Fantazja całości
Nie ma żadnego neutralnego „narodu”, do którego można by łaskawie dokooptować klasę ludową.
Jeszcze jedna dyskusja o emeryturach? Brzmi jak zapowiedź kolejnego panelu „ekspertów”, podczas którego przez dwie godziny mowa o wskaźnikach, suwakach bezpieczeństwa i prognozach na rok 2050 – albo i dalszy. Na koniec wszyscy zgodzą się, że problem jest poważny, zrobią wspólne zdjęcie i rozejdą do domów. Z systemem emerytalnym nadal nie stanie się nic.
Polska polityka emerytalna od lat wygląda podobnie. Jedna ekipa podnosi wiek emerytalny, druga obiecuje, że go obniży. Jedni straszą bankructwem ZUS-u, drudzy odpowiadają trzynastą albo czternastą emeryturą. Obywatel ma dostać przelew, podziękować władzy i najlepiej nie pytać, kto za dwadzieścia czy trzydzieści lat będzie na ten przelew pracował.
Ludzie jednak pytają. W zakładach pracy, przy rodzinnych stołach i w zwykłych rozmowach coraz częściej słychać: „na nas już nie będzie miał kto pracować” albo „ja tej emerytury i tak nie zobaczę”. Można machnąć ręką i uznać to za typowe dla naszego narodu narzekanie na wszystko i wszystkich. Można jednak też dostrzec, że państwo utraciło coś ważniejszego niż równowagę w tabelach excela: zaufanie obywateli.
Przez lata wmawiano nam, że składka emerytalna działa prawie jak prywatna świnka skarbonka. Człowiek wpłaca, ZUS zapisuje, a po czterdziestu latach grzecznie oddaje. Niezła bajka, co? W rzeczywistości składki płacone dziś, finansują świadczenia wypłacane dziś. Pieniądze nie leżą w sejfie i czekają, aż Kowalski pójdzie na emeryturę. System utrzymują aktualni pracownicy, przedsiębiorcy i podatnicy, o czym wielu na co dzień zdaje się zapominać.
Nie ma więc emerytur bez ludzi. Można zmieniać wzory, przesuwać środki między funduszami i zamawiać następne prognozy, ale ustawą nie wyczaruje się milionów pracowników, których wcześniej się nie urodziło i nie wychowało. Zamiast kolejny raz łatać stary system, trzeba wreszcie zastanowić się nad nową umową społeczną. Prostszą, czytelniejszą i opartą nie tylko na solidarności, ale również na odpowiedzialności. Tak rozumiem emeryturę obywatelską dostosowaną do polskich warunków.
Punktem wyjścia powinno być zagwarantowanie każdemu obywatelowi minimum bezpieczeństwa na starość. Nie jałmużny i nie świadczenia pozwalającego wybierać między lekami a ogrzewaniem. Człowiek, który osiągnął wiek emerytalny, nie może zostać bez środków tylko dlatego, że całe życie zarabiał niewiele, chorował, opiekował się bliskimi albo na pewien czas wypadł z rynku pracy.
Pełna emerytura obywatelska wynosiłaby 50 procent mediany wynagrodzeń netto, lecz nie mniej niż 60 procent płacy minimalnej. Każdy obywatel zachowywałby natomiast prawo do minimalnego świadczenia zabezpieczającego przed ubóstwem, wynoszącego, powiedzmy, 70 procent pełnej emerytury obywatelskiej, lecz nie mniej niż połowę płacy minimalnej netto. Takie świadczenie rosłoby odpowiednio do lat wkładu we wspólnotę. Dzięki temu państwo gwarantowałoby każdemu minimum bezpieczeństwa, ale jednocześnie wyraźnie premiowałoby realny wkład w funkcjonowanie wspólnoty.
