Czekając na swoją kolej
Jak idzie reaktywacja linii kolejowych do największych polskich miast pozbawionych połączeń?
„Księgę gaju laurowego” Béli Hamvasa mógłbym kończyć czytać i zaczynać od początku. Ta książka, zbiór kilkunastu esejów, to modlitwa, oscylowanie pomiędzy bezpośrednim przeżyciem świata a kontemplacją nad nim, które stają się jednością tak dalece, że trudno odróżnić jedno od drugiego. Nie wiem, czy świat jest taki piękny, jaki jawi się węgierskiemu pisarzowi, ale nie znam drugiej tak pięknej jego wykładni. Jeśli widzimy świat tak, jak go interpretujemy, to jestem po stronie interpretacji Hamvasa. Chciej piękna, to je zobaczysz – mówi Hamvas. Mogę tylko wyszeptać: chcę. Jeśli jego zbiór esejów to modlitwa, której najbliżej do św. Franciszka, to czytając staję w obliczu decyzji o wyznaniu wiary.
„Księga gaju laurowego” to najwyższej próby literatura, a właściwie filozofia życia w formie eseju doprowadzonego do mistrzostwa. Proponowanym nastrojem odbioru świata i bycia w nim odbiera mi dech w piersiach. Dawno już nie czytałem czegoś tak pięknego, mądrego, oczarowującego. Gdy kończę czytać i odrywam wzrok od ostatniego zdania jakiegoś eseju, czuję się, jakbym powracał z innego świata, jakby ktoś otworzył mi oczy opowiadając to, co najbardziej osobiste, a jednocześnie uniwersalne. Obcując z tekstami Hamvasa dotykam tego, co najważniejsze, tajemnicy życia, jej nieuchwytności, a jednocześnie czegoś znanego. Słucham fascynującej opowieści o człowieku, ale przede wszystkim o przyrodzie, którą węgierski pisarz chłonie każdym zmysłem, także docenianym przez niego zmysłem smaku. Nikt tak jak Hamvas nie opisuje świata natury, jego piękna, języka, szyfru, a jednocześnie wspaniale pisze o Ja, którego nie deprecjonuje głosząc koniec podmiotu ani nie rozpuszcza w świecie, lecz zespala ze światem, gdyż człowiek jest, jak powiada Hamvas, drugą stroną świata – by poznać siebie, musi poznać świat.
Jest w jego pisarstwie niesamowita delikatność, która im bardziej intymna, tym bardziej mnie dotyka i wyrywa z profanicznego tu i teraz, nakazując zachwycić się tym, co jest – a jest to, co jest święte, czyli co nie przemija kryjąc się tuż pod powierzchnią oglądanych rzeczy, co Hamvas nazywa Wielką Rzeczywistością. Nie jest ona nadbudowana nad Małą Rzeczywistością, czyli taką, którą da się zmierzyć i zważyć oraz sprawdzić. Kryje się pod nią, choć jest ona w pewnym wymiarze bezpodstawna w tym sensie, że opiera się na przemyśleniach innych niż te, których można dowieść. Dowodzeniem tym nie jest jednak zainteresowana, analogicznie jak przekonywaniem kogokolwiek. Czy można przekonać kogoś, że Wega jest gwiazdą muzykalną a Kapella gwiazdą demonicznej miłości? Można, mnie. Czy można dowieść, że rozumie się pieśni ptaków? Tak, ale tylko metafizycznie, z przestrzeni, która przekracza człowieka. Do tej przestrzeni, boskiego ogrodu zaprasza mnie Hamvas.
