Niedobór czy nadmiar?

·

Niedobór czy nadmiar?

·

Jednym z najważniejszych filarów społecznej akceptacji neoliberalizmu jest jego mitologia. Kapitalizm bowiem wykracza zdecydowanie poza bycie tylko koncepcją czy systemem ekonomicznym lub gospodarczym. Mark Fischer pisze wprost o „Realizmie kapitalistycznym”, to jest kulturowej władzy neoliberalizmu, która powoduje, że ustrój ten traktowany jest jako nie posiadający alternatywy, konieczny, niemożliwy do zastąpienia i podważenia. W tym ujęciu realizm kapitalistyczny to prawdziwa, zgodna z arcykapłanem liberalizmu Fukuyamą, koncepcja końca historii – kapitalizm nastąpił po ustrojach feudalnych, autorytarnych czy niewolniczych, ale po nim nie będzie już nic innego i nowego.

Tak skonstruowany realizm kapitalistyczny posiada oczywiście swoją sferę symboliczną i aksjologiczną, neoliberalną mitologię. I musi tak być, bo przecież przeciętny człowiek często nie poparłby wprost idei wolnorynkowej wyłożonej wprost. Ale jej konkretne mity, „prawdy” i obiegowe opinie – już jak najbardziej. Niekiedy zresztą, a nawet całkiem często, mitologia neoliberalna urasta do miana naukowych (czy raczej „naukowych”) koncepcji, a te szybko stają się „obiektywne” i powszechnie obowiązujące, także w świecie akademickim. Znaleźć je można jako powszechnie akceptowane twierdzenia w podręcznikach, skryptach i codziennych dyskusjach ekspertów.

Jednym z największych takich mitów, wręcz konstruujących i będących jednym z filarów neoliberalizmu, jest definicja ekonomii. Otóż w każdej szanującej się wyższej szkole handlu, biznesu etc. dowiemy się, że ekonomia to sztuka wykorzystania i zarządzania zasobami w warunkach deficytu. Twierdzenie to, niby mające wyłącznie wartość naukowej definicji, w gruncie rzeczy jest ideowym manifestem oraz kierunkowskazem systemu, który z samej definicji opiera się na rosnących nierównościach, drenażu publicznych finansów i usług, oraz coraz większym kumulowaniu kapitału, a przez to władzy, przez wielki kapitał.

A co jeśli ekonomia to tak naprawdę sztuka zarządzania nadwyżkami – i to coraz większymi?

To, że w skali państw, regionów i wreszcie całego świata panuje nierówność, jedni mają więcej, inni mniej, jest sytuacją trwającą od zawsze. Absolutną równość i pełne zrównanie majątkowe ani nie jest możliwe, ani do końca pożądane. Czy chcemy ostatecznie, aby lekarz ratujący życie zarabiał mniej niż np. patoinfluencer?

Nierówności takie mają jednak pewne ramy – nie tylko Globalne Południe jest biedniejsze niż Bogata Północ, ale w ramach tejże Północy jedni mają więcej, inni mniej, a do tego na wszystko, w skali globalnej, nakłada się rosnąca wszechwładza korporacji.

A skoro rozpatrujemy całość globalnie, to zacznijmy od podstaw. Ile jest bogactwa na świecie i jak to się matematycznie rozkłada?

Profesor Ladislau Dowbor, powołując się na analizę UBS, podaje, że globalny majątek gospodarstw domowych szacowany jest łącznie na 463,6 bln dolarów i znajduje się w rękach 5,3 mld dorosłych na naszej planecie. Skumulowany majątek osobisty na świecie wynosi około 87 tys. dolarów na osobę dorosłą. W przypadku rodziny składającej się z dwóch dorosłych osób byłoby to 174 tys. Co to znaczy? Wybitny ekonomista nie ma złudzeń: „Po raz pierwszy w historii ludzkości mamy wystarczająco dużo dla każdego, nie licząc wartości infrastruktury”.

