przez ekspres wody. Dzisiaj powiedzielibyśmy o „uważności”, ale to nie była kolejna terapeutyczna technika do opanowania, mająca na celu poprawić nasz psychiczny dobrostan w przeżywaniu świata, lecz samo jego przeżycie wynikające z bycia w nim i działania bez jakiegoś zwiększonego poziomu refleksji, gdyż to działanie było myśleniem.
Babcia nie lubiła zbyt słodkich ciast, nie przepadała za tortami. Słodyczy jadła mało, głównie czekoladę, ale zawsze chętnie wszystkiego próbowała. Nie mogła się nadziwić, ile potrafiliśmy zjeść słodyczy z kuzynami, i to jeszcze mieszając na przykład czekoladę ze słonymi paluszkami. Ale wszystkiego jedliśmy dużo i Babcia nam chętnie robiła na przykład frytki w głębokim oleju albo miksowała truskawki i robiła z tego lody. W jedzeniu kierowała się chyba zasadą umiaru, nie unikała niczego „niezdrowego” – jadła wszystko, ale nie była łakoma. Kostka czekolady smakowała jej bardziej niż cała tabliczka.
Nie miała obsesji na punkcie zdrowia, tego fetyszu ponowoczesności. Podejście Babci do zdrowia było uwarunkowane przekonaniem, że zdrowie to dar i nie jest zależne od człowieka. Babcia uważała, że w zasadzie zdrowie jest od Boga i jak ktoś ma zachorować, to zachoruje, więc troska o siebie na niewiele się zda. Brała leki na różne dolegliwości, z wiekiem było ich coraz więcej, ale myślę, że nigdy jakoś szczególnie nie wierzyła w ich skuteczność, tak jakby zdrowie oraz medycyna nie do końca się łączyły.
Chorowała na Parkinsona i czasami porównywała się do Papieża, który cierpiał na to samo. „Jak jemu nie pomogli, to mi ktoś pomoże, Michaś?”. Raczej żartowała ze zdrowia, mówiła, że jak boli to człowiek żyje. Była pogodzona z utratą sił i zdrowia. Wiem, że choroba sprawiała jej ból, ale nigdy nie słyszałem, aby się skarżyła. Czasami, jak ktoś był za bardzo troskliwy i dopytywał o jej stan zdrowia, mówiła nieco poirytowana, co miało dać asumpt do zakończenia rozmowy na ten temat, że ją boli i tyle. Czasami brała magnez, bo sądziła, że kawa go wypłukuje (co nie jest prawdą), ale i tak uważała, że kiedyś ludzie niczego nie łykali i jakoś żyli. W zasadzie miała rację, gdyż wszystkie te mody na suplementy czy też diety oczyszczające to pseudomedyczny wymysł wielkich korporacji farmaceutycznych. Po prostu życie toczyło się swoim rytmem zdrowia i choroby i trzeba było się do niego dostosować.
Wiele nowoczesnych rzeczy ją dziwiło, a niektóre uważała za bzdurne. Na przykład nie mogłem jej nigdy przekonać do wartości siłowni, bo uważała, że to marnowanie energii – w tym czasie można by zrobić coś pożytecznego, choćby przekopać ogródek czy porąbać drewno. Telefony komórkowe uważała za niepotrzebne. Ten w domu wystarczał. Babcia czasami dzwoniła do kogoś z rodziny, często z okolic, z których pochodziła, czyli Szymbarku na Podkarpaciu. Nie lubiła długo rozmawiać przez telefon i często z ironicznym uśmiechem komentowała zdolności do „rozgadywania się”.
Babcia, mówiąc dzisiejszym językiem, nie rozumiała także nowoczesnej potrzeby rozwoju przez całe życie. Uważała, że powinien być jakiś czas na szkołę, ewentualnie studia, i potem normalnie powinno się iść do pracy. Dziwiła ją czasami moja chęć ciągłego czytania, choć nie było w tym nic szczególnie krytycznego, raczej współczucie, że mam taką pracę i, co dziwniejsze, lubię ją. Babcia była świadkiem mojej męki z doktoratem, bo czasami, w wakacje, spędzałem w Uniejowicach całe tygodnie, żeby móc spokojnie pisać, co oznaczało, że siedziałem nad książkami od rana do wieczora.