Od kiedy przeczytałem „Księgę gaju laurowego” oraz „Godzinę owoców” nie mam potrzeby czytania czegoś innego, gdyż wiem, jak głęboko będzie to rozczarowujące, jest tu bowiem coś, czego od wielu lat lektur nie dał mi nikt inny. Hamvas potrafił obudzić we mnie pragnienie życia, przeciwko któremu zwracała go współczesna mu „kultura Antychrysta”, czyli kultura absolutnego kryzysu duchowego i metafizycznego związanego z nowoczesnością. Jak pisze bowiem Hamvas: „Człowiek nie może zwracać się przeciw sile, która go niesie – bo to nie życie jest ukryte w człowieku, tylko człowiek jest zanurzony w życiu, i to nie człowiek żyje życiem, tylko życie ożywia człowieka”. To swoiste wyznanie wiary Hamvasa, punkt wyjścia jego filozofii życia.
Eseje Hamvasa to ogień. Ogień, który spalił mnie na popiół i dmuchnął w świat. Jest tak przede wszystkim dlatego, że pisanie Hamvasa ma na celu ocalenie, zarówno siebie jako podmiotu, jak również, przede wszystkim, pewnej formy kultury, która konała na jego oczach. Trzeba tutaj dodać, że Hamvas miał po wojnie zakaz publikowania wydany przez władze komunistyczne oraz nie mógł podejmować żadnych prac związanych z pisaniem, co załatwił mu osobiście znany filozof marksistowski György Lukács. Hamvas pisze więc wiele tekstów dla siebie, ewentualnie dla kilku znajomych, którym przekazuje swoje teksty. Jego pisanie jest samotne, choć ma w sobie coś z listu, czyli tej formy piśmienniczej, w której, jak mówi słusznie Hamvas, nie można być samotnym (to jeden z ważnych tematów Hamvasa). Nigdy jednak nie traci nadziei, że jego projekt życia przetrwa i ożywi człowieka, gdyż to właśnie on rekonstruuje pierwotną mądrość świata wyśmianą, odrzuconą i zapomnianą przez nowoczesność.
Sytuacja zepchnięcia pisarza na margines życia, także ekonomiczny (pracował jako robotnik i ogrodnik), niewątpliwie go hartuje, wyostrza zmysły i pióro, więcej nawet, pozwala zrozumieć istotę pisania jako pewnej formy skupienia, której celem jest rozpalić ogień prawdy, czyli tego, co poza tu i teraz. Pisanie musi być idealistyczne, albo nie powinno istnieć w ogóle. To nie tylko deklaracja względem formy czy stylu, to deklaracja ideowa. Dzięki pismu Grekom udało się wynaleźć jedyną formę przetrwania w rozpadającym się świecie, przeżycia pośrodku zniszczenia, wzbogacenia się nawet w rozkładzie, jedyny sposób, by życie było piękne niezależnie od okoliczności, epoki, państwa i społeczeństwa. Jest nim idealizm, czyli stojąca ponad epoką, państwem i społeczeństwem, językiem świadomość wiecznej prawdy. Słowem: w pisaniu musi być poszukiwanie wiecznej prawdy, czyli to, co nie przemija.
Hamvas pisze niezwykle osobiście, opowiadając o swoim widzeniu świata, o tym, jak tworzy nastrój pozwalający mu intensywnie przeżywać świat, wzrastać w życiu, napełniać siebie duszą świata, aby trwać pomimo przeciwności losu. Hamvas niewątpliwe bliski jest tutaj projektowi Nietzscheańskiemu, który filozoficznie bardzo cenił. O ile u Nietzschego żyć to podporządkowywać sobie świat, o tyle u Hamvasa trzeba raczej Ja zespolić ze światem poprzez odkrycie jego uniwersalnej prawdy; prawdy świata, którą na różne sposoby, choć istotowo podobnie, wypowiadały różne kultury. Duchową Tradycję człowieka, którą Hamvas odnajduje zarówno w naukach Wschodu, jak i na Zachodzie, przeciwstawia nowoczesności, która poprzez swój chłodny racjonalizm, pragmatyzm, technokrację sprowadza człowieka do narzędzia, niszcząc jego duchowość poprzez między innymi błędne pojęcie o indywidualizmie, poprzez fetyszyzację Ja oderwanego od świata.
Gdzie poszukiwać tej prawdy?
Odpowiadając na to pytanie, Hamvasa wskazuje, że pierwszym światem człowieka jest świat jego codzienności, prozaiczność życia, powtarzalność działań, które „są czymś więcej”. To w tej powtarzalności zżywamy się ze światem, rzeczy stają się nam bliskie. Metafizyka jest w ludzkich działaniach. To w naszych czynnościach, jak choćby w porannym ubieraniu się, gotowaniu zupy, rozpalaniu ognia, budowania domu – można doświadczyć świata: poprzez działanie, które jest myśleniem. Działanie bowiem odciska się w nas: kto zdradza innego, zdradza siebie, kto buduje dom, buduje siebie. Trzeba przyjąć pewną postawę, którą można określić mianem otwartej, gdyż tylko w tej swojej otwartości można zobaczyć otwarty byt, jak mówi Hamvas, czyli taki, który sięga poza widzialne granice życia. Przykładem bytu otwartego jest np. kwiat. Jeśli chcesz świata, bądź jak świat, gdy chcesz poznać prawdę o bycie otwartym, bądź otwarty.
Owe otwarcie, jako podmiotowa decyzja, może wynikać z sytuacji granicznej. Hamvas doznał załamań nerwowych podczas pierwszej wojny światowej oraz utraty mieszkania w czasie drugiej. Być może najistotniejszy jest widok zbombardowanego domu wraz całą biblioteką i pismami oraz przejmujący moment, gdy Hamvas pada na kolana i płacze wokół miotanych wiatrem kartek papieru. Te sytuacje sprawiają, że dopiero wtedy czuje powołanie do nowego istnienia, które posiadanie utrudnia (to Hamvas jako pierwszy, nie Fromm, mówi: być, nie mieć). Nie chciej wiele, nie chciej posiadać, bo wtedy na pewno nie znajdziesz spokoju, a tylko w stanie uspokojenia, tak obcemu dzisiejszemu rozedrganiu, możesz być blisko świata, będąc tym samym blisko siebie. Stracić wszystko, by zyskać wszystko. Dziwne? Czasami trzeba stracić niewinność, aby ją zyskać – mówi Hamvas, wskazując na nieuniknioność życiowej dialektyki, paradoksu, ale także tajemnicy i nieprzewidywalności.
Z ogromnego bogactwa problemów podejmowanych przez Hamvasa skupię się tylko na jednym – filozofii podmiotu oraz szeroko pojętej wspólnoty: ludzkiej i nie-ludzkiej. Wybrzmiewa ona najpełniej w esejach „Socjologia samotności” oraz „Kierkegaard na Sycylii”.
W najogólniejszym wymiarze pokazują one, jak niebezpieczne jest zamknięcie Ja w granicach swojej skóry, brak otwartości na świat, lęk przez ryzykiem poznania go poprzez zmysłowe zanurzenie się w nim. Wskazują, że pomiędzy Ja a światem oraz ludzką i nie-ludzką wspólnotą nie zachodzi różnica tak głęboka, jak chce nowoczesność. Ta różnica jest w ogóle z ducha nowoczesna i jako taka musi być przezwyciężona, gdyż jest wroga życiu, nie rozpoznaje jedności życia, a przez to rodzi tylko cierpienie jako efekt samotności i utraty więzi ze społeczeństwem. To jest właśnie główne zadanie filozofii życia Hamvasa: zasypać przepaść pomiędzy człowiekiem a światem: ludzi i nie-ludzi. Zażegnać alienację.
W takim ujęciu Hamvas to pierwszy posthumanista, co ciekawe, także powołujący się na myślenie magiczne jako ratunek przed pustką odczarowanego świata. Ale jest w swojej refleksji dużo bardziej kulturowo przenikliwy, filozoficznie głębszy, dzięki czemu unika naiwności technooptymizmu czy nudnej gadaniny w psychoterapeutycznym języku uważności i czułości à la Olga Tokarczuk. Zamiast bezrefleksyjnego ściągania wszystkiego z Zachodu, polscy posthumaniści mogliby poczytać prowincjonalnego Węgra, który przerasta ich o głowę nie tylko literacko, ale przede wszystkim intelektualnie. Co więcej, nie jest to opis bogatych akademików znudzonych wygodnym życiem i chcących umagicznić sobie świat, lecz realna postawa, która wykuwała się empirycznie, a nie poprzez lekturę – i choćby z tego względu nigdy jej nie dorówna, gdyż warsztaty o „magicznych roślinach” nigdy nie zastąpią prawdy ogrodu Hamvasa.
Punktem wyjścia do refleksji nad samotnością jest antypsychologiczne stanowisko Hamvasa, który twierdzi, iż psychologizowanie niczego nie wyjaśnia, gdyż punkt ciężkości lokuje w duszy jednostki, gdy ten punkt znajduje się poza nią. Co nim jest? Zewnętrze, czyli świat oraz wspólnota. „W samotności człowiek czuje najmocniej, że życie przeżywane tylko wewnątrz jest nietwórcze: miejscem jego losu jest świat. […] przeznaczeniem człowieka jest świat, środowisko, przede wszystkim wspólnota”. Z tego powodu Hamvas odrzuca psychologię na rzecz socjologii, wskazując tym samym, że to refleksja nad społeczeństwem i jej kulturą na fundamentalne znaczenie dla refleksji na samotnością.
Rozważając różne jej typy, m.in. samotność egzystencjalną, samotność heroiczną, samotność demoniczną – wskazuje na nowy typ samotności, który pojawił się w nowoczesności. Ten miejski typ samotności, jak go określa, nie ma nic wspólnego z chorobą, neurozą, przestępstwem czy świadomą decyzją, jest on bowiem społeczny. Tym, co go odróżnia od innych typów samotności, pisze Hamvas, jest jej powszechne występowanie będące wynikiem masowego indywidualizmu, który zatomizował dawne więzi pokrewieństwa i ducha, czyniąc z tych osób samotne atomy. To samo możemy dzisiaj przeczytać w „Cząstkach elementarnych” Michela Houellebecqua. Jak stwierdza węgierski pisarz, a co mogłoby być komentarzem do wielu obrazów Edwarda Hoppera: „Nigdzie nie ma tylu samotnych ludzi co w dużym współczesnym mieście. […] W dni powszednie wielkie miasto da się jeszcze jakoś znieść, bo podczas pracy nikt nie odczuwa odrębności swojej egzystencji, ale w święto, szczególnie świąteczne południe, wielkie miasto cichnie i zamiera. W niedzielę po południu mieszkaniec wielkiego miasta nudzi się. Czym jest nuda? – samotnością. Miasto ogarnia przygnębiająca atmosfera opuszczenia. Ludzie siedzą po domach sami, jakby w ogóle nie było czegoś takiego jak grupy, kontakty, więź, zbiorowość, państwo, wspólnota, rodzina. Społeczność znalazła się w rozsypce, bo pozrywały się nici łączące ludzi”.
Społeczeństwo, mówi Hamvas, przestało istnieć, a samotność pojawia się tam, gdzie następuje utrata symbiozy wyrażająca „pełnię bytu”, czego przykładem jest człowiek czytający w czasie niedzielnego obiadu. Człowiek, powiedziałby zapewne, zresztą bardzo bliski Hamvasowi, filozof Byung-Chul Han, niepotrafiący przeżywać już rytuału, nie znający łączącego ludzi symbolu. Ta społeczna samotność jest nieznana na szeroką skalę w przednowoczesności, gdyż ludzie żyjący w pasterskich, myśliwskich czy rolniczych formach życia nie znają takiej izolacjonistycznej tendencji. I wcale nie chodzi tutaj o pragmatyczny pożytek, twierdzi Hamvas, ale o głębsze rozpoznanie, że jest to naturalna organizacja sposobu życia. Wynika to z faktu, iż „człowiek jest jednym z elementów wielkich organizmów ziemskich, współżyje z naturą z racji swojego bytu, roli, znaczenia, poprzez pracę, powołanie, rodzinę i wspólnotę, a wszystko to dzieje się bez żadnego przymusu, samo z siebie, i zyskuje organiczny sens we własnych granicach. Tylko tam, gdzie funkcjonuje ziemska i metafizyczna pełnia symbiozy, zanika ryzyko samotności”. Tylko na podglebiu takiej symbiozy powstaje dusza kultury, jak określa ją Hamvas za filozofami kultury. Dusza kultury kształtowana jest przez tryb życia, środowisko, pracę, twórczość artystyczną, zwyczaje i religię, czyli całościowego ducha wspólnoty zawierającego w sobie elementarnie metafizyczne więzi. To ona likwiduje groźbę wszelkiego rozdarcia, ogarniając wszystkich uczestników wspólnoty.
