Historia posłuszna woli ludzkiej. W dziesięciolecie legionów

·

Historia posłuszna woli ludzkiej. W dziesięciolecie legionów

Adam Skwarczyński ·

Trudno dziś wczuć się w ową szarzyznę beznadziejną życia polskiego przed wojną. Wśród „unormowanych”, „ustalonych” stosunków rok szedł podobny za rokiem, takie czy inne wypadki publiczne bardzo niewidocznie zmieniały ich barwę. Człowiek – wydać się mogło – wraz z urodzeniem już z góry przynosił sobie na świat swój los, a przynajmniej parę, dobrze wszystkim znanych, losu tego możliwości.

Przyszłość – zdawało się – stała się martwą.

Wykluczona poza życie była wszelka rzecz naprawdę nowa, nieoczekiwana, z wolnej, a twórczej woli ludzkiej się rodząca; niemożliwością była twórczość, romantycznym marzeniem, poezją był czyn. Przeciętny obywatel patrzył na te sprawy ze starczą pobłażliwością i podejrzliwością – a najwyższy duch narodu miał widzenie, że Konrad-twórca beznadziejnie zaklęty jest w szrankach sztuki, fikcji, teatru. Myśl o zasadniczej zmianie położenia narodu, o rozpoczęciu na nowo jego dziejów coraz bardziej stawała się mglista, coraz dalsza. Iskierka wiary żywej coraz ją rzadziej rozświetlała, coraz beznadziejniej wchłaniała ją w siebie atmosfera zatęchłej rupieciarni, odświętnych rekwizytów narodowych.

Przesłonił nam dziś te szare czasy krwawy tuman zawieruchy wojennej, która poza widnokręgiem naszego świata się poczęła – i nagle bieg rzeczy i losy ludzi w najfantastyczniejszy sposób pokierowała.

I dlatego trudno jest dziś sprawę zdać sobie z całej dziwaczności, patosu i. . . komizmu jednocześnie tego zjawiska, wcielonego w garść ludzi, którzy nagle, wśród bezdziejowej szarzyzny, uwierzyli w przyszłość, do niej przygotowywać się poczęli – i czynne role w niej sobie powyznaczali. Sami siebie zaczęli przetwarzać, kształcić, przerabiać na inną, nową miarę, na miarę wielkich zadań, wedle wymagań nowych, przyszłych czasów. Sami, w kilkudziesięciu, paruset, później w parę tysięcy – bez aparatu, bez rutyny – poczuli się kadrami armii ujarzmionego narodu. Zmienili sposób życia, zmienili zamiłowania swe i zawody, zmienili obyczaje. W codziennej, szereg lat się ciągnącej pracy organizacyjnej, szkolnej i moralnej, rodziło się w nich przeświadczenie i pewność, że mimo pozorów rozumnej kalkulacji, mimo potęgi technicznej zaborców, mimo obojętności, a raczej zupełnej w tych rzeczach nieświadomości własnego społeczeństwa – oni stworzą armię, wywalczą i zbudują państwo.

Kto te rzeczy przeżył i poprzez perspektywy ubiegłego dziesięciolecia potrafi i zechce wspominać, ten dziś jeszcze odczuje całą wzniosłość i cały jednocześnie komizm owych bawiących się w wojsko gromadek, wychodzących w roku 1908 czy 1910 na ćwiczenia za rogatki Lwowa lub Krakowa, jeszcze bez mundurów, dobrze jeśli nie w „melonikach”, lecz w bardzo militarnie wówczas wyglądających szarych „maciejówkach”, z kilku schowanymi brauningami i mauzerami, z paru uroczyście niesionymi karabinami. Dziś jeszcze na śmiech się zbiera, gdy staną w pamięci poważne, ambitne rozważania około dwudziestoletnich wyższych szarż strzeleckich: „czy dam sobie radę z dywizją, czy tylko z pułkiem lub brygadą”. Ci z nich, którzy do dziś żyją, jakże często realizują i realizowali w roku 1920 te swoje naiwne marzenia.

Wstępując do Związku Walki Czynnej, każdy przyjmował uroczyście deklarację, w której mowa była o przyszłej „Rzeczpospolitej Polskiej” i o oficerach jej armii. Gdy organizacja zdobyła się na mundury, na czapce nosił każdy orła tego samego modelu, który dziś jest na czapkach całego wojska. Na „wielkie ćwiczenia” ci, którzy obejmowali funkcje oficerskie, wkładali na kołnierz te same zygzaki, które dziś są odznaką oficerską. Salutowanie odbywało się w ten sam sposób (dwoma palcami), jaki później był przedmiotem ciągłych zatargów Legionów z Austriakami, a jaki dziś obowiązuje w wojsku polskim. W wypracowanych wówczas regulaminach ustalono większość zasadniczych komend, terminów technicznych i taktycznych, które wchodzą dziś w skład regulaminu wojska polskiego.