W ramach mojego odpoczynku chodziliśmy z Babcią na spacery. Najczęściej tak zwaną czarną drogą albo do parku, w stronę dużej polany, która kończyła się nad rzeką i mostem. Czasami dochodziliśmy aż do sklepu i wiejskiej szkoły, do której chodziła moja Mama jako dziecko. Na tym boisku czasami grywałem z piłkę z kuzynami i dziećmi ze wsi. Do dzisiaj pamiętam masywne, drewniane – i uwaga – kwadratowe bramki (dużo bym dał, żeby poznać ich historię). Spacery były niezbyt dalekie, ale spokojne – i zawsze rozmawialiśmy. Wtedy te rozmowy wydawały mi się zwyczajne, nierzadko o niczym, ewentualnie o codzienności, choć czasami poruszaliśmy poważne tematy, na przykład sensu życia, wiary, rodziny, miłości. Myślę, że wtedy nie rozumiałem, jak mądre rzeczy mówi Babcia. Pamiętam dobrze moment, gdy Babcia przystanęła obok jakiegoś krzaka czy dopiero rosnącego drzewa i powiedziała: „Zobacz, Michaś, jakie te listki są piękne!”. Było w tym coś naiwnego, rozbrajająco dziecinnego. Wtedy mnie to trochę zaskoczyło i wywołało dziwne do oddania uczucie czułości i jednoczesnego zażenowania taką postawą starszej przecież kobiety. Dzisiaj wiem, że potrafiła widzieć piękno tam, gdzie mnie ono umykało. Często na przykład mówiła, gdy widziała kogoś młodego, nastolatka, że jest piękny, że młodość w ogóle jest piękna. Patrzyłem na tę samą osobę i widziałem raczej brak urody. Dzisiaj sam patrzę na młodych ludzi i widzę w nich więcej piękna niż oni zapewne widzą sami w sobie.
Babcia była telewizyjna oraz radiowa. Radia słuchała w kuchni, gdy coś robiła. Ze względu na głuchotę Dziadzia, telewizor zawsze była nastawiony dosyć głośno i można było wszystko usłyszeć w kuchni. Gdy chciała posłuchać czegoś swojego, to zamykała drzwi od kuchni. Dostała też odtwarzacz płyt kompaktowych i często słuchała piosenek Ireny Santor i Anny German, o których mówiła per „Santorka” i „Germanka”. Gdy dzisiaj słyszę piosenki tych artystek, to widzę Babcię zasłuchaną w nie przy kuchennym stole. Najbardziej lubiła „Człowieczy los” Germanki. „Zobacz, Michaś, jakie te piosenki są piękne”. Zresztą Babcia często używała słowa „zobacz”, i ja, co odkryłem niedawno, mam je w swoim idiolekcie. Zdarza mi się mijać miejsce zamieszkania Anny German we Wrocławiu. Zawsze wtedy myślę, jak życie ludzi jest splątane niewidzialną siecią mistycznych partycypacji. Piosenkarka nie miała pojęcia o istnieniu mojej Babci, a ja stojąc pod kamienicą na ulicy Trzebnickiej 5 czuję, jakbyśmy wszyscy się znali.
W niedzielę razem z Dziadziem oglądaliśmy we trójkę „Familiadę”. Babcia z Dziadziem prowadzili cichą rywalizację. Babcia czasami komentowała głupotę najwyżej punktowanych odpowiedzi, które nie były zgodne z większością ankietowanych. W ogóle lubiłem z nimi oglądać telewizję, bo była ona pretekstem do rozmów, komentarzy, pouczeń, nie mówiąc już o tym, że często widzieli co innego niż ja, choć patrzyliśmy na to samo. Przy okazji oglądania programu „Rolnik szuka żony” najbardziej zainteresowani byli wystrojem domów, zwierzętami i sprzętem gospodarskim. Popołudniowe oglądanie „Na dobre i na złe”, a wieczorem „M jak miłość” było rytuałem, dawało wgląd w historię bliskich im jakoś ludzi, bo w życiu moich Dziadków niewiele się działo. Prawie nie opuszczali Uniejowic, czasami jeździli do Złotoryi. Raz w wakacje pojechaliśmy do Gorlic do rodziny. Innym razem Dziadziuś był we Wrocławiu na badaniu słuchu przy Placu Targowym w budynku, którego już nie ma. Byli też wspólnie na obronie mojego doktoratu we Wrocławiu. Pamiętam dokładnie, gdzie siedzieli, jakie miejsce zajęła moja nieżyjąca już Mama. Babcia z Dziadziem siedzieli w drugim rzędzie, bardzo blisko, bo chcieli wszystko widzieć, za nimi siedziała moja Mama. Studenci zawsze siadają jak najdalej i te miejsca po moich bliskich zawsze są wolne. Mam często w tej sali zajęcia i muszę się pilnować, żeby nie myśleć zbyt wiele o czasie, trochę odgonić się od szeptanego tam szyfru, który podpowiada mi, co paradoksalne, że trzeba jednocześnie odejść i wyruszyć w nieznane oraz zakorzenić się na nowo w tym, co znane.
W tej sali prowadzę zajęcia z filozofii współczesnej. Gdy na ich użytek przygotowywałem wykład dotyczący Martina Heideggera, przeczytałem kilka jego tekstów wyrażających, jak to określają znawcy, humanizm rustykalny, czyli „Polną drogę” oraz „Twórczy krajobraz. Dlaczego pozostajemy na prowincji?”. Przypomniały mi one z całą mocą postać Babci, gdyż czytając je zdałem sobie sprawę, że już to wszystko widziałem, że lektura jest powtórzeniem czegoś, co znam z obserwacji jej życia.
Przypomniałem sobie tę scenę z listkami i pięknem właśnie wtedy, gdy czytałem Heideggera. Moja Babcia, ta niewykształcona, wierząca kobieta, która żyła tradycyjnie, rzadko kiedy upuszczająca Uniejowice, nie czuła żadnych deficytów Bycia – była połączona ze światem swojego obejścia tak mocno, jak tylko się dało.