We współczesnym społeczeństwie, pisze Hamvas, duch wspólnoty zanikł i z tego powodu samotność mogła stać się zjawiskiem masowym. Likwidacja kultury i ducha wspólnoty równa się epidemii samotności. Jednostka i wspólnota stanęły naprzeciwko siebie, nie znajdując żadnych wspólnych punktów. Zamiast tożsamości mamy różnicę, której nie zna świat symbiozy. Dlaczego? Gdyż wyklucza on sprzeczność pomiędzy indywidualizmem a kolektywizmem. Warunkiem istnienia ducha wspólnoty jest tak silne zakorzenienie w nim jednostki, by nie miała samodzielnych zamiarów, a wspólnota ma tak zrównoważony charakter, że każdy jej członek może być tym, kim jest (warto dodać, że podobnie tę kwestię widział choćby John Rawls w „Teorii sprawiedliwości”). Wspólnota nie oznacza, jak trafnie zauważa Hamvas – wbrew temu, co dzisiaj jest niemal częścią zdrowego rozsądku ukształtowanego przez zwulgaryzowaną wersję liberalizmu – że „człowiek ma być seryjnym produktem fabrycznym, tylko to, że w elementarny sposób jest związany z innymi”. W tym sensie nie ma konieczności – ani nawet potrzeby – rezygnacji z indywidualności, gdyż ta rezygnacja nie jest wymogiem symbiozy. Wręcz przeciwnie: tylko osoby, nie zaś bezosobowe byty mogą żyć wspólnie.
Trzeba na powrót odzyskać człowieka, a nie się go pozbyć, jak chcą posthumaniści, którzy połączyli dwa sposoby, na jakie dzisiaj można jeszcze przeżyć symbiozę, czyli naturę oraz duchowość. Oba sposoby, twierdzi Hamvas, świadczą raczej o braku duszy kultury niż o jej istnieniu, albowiem w duszy kultury symbioza jest spontaniczna, bezproblemowa, pozbawiona komplikacji – jest możliwa w postawie zaangażowanej w świat. Dzisiaj, powiada Hamvas, nawet spotkanie z naturą czy zanurzenie się we wspólnej duchowości okazuje się wątpliwe. Co więcej, ma charakter ucieczki. Hamvas dostrzega to jako jeden z pierwszych, wskazując na różne od siebie praktyki kulturowe, takie jak „wyprawy na łono natury”, sport na wolnym powietrzu, turystyka, ale i wszelkie formy ekstatyczne, gdzie narkotykiem jest choćby medium książki. Słowem: wszystkie praktyki, w których, po pierwsze, nie ma kontaktu z ludźmi, nawet najbliższymi, w tym rodziną. Po drugie, gdy realnych ludzi zastępuje wyobrażenie. Czynią tak ludzie, którzy nie mogą znieść siebie i swojej samotności, a praktyki te to chwilowe zawieszenia samotności lub tworzenie światów zastępczych. Nie chodzi o to, żeby nie mieć więzi z czymś innym, chodzi o to, żeby one nie były ucieczką od więzi podstawowej, jaką jest więź ludzka, albowiem twórcze życie, jak i życie w ogóle, nie może istnieć poza społeczeństwem. Kto porzuca świat oraz wspólnotę, ten zamyka się w Ja, a to staje się koszmarem. Tego zagadnienia dotyczy drugi wspomniany esej.