Po co dwa wskaźniki procentowe mediany i płacy minimalnej? Te dwa wskaźniki to dwa bezpieczniki, żeby świadczenie nie zostało przyspawane do poziomu biologicznego przetrwania, a zarazem nie zależało wyłącznie od tego, jaką kwotę płacy minimalnej wpisze do ustawy aktualna większość w sejmie. Emerytura powinna rosnąć razem z poziomem życia społeczeństwa, a nie tylko z obietnicami w kolejnej kampanii wyborczej.
Państwo ma gwarantować bezpieczeństwo, ale nie musi obiecywać każdemu identycznego poziomu życia niezależnie od zarobków, aktywności i własnych decyzji. Kto chce na starość żyć lepiej, powinien mieć prostą możliwość dodatkowego oszczędzania. Dziś dostaje PPK, IKE, IKZE i kilka innych skrótów, które dla przeciętnego człowieka brzmią jak kolejne warianty tej samej instrukcji napisanej dla księgowych.
Zamiast mnożyć byty ponad potrzebę, należałoby połączyć te rozwiązania w jeden Narodowy Fundusz Oszczędności Emerytalnych. Każdy mógłby dobrowolnie wpłacać tam dodatkowe środki, korzystając z ulg podatkowych i preferencji za długoterminowe oszczędzanie. Zasada musi być jednak sztywna i nie do naginania: pieniądze pozostają prywatną własnością obywatela, podlegają dziedziczeniu i są oddzielone od bieżących finansów państwa. Żadnego „pożyczymy tylko na chwilę”, bo Polacy już nieraz słyszeli, że coś jest tymczasowe, po czym tymczasowość zdążyła się zestarzeć razem z nimi.
Publiczny filar bezpieczeństwa wymaga oczywiście finansowania. Największy ciężar nie powinien jednak spadać, jak to zwykle ma miejsce, na ludzi o przeciętnych dochodach, podczas gdy najlepiej zarabiający odczuwają go proporcjonalnie słabiej. Dlatego składka emerytalna mogłaby być umiarkowanie progresywna: 10 procent do wysokości mediany, 12 procent między jedną a dwiema medianami, 14 procent między dwiema a czterema oraz 16 procent powyżej czterech median.
W tym miejscu odezwą się zapewne dyżurni obrońcy najbogatszych, którzy często sami pracują za najniższą krajową albo niewiele więcej w lokalnym Januszeksie, lecz na samą myśl o wyższej składce dla milionera zaczynają bronić jego portfela jak cnoty własnej matki. Padnie słowo „komunizm”, może nawet kilka razy. Tyle że wysokie dochody nie powstają w próżni. Są możliwe dzięki bezpieczeństwu, infrastrukturze, wykształconym pracownikom i instytucjom utrzymywanym przez całe społeczeństwo. Kto korzysta z tego otoczenia najwięcej, może też w większym stopniu uczestniczyć w utrzymaniu jego podstaw. To nie rewolucja. To wzajemność.
Sama powszechna emerytura nie może jednak oznaczać, że państwo przestanie widzieć różnice w tym, kto ile wniósł do wspólnoty. Identyczne potraktowanie człowieka, który przez kilkadziesiąt lat pracował, wychowywał dzieci albo opiekował się osobą niepełnosprawną, oraz kogoś, kto bez żadnej przyczyny pozostawał całkowicie bierny, zwyczajnie nie byłoby sprawiedliwe. Byłoby wygodnym udawaniem, że każdy wniósł do społeczeństwa dokładnie tyle samo.
Prawo do podstawowej emerytury powinien zachować każdy obywatel. Pełna wysokość świadczenia zależałaby natomiast od udokumentowanego wkładu w funkcjonowanie wspólnoty. Podstawą pozostaje legalna praca, prowadzenie działalności i opłacanie składek. Nie ma sensu umniejszać roli ludzi, którzy codziennie finansują państwo.