Czasami też myślę o wspomnianej scenie naszego spaceru odnosząc ją do filmu Michelangelo Antonioniego „Powiększenie”. To film o widzeniu, którego kluczowa scena rozgrywa się właśnie w parku, gdzie bohater nie widzi tego, co się zdarzyło, gdyż robi zdjęcia. Wtedy, z Babcią w parku, i ja czegoś nie widziałem. Tak jak bohater fotografując nie widział, choć to, co się zdarzyło, utrwalił za niego aparat (co potem musi zobaczyć, zmieniając nastawienie z estetycznego na detektywistyczne), tak tym, co przysłoniło mi zobaczenie istoty tej sceny, było zbytnie intelektualizowanie. Gdy tylko zmieni się nastawienie czy całościowy nastrój, w spacerach z Babcią widzę wszystko to, co Heidegger nazywa autentycznością.
Innym tekstem, który ożywił wspomnienie Babci związane z jej pierwotnym nastawieniem do świata, wyrażającym się w zachwycie nad nim, była „Czułość” Jadwigi Mizińskiej. To niezwykle piękne epitafium wybitnej polskiej filozof kultury dla swojej Mamy chorej na Alzheimera. Wzruszająco opisuje przyjaźń Mamy ze zwierzętami i całą przyrodą, która przebywa już w innym świecie: świecie piękna, zachwytu i zupełnie innej filozofii patrzenia niż ta, którą dysponuje zdrowa autorka-córka. Ten świat to zaczarowany świat dzieciństwa, w którym wszystko jest magicznie ożywione, przemawia do człowieka własnym językiem, na który stajemy się głusi doroślejąc, i może, paradoksalnie, głupiejąc poprzez nabywanie rozumu. Na koniec życia Mamy autorki powraca ona do dzieciństwa, jej ciało jest tutaj, umysł tam, w przeszłości. Na powrót przeżywa historie sprzed lat, choć nie pamięta tego, co było dzień wcześniej. Cudownie móc powrócić tam, gdzie się było, jeszcze raz, być może mocnej niż wtedy, przeżyć to, co minęło. Zbliżając się do śmierci, zbliża się jednocześnie do początku, do patrzenia na świat takim, jaki on jest (tak chciałbym wierzyć).
Moja Babcia chorowała na Parkinsona, a nie na Alzheimera, ale od kiedy ją pamiętam „jako Babcię”, czułość wobec świata była jej naturalnym nastawieniem. Nie potrzebowała lektury „czułego narratora” (tekst Jadwigi Mizińskiej jest zresztą o niebo lepszy niż słynny esej Olgi Tokarczuk), tak jak nie potrzebowała czytać wielkich filozofów, gdyż miała własną filozofię, przecież nieodległą od tej Heideggera. Co więcej, głęboko przeżytą, a nie wystudiowaną jak moja. Szkoda, że zrozumiałem zbyt późno, iż obcując z Babcią, obcuję z kimś wielkim. Żałuję, że popełniłem typowy dla inteligenta błąd, mówiący, iż zwykli ludzie nie mogą równać się z wielkimi. Mogą, gdyż koniec końców wszyscy dochodzą do tego samego wniosku, od Martina Heideggera po moją Babcię, Genowefę Sienkiewicz. Nie musiała go formułować filozoficznym czy poetyckim językiem, gdyż ten wniosek był przez nią przeżywany, a jego komunikowanie odbywało się nie w piśmie, lecz w chodzeniu po czarnej drodze.
Moja Babcia zmarła kilka lat temu podczas snu, prawdopodobnie wczesnym rankiem. Mąż mojej Mamy, który jako pierwszy wszedł do jej pokoju, myślał, że śpi, bo jej twarz była lekko uśmiechnięta. Babcia umarła z uśmiechem na ustach. Po śmierci Babci i mojej Mamy kontynuuję ich czynności, robię to, co one, odtwarzam choćby przepisy, układam ubrania w określony sposób, trzymam porządek rzeczy, jaki one wymyśliły. Za chwilę będę robił obiad i włączę „Człowieczy los”, kurczaka przyprawię vegetą i pieprzem. Nie tylko ja tak robię. Czyni tak wiele osób, jak choćby Roland Barthes opisujący żałobę po stracie matki, co zdradza nieuchronność tradycji jako więzi. Działanie jako rytuał zapewnia łączność, bo jest jednoczesnym myśleniem, współ-byciem z tym, kogo już nie ma. Gdy czasami idę czarną drogą, wiem, że Babcia jest obok, jej realność jest wręcz namacalna. Patrzę na pola, niebo, drzewa, wystający zza horyzontu kawałek wieży kościoła w Zagrodnie, do którego chodziła. Myślę, że gdyby moja Babcia żyła, powiedziałaby: „Zobacz, Michaś, jakie życie jest piękne”.
dr hab. Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: Moondance from Pixabay
Położenie Polaków pod zaborem czeskim jest okropne.
Między politykami rozpala się spór o to, czyją zasługą są reaktywacje połączeń kolejowych.