W eseju „Kierkegaard na Sycylii” Hamvas podejmuje ciekawy dialog z duńskim filozofem, którym obok Nietzschego fascynował się w czasie studiów filozoficznych. Esej Hamvasa, chyba jeden z najbardziej genialnych esejów w dziejach tego gatunku, to filozoficzna fantazja nad podróżą autora „Choroby na śmierć” na Sycylię, na której przecież nigdy realnie nie był. Jeśli chodzi o filozoficzną specyfikację, można powiedzieć, że to esej z zakresu filozofii podmiotu, gdyż kluczowym elementem filozofii Kierkegaarda przywołanym przez Hamvasa, jest filozoficzna nowość tego pierwszego, mówiącego, iż „Życie nie zależy od zjawisk, widzialnych i odczuwalnych obrazów, wyobrażeń i postaci: ono zależy od wewnętrznej aktywności, od działania psychologicznego, które jest całkowicie niezawisłe od świata zewnętrznego. Ludzki byt składa się nie ze zjawisk, tylko z postanowień. Ważne jest jedynie to, w czym istota ludzka bezpośrednio żyje. Punkt centralny egzystencji stanowi nie zjawisko, tylko postanowienie”.
To postanowienie, po pierwsze, powinno być marzeniem, bo tylko nimi karmi się życie (ta myśl jest klamrą spajającą esej, gdyż go otwiera i zamyka). Po drugie, kierować się ku zewnętrzu, ku światu, a nie ku psychicznemu wnętrzu, kryciu się w nim, zatapianiu, zagrzebywaniu w nim. Rezygnacja z tych dwóch wytycznych równa się katastrofie zapadnięcia się w siebie, dzisiaj wręcz powszechnemu dzięki procesowi terapeutyzacji kultury, przed czym Hamvas przestrzega. Z tego względu to jeden z bardziej aktualnych esejów.
Punktem wyjścia dla refleksji filozoficznej jest podróż jako metafora poznawania bardziej siebie niż świata, choć w perspektywie powyższego ujęcia człowieka jako „podmiotu preferencyjnego”, psychiczne nastawienie, „postanowienie” wobec świata, warunkuje jego nasze w nim bycie. Podróż, mówi Hamvas, daje nam niesamowite bogactwo możliwości związane z wyborami ścieżek wyprawy. Podróż powinna być jak pożar: być zachłanna na każdy kawałek do strawienia swoim ogniem i podążać w każdym kierunku naraz, aby na jej końcu pozostał tylko popiół. Zamiast spalonego świata, który dalej żyje i kwitnie, spala się jednak sam człowiek, gdyż zatracił w sobie ogień. Człowiek przestał bowiem mieć w sobie ten szaleńczy pożar, który Hamvas zwie życiem, nie dziwi zatem, że już nie potrafi podróżować. Nie potrafi poddać się „magicznej dynamice podróży”, aby go poniosła dokąd chce i aby czyniła to, co jej się podoba. Niczego bowiem nie potrafi, albowiem stracił kontakt ze światem, zamknął się na byt, uwięził w sobie, a jedyne, czym się zajmuje, jest rozważanie tego, co traci, gdyż nie może mieć wszystkiego – w efekcie nie ma niczego i zaczyna nienawidzić życia: „Biedny podróżny, biedny, kto żyje, biedne «ja»”. Oto nowy typ człowieka – człowieka psychologicznego.
Jak wygląda jego podróż? Jak nowy człowiek buduje więź ze światem?