Potwierdzają to dane dotyczące światowego PKB. Jeśli sumę tę – 110 bilionów dolarów – podzielimy przez 8-miliardową populację, zdamy sobie sprawę, że to, co dziś produkujemy w postaci towarów i usług, stanowi równowartość ponad 4,2 tys. dolarów miesięcznie dla czteroosobowej rodziny. To około 15,5 tysiąca złotych.

O czym świadczą te statystyki? Jeśli zestawimy je z odsetkiem osób na świecie dotkniętych ubóstwem, głodem, biedą etc., to okazuje się, że generalnie dobrobyt rozumiany jako dostępność dóbr rośnie szybciej niż liczba ludzi na świecie, więc uznać należy, że o ile kiedyś faktycznie można było mówić o niedoborach konsumpcyjnych i życiowych, o tyle dziś produkujemy i posiadamy wystarczająco dużo. Nie tylko aby zapewnić godne życie literalnie każdemu na świecie, ale także aby zwiększać ten poziom oraz rozwijać nasze gospodarki.

Skoro jest tak dobrze, to czemu nierówności rosną (bo rosną), a korporacje mają coraz więcej i więcej, nie tylko zresztą pieniędzy, ale przede wszystkim władzy?

Otóż ekonomia to faktycznie sztuka zarządzania. Tyle że nadwyżkami – oraz tak, aby generować niedobory. I taką definicję ekonomii neoliberalnej możemy przyjąć.

W świecie wolnego rynku bowiem następuje splot zjawisk, które ongiś Naomi Klein wyszczególniła jako główne filary neoliberalnych „doktryn szoku”: prywatyzacja, deregulacja oraz podatkowe przywilej dla najbogatszych. Stąd nie dziwi, że w świecie, w którym szarlataństwo Chicago Boysów jest obowiązujące, następuje tak ogromna akumulacja kapitału w rękach ostatecznie bardzo niewielkiej liczby podmiotów.

Prof. Dowbor pisze, że 80% kontroli nad wszystkimi korporacjami ponadnarodowymi sprawuje tylko 737 podmiotów. To oznacza skrajną nierówność skupienia i rozkładu władzy i wpływów. Do tego aż 40% kontroli nad wartością ekonomiczną tychże korporacji ponadnarodowych znajduje się w rękach zaledwie 147 struktur.

Możemy więc roboczo przyjąć następującą wizję rzeczywistości: ze względu na postęp technologiczny, informacyjny i ostatecznie polityczno-społeczny na całym świecie, jak również w większości regionów, wielkość produkcji i wytwarzanych dóbr i usług pozwala na mówienie o nadmiarze (nadwyżce). To z kolei oznacza, że możliwy jest stan ogólnego wzrostu poziomu życia. Tak się jednak nie dzieje, gdyż przeważająca większość nadwyżki skapuje do portfela niezwykle wąskiej grupy odbiorców, głównie korporacji i kapitału międzynarodowego, która kumuluje go w celu zwiększenia swej władzy i wpływów. Efektem jest nie tylko utrzymująca się nierówność i pauperyzacja kolejnych grup ludności (co wynika z ekspansywności neoliberalizmu i poszukiwania kolejnych sfer do drenażu), ale przede wszystkim rosnące wpływy polityczne i decyzyjne tychże podmiotów.

Jak podają oficjalne raporty dotyczące światowego rozkładu bogactwa: 62,5 mln ludzi – 1,2% dorosłej populacji – posiada 47,8% zgromadzonego bogactwa: 221,7 bln dolarów. 627 mln dorosłych – 11,8% ogółu – posiada 38,1% bogactwa: 176,5 bln dolarów. To, co można sklasyfikować jako niższą klasę średnią, ze zgromadzonym majątkiem 10-100 tys. dolarów, ma 13,0% majątku: 60,4 bln dolarów. A 2,818 mld dorosłych, 53,2% ogółu, posiada zaledwie 5 bln: 1,1%.