Ale nie każdy ma przysłowiowy fart i przechodzi przez życie suchą stopą. Ktoś przez kilkanaście lat opiekuje się ciężko niepełnosprawnym dzieckiem wymagającym pomocy przez całą dobę. Nie ma wsparcia rodziny, nie może normalnie pracować i regularnie odkładać składek. Ktoś inny rezygnuje z zatrudnienia, aby zajmować się przykutym do łóżka rodzicem. Wykonuje pracę, za którą państwo w placówce opiekuńczej płaciłoby co miesiąc tysiące złotych, a mimo to w urzędowej tabeli nadal figuruje jako „nieaktywny zawodowo”. Trudno o bardziej ponury żart.
Okres rzeczywistego wychowywania dzieci oraz udokumentowanej, długotrwałej opieki nad osobą zależną powinien więc być liczony podobnie jak okres pracy. Bez komisji badającej moralność obywatela i bez konkursu na patriotyczne zasługi. Państwo ma już historię zatrudnienia, informacje o urlopach opiekuńczych, orzeczeniach o niepełnosprawności i sprawowanej opiece. Nie trzeba budować nowej biurokratycznej piramidy – wystarczy wreszcie sensownie wykorzystać dane, które już istnieją.
Każdy rok pracy, rzeczywistego wychowania dziecka albo faktycznej opieki oznaczałby punkt wkładu społecznego. Po osiągnięciu określonego progu obywatel otrzymywałby pełne świadczenie. Osoby, które progu nie osiągnęły, nadal zachowywałyby emeryturę podstawową, lecz w niższej wysokości, wyliczanej według jednej czytelnej zasady. Dziś wielu ludzi nie jest w stanie nawet oszacować przyszłej emerytury bez pomocy urzędnika i kalkulatora wyglądającego jak panel sterowania promem kosmicznym. System prostszy byłby nie tylko uczciwszy, lecz także tańszy w obsłudze.
Trzeba przy tym odróżnić świadomą wieloletnią bierność od biedy, choroby, bezrobocia czy zwykłego życiowego nieszczęścia. Państwo ma chronić ludzi, którzy nie mieli realnej możliwości pracy lub opieki. Nie może jednak zachowywać się tak, jakby wieloletni wysiłek oraz wieloletnia obojętność wobec własnych obowiązków były tym samym.
Szczególną rolę odgrywa tutaj demografia. W Polsce niemal każdy polityk lubi powiedzieć, że rodzina jest fundamentem narodu. Problem zaczyna się wtedy, gdy pod podniosłym zdaniem trzeba położyć konkretną ustawę i konkretne pieniądze. Mamy 800+, które miało między innymi poprawić sytuację rodzin. Nie okazało się jednak magicznym zaklęciem na dzietność, bo dzieci nie rodzą się od samego przelewu, a polityka rodzinna to coś więcej niż jeden program. Jeżeli przyszłe emerytury będą finansować przyszli pracownicy, wychowanie dzieci nie jest wyłącznie prywatnym hobby rodziców. Jest wkładem w trwanie państwa. Dlatego pełne świadczenie powinno uwzględniać dodatek demograficzny. Nie za samo biologiczne rodzicielstwo, lecz za faktyczne wychowanie dziecka posiadającego polskie obywatelstwo i dorastającego w Polsce przez znaczącą część niepełnoletności. Sam podpis w akcie urodzenia nie wystarczy. Premia należy się za odpowiedzialność, nie za sam fakt spłodzenia potomka. Tu również warunki można sprawdzać na podstawie istniejących danych dotyczących opieki rodzicielskiej, miejsca zamieszkania i edukacji dziecka. Nie trzeba urządzać rodzicom egzaminu z uczuć ani wysyłać inspektora do każdego mieszkania. Administracja już dziś wie o obywatelu więcej, niż obywatel chciałby wiedzieć o administracji. Niech przynajmniej raz zrobi z tego użytek pożyteczny dla rodzin. Dodatek demograficzny powinien być finansowany z odrębnego Funduszu Demograficznego.