Tym, co robi, jest nieustanne wycofywanie się ze świata, gdyż nie odpowiada on temu, czym miał być przed podjęciem decyzji o podróży. „Przyjechał tu z planem”, ale Sycylia nie jest z nim zgodna. Szuka wyobrażonej przez siebie przyjemności i estetyki, a jeśli jej nie znajduje, bo i znaleźć nie może, gdyż znajduje się ona tylko w jego głowie, porzuca wszelkie aktywności, jak spacery i kąpiele. Świat rozczarowuje, bo jest za gorąco, za kamieniem może być wąż, w wodzie są glony, nie ma drogi, którą mógłby spacerować. Wszelką przyjemność bycia na Sycylii niszczy to, jaka ona jest: jak ona pachnie, ale także to, czego lęka się podróżnik, np. kryjącej się w wodzie bestii, rekina. W efekcie bezpodstawnych lęków i przesadnej troski o bezpieczeństwo, kąpie się w domowej miednicy zamiast w morzu. Świat morza kurczy mu się do kałuży, gdyż to na jego brzegu zanurza się w miednicy, obawiając się polipów czy raków. Co za koszmar, a wystarczyłby krok… Boi się słońca, nieustannie chowa w cieniu, źle śpi. Brakuje mu apetytu, nic mu nie smakuje, boli go żołądek, nieustannie ma mdłości. Moim zdaniem to nawiązanie do tytułu książki Jeana-Paula Sartre’a, której akcja dzieje się, podobnie jak akcja wymyślonej historii Hamvasa, także w nadmorskiej miejscowości. Kluczowe jest jednak to, że w eseju Hamvasa oraz „Mdłościach” Sartre’a mamy do czynienia ze studium utraty kontaktu z rzeczywistością, którą zastępuje wyobraźnia. To do niej przenosi się człowiek, przestając jednocześnie być w świecie, gdyż jedynym światem staje się jego wyobraźnia, będąc w istocie więzieniem duszy oraz blokadą dla zmysłów. Ile słońca wpada przez więzienne kraty?
Podróż, jak łatwo się domyślić, nie udaje się, gdyż nie otworzyły się przed podróżnikiem żadne możliwości, a wręcz wszystkie zostały zamknięte. Szeroki świat bardzo się zawęził. Do rozmiaru kałuży. „Wszystko na co czekał, przeżył negatywnie” – pisze Hamvas.
Dlaczego?
Schronił się bowiem szczelnie w swoim Ja, z którego piękno nie było w stanie go wywabić, co powoduje tylko mękę z tym Ja, które staje się wręcz wrogiem samego siebie. Zostają tylko mdłości. Patrząc na świat, widzi tylko Ja – twierdzi węgierski eseista, dając tym samym znakomity komentarz na temat mitu o Narcyzie oraz rodzącego się na oczach Hamvasa kulturowego narcyzmu opisywanego w kilka dekad później przez filozofów kultury oraz socjologów. Nasz podróżnik nigdzie nie wyrusza, bo nie potrafi opuścić swojego Ja, w które nieustannie się zagłębia, aby odkryć siebie. Lecz tam nic nie ma oprócz lęku przed światem: „Żeby tylko przetrwać, żeby nic go nie skrzywdziło, nie obraziło, ojej, żeby nie stracił siebie”. Rzeczywistość okazuje się przygnębiająca, gdyż człowiek psychologiczny, który uległ „usejftycznieniu”, nie potrafi wyjść z siebie, zamknął się w klasztorze nowej religii, jaką jest Ja. Ten ascetyczny patos analizy duszy, mówi Hamvas, to droga donikąd, odrzuć te nowo religijne iluzje, mówi, gdyż nikt ciebie nie kusi, a diabeł, którego się obawiasz, jest tylko w tobie. Tym czego się boisz, jesteś ty sam. Co miałoby być przeciw tobie? Ryby? Słońce? Zapachy? Gnębi ciebie własne ja. To szaleństwo, mówi Hamvas, które uniemożliwia życie, a jedynie prowadzącą do omdlenia z udręczenia i samooskarżycielską analizę samego siebie. Jak dobitnie pisze Hamvas: „Czy sądzisz, że jeśli nie kochasz niczego jesteś zdolny kochać samego siebie? Droga do ciebie prowadzi tylko przez świat, więc jeśli nie kochasz niczego, nie możesz kochać siebie”. Nie trzeba zbytniej przenikliwości, aby uświadomić sobie szkodliwą głupotę well-being’owego hasła „Pokochaj siebie”. To się nigdy nie uda, bo wektor miłości biegnie inaczej.