Szereg ogólnych i szczegółowych przykładów owego urzeczywistnienia się marzeń można by ciągnąć znacznie dłużej – nawet gdy zwrócić uwagę na strzelecki „vox populi” o poszczególnych osobach. Komendanta Piłsudskiego każdy strzelec uważał za przyszłego Wodza Naczelnego, a nawet za głowę przyszłego państwa; gdy dzisiejszy płk. Kossakowski („Kirgiz”) wzniósł kiedyś na komersie strzeleckim okrzyk: „Niech żyje Mieczysław Pierwszy” – to strzelcy uważali to za wielki nietakt tylko dlatego, że wszyscy byli republikanami i wiedzieli, że republikaninem jest i Komendant. Z tego też samego powodu wściekali się, gdy ktoś ze złośliwych przeciwników Komendanta wydał w Zakopanem satyryczne wierszyki i karykatury na przyszłego „króla”. Sosnkowskiego, ponieważ był „szefem”, uważali strzelcy za przyszłego szefa sztabu generalnego – a to przewidywanie sprawdziło się również, niemalże dosłownie. Komendantów ówczesnych okręgów organizacyjnych nazywano ironicznie i z austriacka „Korpskomendantami” – dziś jeden jest dowódcą korpusu, a drugi inspektorem armii. Przewidywania co do przyszłych wybitnych dowódców liniowych oraz specjalistów sztabowych mniej ściśle się urzeczywistniły – już choćby ze względu na to, że wielu z nich (jak Herwin-Piątek, Wyrwa-Furgalski, Grudziński-Piększyc, Fleszar, Kordian-Monasterski) zginęło w Legionach – ale i tu wiele można by przytoczyć „cudownie” trafnych przewidywań.

Kto by tylko kontemplacyjnie zestawiać chciał marzenia owe i dzisiejszą rzeczywistość, ten by mógł snuć teorię jakichś cudownych natchnień zbiorowych, które przyszłość przewidywać były zdolne. Lecz naprawdę jest to zupełnie coś innego – coś, co jest nieskończenie bardziej cudownym od wszelkich proroczych przepowiedni.

Oto żywa i czynna wiara tych ludzi, wola i wytężona praca uczyniła ten cud, że ich dorobek wrósł korzeniami w rzeczywistość, zdołał uczynić sobie posłuszną historię, zdołał zapanować nad przyszłością. Praca ich ofiarna i jej rzetelne wyniki stały się sprawcami tego bardziej rzadkiego zjawiska: posłuszeństwa historii wobec woli ludzkiej; praca ta, trwająca od czasów strzeleckich poprzez Legiony i później aż do roku 1920, stała się klamrą łączącą te dwie, zazwyczaj tak rozbieżne rzeczy: ludzkie zamierzenia – i rozwijającą się przyszłość.

Ale praca to była nie byle jaka, nic nie mająca wspólnego z tym, co jest tylko mechanicznym wypełnianiem przyjętego na siebie obowiązku. Było to dosłowne, szereg lat trwające urzeczywistnienie mickiewiczowskiego hasła: mierz siły na zamiary. Było to dla nich – zwłaszcza w chwili wybuchu wojny, który tak bezradnym zastał całe społeczeństwo – nowe narodzenie się. Każdy z tych ludzi pamięta, jak wobec coraz to nowych, coraz większych i bardziej nieoczekiwanych zadań rozrastała się jego wola i zdolności, każdy przeżył takie momenty, kiedy naprawdę miał materialną wiarę, że w sprawie, której służy i w sytuacji, w jakiej się znajduje, nie mogą istnieć niemożliwości. Dlatego to – nie mówiąc już o olbrzymiej skali czynów Piłsudskiego, człowieka o talentach niezwykłej miary – epoka ta roi się od faktów, kiedy przeciętny poza tym człowiek wyrastał ponad siebie, bo ujawniał się w każdym człowieku tkwiący pierwiastek genialności. Ludzie bez uprzedniego, rutyną ustalonego przygotowania okazywali się w potrzebie dobrymi dowódcami wielkich jednostek lub administratorami wielkich działów pracy, młodzi oficerkowie stawali się działaczami i organizatorami zapędzającymi w „kozi róg” powagi polityczne, ludzie pierwszy raz widzący dany kraj i środowisko (np. Królestwo w r. 1914 lub Rosję w r. 1917) stawali się w nim ośrodkami krystalizacyjnymi planu politycznego i siły. Bo uwierzywszy w swoją sprawę, natężywszy w jej kierunku swą wolę, niezdolni byli dopuścić do siebie refleksji bezradnej i szli na podbój jutra, by uczynić je takim, jakie ujrzeli je w swym „marzeniu” – a raczej w swym postanowieniu i planie.

Oto istotny dla Polski sens moralny dziesięciolecia ubiegłego.

Ma ono wartość niesłychaną. Nie tylko dlatego, że przerwało ów szary, bezdziejowy okres życia polskiego. Nie tylko dlatego, że w ciągu niego powstało i utrwaliło się Państwo Polskie. Nie tylko z powodu szeregu ważnych zdarzeń, przeżyć, zdobyczy. Ma ono wartość przede wszystkim moralną, gdy się je rozpatruje z punktu widzenia stosunku zamiarów ludzkich i pracy – do wyników. Z punktu widzenia owego największego cudu, jaki możliwy jest na ziemi: owego posłuszeństwa historii wobec woli ludzkiej.

I kto tylko na życie swoje i na przyszłość narodu patrzy poważnie, kto w dzisiejszej epoce – tak obfitującej w najpoważniejsze zadania – do czegoś dąży i od siebie czegoś wymaga, kto nie chce, by przyszłość była tylko podarunkiem losu lub dopustem, lecz „marzy” o owej przyszłości posłusznej, przyszłości ludzi dzielnych i wolnych – ten ową dziesięcioletnią epokę (bez względu na to, czy losy dały mu w niej działać czy nie) wcieli do swego credo życiowego, jako świadectwo potęgi ludzkiej woli i pracy.

komentarzy