Część środków mogłaby pochodzić ze składki emerytalnej, ale nie wolno kolejny raz przerzucić całego rachunku na pracę. Źródłem powinny być również wpływy z podatku cyfrowego, skuteczniejsze pobieranie CIT, ograniczenie agresywnej optymalizacji podatkowej i część dywidend spółek Skarbu Państwa. Zwykły pracownik jest rozliczany z każdej złotówki. Wielka korporacja potrafi natomiast przez lata przekonywać, że wprawdzie zarabia w Polsce, ale zysk w tajemniczy sposób powstał akurat gdzie indziej. Gdy pojawia się pomysł skuteczniejszego opodatkowania takich firm, natychmiast słyszymy, że wszystkie zamkną biznes i uciekną z kraju. Nie uciekną od kilkudziesięciomilionowego rynku tylko dlatego, że przestaną płacić symboliczne kwoty, bo nadal w naszym kraju będą miały jak u Pana Boga za piecem. A nawet jeżeli zaczną grozić, państwo nie może za każdym razem reagować jak właściciel małego sklepu przestraszony, że obrazi największego klienta.
Kolejnym elementem reformy powinna być premia za późniejsze przejście na emeryturę. Nie każdy może i nie każdy powinien pracować dłużej. Robotnik po czterdziestu latach ciężkiej pracy fizycznej jest w innej sytuacji niż zdrowy pracownik biurowy. Nie ma sensu jednym ruchem suwaka przesuwać wieku emerytalnego wszystkim. Można jednak zachęcić tych, którzy chcą pracować dalej. Każdy dodatkowy rok mógłby podnosić świadczenie o kilka procent, do ustalonego limitu. Dobrowolność zamiast przymusu. Obywatel dostaje wyższą emeryturę, a system przez kilka kolejnych lat zyskuje pracownika i płatnika składek.
Reforma musi też odpowiedzieć na pytanie o cudzoziemców. Jeżeli emerytura obywatelska wynika z uczestnictwa we wspólnocie, nie może przysługiwać w pełnym wymiarze po krótkim pobycie i kilku latach pracy. Z drugiej strony człowiek, który przez piętnaście lat legalnie mieszkał w Polsce, pracował, płacił podatki i związał z naszym krajem swoje życie, nie jest przypadkowym gościem. Rozsądną granicą byłoby piętnaście lat legalnego pobytu, pracy oraz uczestnictwa w polskim systemie podatkowym i społecznym. Po spełnieniu tych warunków cudzoziemiec mógłby uzyskać prawo do podstawowego świadczenia. Dodatek demograficzny pozostawałby związany z wychowaniem w Polsce dziecka posiadającego polskie obywatelstwo. Solidarność nie jest darmowym biletem rozdawanym przy wjeździe. Wymaga wzajemności i trwałego uczestnictwa w życiu kraju. Ktoś zapewne wskaże, że Polacy po kilku latach pracy pobierają częściowe świadczenia z Francji, Niemiec czy Norwegii. Być może. Tyle że w pierwszej kolejności interesuje mnie wydolność polskiego systemu, polskiej ochrony zdrowia i szereg innych polskich spraw, a nie wydolność systemu innych krajów.
Nie da się też zbudować sprawiedliwego systemu bez uporządkowania przywilejów emerytalnych. Nie każda wcześniejsza emerytura jest niesprawiedliwa. Górnik pracujący pod ziemią, ratownik czy funkcjonariusz wykonujący zadania związane z rzeczywistym zagrożeniem zdrowia i życia – nie znajdują się w tej samej sytuacji, co pani Anetka z HR-u. Wyjątki muszą jednak wynikać z realnego ryzyka, nie z siły grupy zawodowej i jej zdolności do postawienia kolejnego rządu pod ścianą. Przez lata system obrósł wyjątkami, których nikt nie chce ruszyć, bo każdy ma własny związek zawodowy, środowisko albo politycznego opiekuna. Zwykły pracownik ma to finansować i jeszcze przyjąć do wiadomości, że „od zawsze tak było”. To żaden argument. Reforma powinna zachować wcześniejsze emerytury tam, gdzie istnieją medyczne i zawodowe podstawy, a stopniowo wygaszać je tam, gdzie zostały jedynie pamiątką po dawnych układach. Dotyczy to również służb mundurowych. Państwo musi doceniać dyspozycyjność, ryzyko i szczególny charakter tej pracy. Nie oznacza to jednak, że każdy funkcjonariusz, niezależnie od stanowiska i przebiegu służby, powinien kończyć aktywność zawodową według zasad stworzonych w innych warunkach demograficznych. Wiek emerytalny w służbach należałoby stopniowo podnieść do pięć lat, pozostawiając wyjątki dla stanowisk rzeczywiście wyniszczających zdrowie albo narażających życie.
Pozostaje najtrudniejsze: przejście ze starego systemu do nowego. Tutaj nie ma miejsca na rewolucyjne gesty wykonywane cudzym kosztem. Państwo nie może po dwudziestu czy trzydziestu latach powiedzieć człowiekowi, że zasady, według których planował przyszłość, właśnie przestały obowiązywać, bo ktoś w ministerstwie dostał nagłego olśnienia. Obecni emeryci zachowaliby swoje świadczenia. Osoby mające ponad dwadzieścia lat stażu pozostałyby w dotychczasowym systemie. Ludzie ze stażem krótszym niż piętnaście lat przeszliby do systemu nowego, a ci znajdujący się pomiędzy tymi grupami otrzymaliby jednorazowy wybór. Taki okres przejściowy chroni prawa nabyte i jednocześnie nie skazuje państwa na pół wieku utrzymywania kilku coraz bardziej zagmatwanych modeli. Polska administracja ma wyjątkowy talent do tworzenia rozwiązań przejściowych, które żyją dłużej niż rozwiązania docelowe. Nie warto dokładać kolejnych.
Ten model oczywiście nie jest gotową ustawą. Trzeba policzyć koszty, ustalić próg punktów wkładu, zasady uwzględniania choroby i bezrobocia, a także sprawdzić, jak reforma wpłynie na finanse publiczne w kolejnych dekadach. Od tego są ekonomiści, prawnicy i administracja. Nie po to jednak, by zamówić kolejny raport kończący się stwierdzeniem, że sprawa wymaga dalszych analiz. Kierunek jest czytelny. Każdy obywatel ma dostać gwarancję bezpieczeństwa na starość. Kto chce żyć lepiej, może budować prywatne i dziedziczone oszczędności. Praca nadal pozostaje podstawą systemu, ale państwo przestaje udawać, że wychowanie dzieci czy wieloletnia opieka nad ciężko chorym człowiekiem nie mają żadnej wartości, a przede wszystkim świadczenie emerytalne powinno być kwotą zapewniającą godną jesień naszego życia, a nie stawiającą człowieka w obliczu egzystencjalnych zmartwień i wyborów. Składka staje się bardziej solidarna, a demografia przestaje być tematem przemówienia wygłaszanego raz w roku. Od lat proponuje się nam wybór między neoliberalnym „radź sobie sam” a dokładaniem kolejnych świadczeń bez przebudowy systemu. Pierwsze podejście zostawia słabszych samych sobie. Drugie kupuje kilka miesięcy spokoju i kilka punktów w sondażach.
Nie wiem, czy przedstawiony tutaj model jest ostateczną odpowiedzią. Wiem natomiast, że obecnego systemu nie uratują kolejne piętnastki czy szesnastki dopisywane do emerytur. Możemy nadal pudrować konstrukcję, której coraz mniej ludzi ufa, albo potraktować temat poważnie. Nie przed następnymi wyborami, lecz przed następnym pokoleniem. Bo rachunek za brak decyzji i tak przyjdzie. Nie wystawią go opozycja, związkowcy ani minister finansów. Wystawi go demografia. A zapłacą go ci, których dziś nie ma jeszcze przy stole.
Kamil Królik Antończak
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay
Nie ma żadnego neutralnego „narodu”, do którego można by łaskawie dokooptować klasę ludową.
zadumałam się nad tym za kogo uchodzę