Człowiek psychologiczny jest skazany na nieszczęście oraz samotność, przed którą nie ma już ucieczki, co – jak łatwo się domyślić – będzie powodowało tylko różne zaburzenia choroby psychiczne, czego obecnie jesteśmy świadkami.
Co zatem czynić? Jak wygrzebać się z Ja?
Rób to, czego chce od ciebie świat, a nie twoje Ja, nie prowadź walki ze światem, bo on nie jest twoim wrogiem. Ty sam jesteś dla siebie wrogiem, zamykając się przed światem w sferze własnych wyobrażeń. To grzech, bo grzechem jest trwać w stanie takiej wojny pomiędzy światem a Ja. A zatem nie unikaj ryzyka, wolności, niebezpieczeństwa. Kierując słowa do nowego człowieka, Hamvas pisze: „Uchwyciłeś się swojego «ja» i w magicznej metamorfozie podróży nie potrafisz stać się morzem, słońcem, winem, wiatrem. Dlaczego nie możesz normalnie jeść i mdli cię wśród zapachu pomarańczowych gajów. Spróbuj nie przeżywać świata we własnym imieniu, przeżywaj raczej siebie w imieniu świata. Spróbuj spojrzeć na siebie jak na lutnię, na której grają żywioły. Kto od ciebie żąda, byś na widok czegoś pięknego najpierw pluł na siebie? To dla ciebie religia? Twoje religia? Raczej zbrukać świat, byle tylko «ja» pozostało nietknięte? To nie religia, przyjacielu, ale chandra. Musisz porzucić to, co chciałeś uratować. […] Spróbuj żyć szczerze bez uciekania się do psychologii. […] Bardziej z serca i z radością. […] «Ja» nie istnieje, to po prostu druga strona świata. Jest tylko Bóg, to on jaśnieje na morzu, i wśród pomarańczowych gajów, ten czarodziejski zapach i wiatr to też on, jest naraz wężem, rekinem i winem. Nie zastanawiaj się, którym miałbyś być marzeniem. Wyśnij raczej samego siebie”.
W tym pięknym zakończeniu Hamvas namawia nas, abyśmy byli wolni, to znaczy wybrali nasz własny sposób reakcji na świat. Wybrali inne postanowienie, przyjęli inne niż psychologiczne nastawienie, wybrali odmienny od chandry nastrój. Jaki? Nastrój najsilniejszego przeżycia religijnego, jakim jest dziecięctwo boże, o którym pisze w najpiękniejszym wyznaniu wiary, jaki czytałem, czyli eseju „Pod tamaryszkiem”. Sycylia, szerzej Południe, jest tutaj metaforą, albowiem więcej pokładów owego dziecięctwa bożego mają w sobie ludzie Południa. W duchu ich kultury bowiem „znika jestem”, nie ma nic do roboty, a że nic nie robi, to i nie jest się zmęczonym. Pozostaje cieszyć się niebem, słońcem, wiatrem i morzem. Człowiek Południa nie musi myśleć i śpieszyć się, dlatego tam dobrze się śpi. Z tego już choćby względu trzeba kochać Południe. Kto go nie kocha, nie kocha życia. Jedząc pod tamaryszkiem słodką figę, można doświadczyć uśmiechu Boga. On uśmiecha się do swoich dzieci i wybacza im wszystkie psoty i nie zawsze miłe jego oku ziemskie rozkosze.
„Księga gaju laurowego” to pieśń życia. O Béla Hamvas! O Béla Hamvas! O Béla Hamvas!
dr hab. Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: Mila Okta Safitri from Pixabay
Jak idzie reaktywacja linii kolejowych do największych polskich miast pozbawionych połączeń?
Kapitalizm działa dokładnie tak, jak działać powinien. Niestety.