Wniosek, jaki wysuwa Ladislau Dowbor, jest druzgocący dla koncepcji neoliberalnej rozpatrywanej z perspektywy sprawiedliwości społecznej: „około dwie trzecie ludzkości jest wykluczone lub niepewnie włączone do systemu”. Trudno o bardziej dobitny dowód nie tylko na to, że ekonomia to sztuka zarządzania nadwyżkami, ale i na to, że w warunkach kapitalizmu sztuka ta służy skrajnie niewielkiej grupie osób.

I nie jest to przypadek lub anomalia. To celowa polityka, realizowana od kiedy kapitalizm w gruncie rzeczy powstał, ale przede wszystkim widzimy skokowy wzrost tego zjawiska od początku lat 80., gdy do władzy doszli Reagan i Thatcher, a sukinsyn Pinochet od paru już lat niszczył i terroryzował Chile ku pełnej aprobacie liberalnych heroldów „niewidzialnej ręki” – a nawet z aktywnym ich doradztwem i wsparciem.

O ile bowiem na Zachodzie po wojnie zapanował konsensu, wedle którego pracownicy i społeczeństwo mieli partycypować w zyskach i rozwoju ekonomicznym, o tyle dojście do władzy wspomnianych piewców neoliberalizmu odwróciło sytuację. W latach 1946-1980 dochód najbiedniejszych 50% wzrósł o 129%, natomiast najbogatszego 1% „tylko” o połowę. W USA do połowy lat 70. panował swoisty konsensus wśród Republikanów i Demokratów, że płace minimalne powinny rosnąć szybciej niż inflacja – to najłatwiejszy sposób na poprawę losu najgorzej sytuowanych. I faktycznie w tym czasie liczba milionerów i miliarderów w USA spadała, o tyle same Stany Zjednoczone stały się krajem niespotykanego dobrobytu i powszechnego awansu społecznego.

Od ponad 40 lat sytuacja jednak wygląda zupełnie inaczej, co połączone jest nie tylko z drenażem finansowym i ekonomicznym szeroko rozumianych klas ludowych, ale i całych państw oraz ich aparatury. Bo jeśli jeszcze kilka lat temu Brazylia posiadała rezerwy finansowe na poziomie 30 mld dolarów, a Argentyna zaledwie 10 mld dolarów, to spekulant Edward Jones obracał, według „Business Week”, kwotą 255 mld dolarów, a Merrill Lynch… tryliona dolarów!

Całość wynika nie tylko ze wspomnianej skrajnej deregulacji, ale także jej skutku w postaci zmiany struktury ekonomii i dywidend. Przesuwa się to bowiem z sektora produkcji do sektora finansowego lub jak kto woli: spekulacyjnego. Ten umożliwia wyprowadzanie kapitału i jego skupienie, także w rajach podatkowych i wszelkich innych formach wymykających się opodatkowaniu i nadzorowi, a w efekcie redystrybucji i sensownemu wykorzystaniu.

Tylko w 2015 roku 28 gigantów kontrolowało tak zwane produkty pochodne (spekulacyjne) o wartości 600 bln dolarów – to 8-krotność światowego PKB. W tym samym czasie na całym Zachodzie neoliberałowie powszechnie i bezustannie powtarzają o konieczności cięć, oszczędności, przeklętej austerity i okraszają to zawsze tym swoim durnym pytaniem: kto za to zapłaci?

We wspomnianych rajach podatkowych według Tax Justice Network i „The Economist” ukryte jest od 20 do 32 bilionów dolarów. Dla porównania: PKB światowe to w analizowanym okresie 73-80 bln. Dowbor przywołuje przykład Brazylii, w której nieproduktywne zawłaszczanie zasobów (odsetki, unikanie podatków i ulgi fiskalne) stanowi ponad 25–30% całego PKB.

Nie tylko jesteśmy już teraz w stanie produkować i tworzyć zasoby umożliwiające dostatnie życie pozbawione głodu i nędzy dla absolutnie każdego. Gdyby to, co jest nielegalnie i przestępczo zagarniane i wyprowadzane zostało z powrotem „wlane” do gospodarki społecznej, to ten dobrobyt byłby nawet o 30-50% większy.

Ale całość wybiega także poza samą analizę socjo-ekonomiczną.

Definicja (jak już wiemy – fałszywa) o ekonomii jako sztuce zarządzania niedoborami służyć ma także drenażowi umysłów i propagowaniu określonej wizji świata.

Po pierwsze – jest to ohydne, ale jakże skuteczne usprawiedliwianie biedy i ubóstwa. Bo skoro ekonomia zarządza niedoborami, to są one obiektywne, a więc ci którzy są biedni – muszą być biedni. To skrajnie protestancka wizja świata, gdzie jednym przeznaczone jest bogactwo, innym nie, ale całość oparta jest na boskich i niezbywalnych prawidłach. Do tego skoro jest to obiektywne, więc jest też należne oraz sprawiedliwe – gdyby ktoś miał otrzymać dar bogactwa, to by tak się stało, a skoro tak nie jest…

…to jest sam sobie winien. Czyli docieramy do kolejnego mitu neoliberalizmu: kowala swojego losu i self made mana. W tymże ustroju panuje przekonanie, że o tym, jak nam układa się życie, decydujemy tylko my: nasza praca, poświęcenie i zdolność do wyrzeczeń (jakżeby inaczej!). Skoro „społeczeństwo nie istnieje” i mamy określoną, z definicji za małą dla wszystkich pulę dostatku, a z drugiej strony „każdy pracuje na swój sukces”, to efektem jest obiektywny i sprawiedliwy podział bogactwa oraz biedy. Mówiąc językiem neoliberałów: „Dla ciebie nie wystarczyło, a poza tym jesteś sam sobie winien, mogłeś bardziej się starać”.

Drugi skutek to wspomniana obsesja wolnorynkowców w kwestii niszczenia finansów publicznych, czyli osławiona polityka austerity. Promowanie polityki oszczędności i cięć budżetowych nie ma służyć określonym celom fiskalnym czy budżetowym, ale określonej wizji rzeczywistości – oraz z niej wynikać. Skoro mamy niedomiar i wszystkiego za mało, to logiczne jest, że trzeba oszczędzać. Poczynając oczywiście od „fanaberii” typu ochrona zdrowia, komunikacja, edukacja, budownictwo społeczne, programy socjalne. A pokażcie liberała, który powie, że oszczędności należy zacząć od zastopowania drenażu finansów i wyprowadzania pieniędzy przez korporacje do rajów podatkowych. Prędzej (vide Mentzen i jego kancelaria) spotkamy liberałów, którzy jeszcze doradzają, jak to robić.

I po trzecie – skoro w tej wizji ekonomia to była i będzie sztuka zarządzania niedoborami i charakteryzuje się stałym brakiem nadwyżek, to nigdy nie będzie odpowiednio dużo zasobów i wytwarzanych produktów oraz usług, by starczyło dla wszystkich. Przy czym „dla wszystkich” rozumiem tak, że jesteśmy w stanie wyeliminować biedę, wykluczenie i głód. Zawsze usłyszymy: „jeszcze nie teraz”, „jeszcze nie osiągnęliśmy określonego poziomu ekonomicznego”, „musimy oszczędzać” etc.

Gdy mówimy o kapitalizmie, to pamiętać musimy, że nie chodzi tylko o określony model ekonomiczny i finansowy. Mówimy przede wszystkim o pewnym imaginarium i sferze kulturowo-symbolicznej, która posiada swoje mity, prawdy i całą przestrzeń aksjologiczną. Myśleć raczej powinniśmy o „kapitalizmie kulturowym”, bo to ze skrajnie zatomizowanych, indywidualistycznych i egoistycznych pobudek idea liberalna dopiero wyprowadza swoje koncepcje gospodarcze czy fiskalne.

Grzegorz Ćwik

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Alexa from Pixabay

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie