„Straszni mieszczanie” biorą się za emerytury

A patrząc, widzą wszystko oddzielnie / Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo… – ów cytat z wiersza Tuwima uporczywie przychodzi mi na myśl, gdy zastanawiam się nad przegłosowanym przez Sejm 11 maja podniesieniem wieku emerytalnego. Niczym tytułowi straszni mieszczanie z utworu Tuwima, władza „widzi wszystko oddzielnie” i przeprowadza reformę emerytalną w oderwaniu od działań na innych polach. Nie zauważając, że system emerytalny jest jedynie częścią większej konstrukcji – systemu publicznego dobrobytu, u którego fundamentów leżą określone warunki demograficzne, zaś jego filarami powinny być inkluzywny, wydajny rynek pracy oraz zdrowe i spójne społeczeństwo.

Niemal każdy z elementów owej konstrukcji jest przez polską politykę zaniedbany. Porównując tę sytuację do przebudowy domu, podniesienie wieku emerytalnego jest jak rozpoczęcie przebudowy od komina. I to w sytuacji, gdy fundamenty się zapadają, a ściany pękają i kruszą.

Premier chętnie przedstawia reformę emerytalną jako dowód politycznej odwagi własnego środowiska, które nie boi się niepopularnych, lecz koniecznych zmian, a także jako wyraz perspektywicznego myślenia o współczesnych wyzwaniach. Czy tak jest w istocie? Podniesienie wieku emerytalnego to raczej pomysł na krótkookresową poprawę kondycji budżetu poprzez zmniejszenie liczby wypłacanych emerytur. Gdyby rzeczywiście władzy chodziło o długofalową reakcję na wyzwania demograficzne i ekonomiczne, wdrożyłaby kompleksowe zmiany, które – jak każda inwestycja – wymagałyby na starcie wydatków społecznych oraz wysiłku podjętego w celu znalezienia na nie środków zarówno w ramach samego budżetu, jak i z dodatkowych wpływów podatkowych. Jednak przekonanie całego społeczeństwa czy wybranych, zasobnych grup do zasilania domeny publicznej w imię określonych celów społecznych, które zaprocentują później, wymaga w istocie – zwłaszcza w polskim kontekście – znacznie większej odwagi niż polityka szukania oszczędności.

Nie stać nas, więc stójmy w miejscu

Swego czasu „rozczuliła” mnie wypowiedź pełnomocniczki ds. równego statusu, Agnieszki Rajewicz-Kozłowskiej, która pytana przez dziennikarkę „Przekroju”, stwierdziła, że jeśli chcielibyśmy uzależnić moment podniesienia wieku emerytalnego od kompleksowych zmian w wielu sferach życia społecznego, musielibyśmy czekać na to wiele lat, gdyż w tej chwili na kompleksową reorganizację polityki społecznej nas po prostu nie stać. W moim przekonaniu, stwierdzenie, że „nas nie stać”, jest gołosłowne i najpewniej wynika z powielania obiegowych opinii, iż żyjemy ponad stan i należałoby w dobie kryzysu zacisnąć pasa. Jednak sama polityka zaciskania pasa poprzez cięcia w wydatkach publicznych, a zwłaszcza socjalnych jako panaceum na czas dekoniunktury, bywa kwestionowana m.in. przez takich ekonomistów, jak noblista Joseph E. Stiglitz, a wśród polskich badaczy Kazimierz Łaski i Leon Podkaminer. Pojawiają się też głosy, że bardziej zasadnym kierunkiem rozruszania gospodarki jest zwiększenie zatrudnienia poprzez inwestycje publiczne, a także wzrost popytu konsumpcyjnego przez poprawę sytuacji osób mniej zamożnych czy wręcz ubogich.

Ponadto Polska jest jednym z ostatnim krajów, którego władze powinny wzbraniać się przed modernizacją polityki społecznej przy pomocy zainwestowania w to środków większych niż obecnie. Według Eurostatu, jesteśmy jednym z krajów Europy wydających najmniej na zabezpieczenie społeczne – 19% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 29%. Zatem gdy władze powołują się na to, że większość krajów UE podnosi wiek emerytalny, dbają o standardy europejskie dość wybiórczo. Tutaj znów objawia się niezdolność władzy do widzenia systemu społecznego jako całości. A wydatki na zabezpieczenie społeczne to tylko jeden z licznych wskaźników społecznych, w których nie dorównujemy wielu krajom UE i – co gorsza – niewiele robimy, by to zmienić.

Podnieść próg czy wiek

Rząd najczęściej tłumaczy konieczność podwyższenia wieku emerytalnego trendami demograficznymi. Jednak rozwiązanie, które proponuje, nie przyczyni się do kształtowania stosunków ludnościowych. Pomysł podwyższenia wieku emerytalnego jest co najwyżej próbą łagodzenia skutków starzenia się populacji, nie zaś oddziaływania na przyczyny – więc znów jest to budowanie domu od komina. Tymczasem należałoby w pierwszej kolejności stworzyć ludziom warunki dogodne do posiadania i wychowywania dzieci. Tu zapóźnienie polskiej polityki względem „starej” Europy jest szczególnie widoczne. Wydajemy na politykę wsparcia rodzin i dzieci 0,8% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 2,3%.

Skutki niedofinansowania są opłakane. Rodziny, którym uda się spełnić restrykcyjne kryteria uprawniające do wsparcia, otrzymują je w niewielkim wymiarze, najczęściej przy pomocy działań osłonowych. Umożliwiają one zaspokojenie najbardziej elementarnych potrzeb, nie dają natomiast realnych możliwości pełnego uczestnictwa w społeczeństwie. Równocześnie wiele osób – na skutek istnienia niskiego, nie podnoszonego od 8 lat progu dochodowego, uprawniającego do świadczeń rodzinnych – nie otrzymuje wsparcia wcale. Rząd dopiero teraz podjął decyzję, że od listopada podniesiony zostanie zarówno próg dochodowy, jak i wysokość samego zasiłku rodzinnego (ale już nie dodatków do niego). Ciekawe, że podniesienie wieku emerytalnego przyjęto w błyskawicznym tempie mimo sprzeciwu wielu grup, tymczasem podniesienia wspomnianego progu tak długo nie mogliśmy się doczekać, mimo że eksperci postulowali to od dawna.

Modernizacja cudzymi rękami

Oczywiście polityka rodzinna to nie tylko świadczenia rodzinne. Piętą achillesową polskiej polityki społecznej są usługi, w tym opiekuńcze. To właśnie ze względu na ich niedobór wiele osób nie decyduje się na posiadanie dzieci, a ci, którzy to robią, nie zawsze mają szansę na zaspokojenie potrzeb rozwojowych swego potomstwa. Oczywiście, w kręgach prorządowych podnosi się z dumą kwestię wprowadzenia ustawy żłobkowej i rosnących w lawinowym tempie wskaźników skolaryzacji na poziomie przedszkolnym. Warto jednak pamiętać, że równolegle do wzrostu podaży opieki rosną koszty, jakie ponoszą rodziny.

Według badań Eurobarometru, polskie rodziny w ostatnich latach odczuły wzrost obciążeń związanych z wychowaniem dziecka. Ów wzrost nie wynika bezpośrednio z ustawy, ale wiele gmin, na które zrzucono odpowiedzialność za to (i za wiele innych nowych zadań), przerzuciło na rodziców niemałą część kosztów. Na poziomie systemowym nie zapewniono mechanizmu, który ograniczyłby wzrost kosztów ze strony rodzin, ani też nie zapewniono wystarczającego wsparcia gminom. Ponadto wzrost podaży miejsc w instytucjach opieki nad dzieckiem, oprócz dużego prywatnego wysiłku finansowego rodziców, jest możliwy dzięki środkom unijnym, rozdysponowanym w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Jest to źródło potrzebne, ale niestabilne – prędzej czy później wygaśnie. A zatem władze może i realizują słuszne cele, ale wyłącznie cudzymi rękoma: samorządów, rodziców, UE. A subwencji oświatowej na opiekę przedszkolną, choćby częściowej – mimo przedwyborczych obietnic Premiera – jak nie było, tak nie ma…

Pies pogrzebany w śmieciach

Opisana sytuacja zwiększa ryzyko wykluczenia, którym zresztą władza się nie przejmuje. Wydatki na przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu oraz na mieszkalnictwo są w Polsce 5 razy mniejsze niż unijna średnia (0,2% do 1% PKB). Tymczasem brak dostępu do mieszkań stanowi barierę także dla decyzji prokreacyjnych. Jak pokazały badania CBOS z 2007 r., większość indagowanych wskazała, że właśnie poprawa dostępu do mieszkań mogłaby zachęcić ich do powiększenia rodziny. Tymczasem sytuacja mieszkaniowa jest fatalna, zwłaszcza że wiele osób nie ma szans na kredyt, pracując na tymczasowych umowach – mamy najwyższy wskaźnik zatrudnionych na umowach czasowych w UE. W Polsce umowa o pracę staje się powoli luksusem – zwłaszcza dla młodej generacji. Wielu młodych – jeśli w ogóle udaje im się wejść na rynek pracy – jest zatrudnionych w ramach umów cywilnoprawnych lub wręcz „na czarno”, nie mając żadnych praw pracowniczych. I tu właśnie jest pies pogrzebany!

Ogromna rzesza osób pozostających poza rynkiem pracy lub zatrudnionych w systemie nieoskładkowanym, sprawia, że wpływy do FUS są niewielkie. Publiczna „świnka skarbonka” niemiłosiernie chudnie, a nie karmiona przychodami ze składek nie jest w stanie wypłacić godziwych świadczeń beneficjentom. Toteż rozwiązywanie problemów systemu emerytalnego należy rozpocząć od zmierzenia się ze zjawiskiem prekaryzacji pracy i życia. Celowo mówię o prekaryzacji, a nie o samych umowach śmieciowych, gdyż nie jest to problem jedynie umów i nie da się go rozwiązać wyłącznie przez regulacje prawa pracy. Jak zauważył prof. Mieczysław Kabaj, młodzi godzą się na śmieciowe warunki i biorą byle jaką pracę w obawie przed nieustannie czającym się za plecami widmem bezrobocia, szczególnie powszechnego w Polsce w tej grupie wiekowej.

A co robi władza? Drastycznie tnie wydatki z Funduszu Pracy, paraliżując działania publicznych służb zatrudnienia. W 2009 r. wydawaliśmy na walkę z bezrobociem 4 razy mniej niż średnia wydatków na ten cel w krajach UE. Aż strach myśleć, jak będą wyglądały te różnice obecnie. O ile po liberalnej władzy nie spodziewałem się nasilonej walki z wykluczeniem, o tyle wydawało się, że dążenie do jak największej aktywizacji zawodowej jest zgodne z kanonem liberalizmu w wydaniu europejskim. Jednak u nas – nie.

Bez pracy i emerytury, lecz z obowiązkiem opieki

Sytuacja zawodowa jest trudna nie tylko dla osób dopiero wchodzących na rynek pracy, ale także dla dojrzałych pracowników. Tym bardziej dziwi dążenie do podniesienia wieku emerytalnego, skoro mamy w Polsce najniższy w UE wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 50+! Wiele z nich de facto pracuje, ale nieodpłatnie, opiekując się wnukami, a także osobami w wieku podeszłym. O ile opieka nad wnukami zazwyczaj wiąże się z radością i satysfakcją, o tyle pielęgnacja niesamodzielnych osób starszych, z których wiele cierpi na liczne dolegliwości i nieraz nie poznaje już bliskich, to ogromne obciążenie psychiczne dla opiekuna. Część z nich musi zrezygnować z zatrudnienia, a horyzont uzyskania emerytury przesuwa się. Inni są zmuszeni do łączenia pracy na etacie i wykonywanej po godzinach nieodpłatnej pracy w postaci opieki nad osobami starszymi, co może prowadzić do fizycznego i psychicznego wyczerpania, a w związku z tym do obniżenia efektywności w pełnieniu obydwu ról.

W Polsce udział opiekunów nieformalnych jest szczególnie wysoki, a według stosowanych typologii porównawczych, nasz system opieki nad osobami starszymi jest jednym z najmniej przyjaznych w całej UE. Ale system siłą inercji trwa, a władza w swej krótkowzroczności korzysta z przerzucenia odpowiedzialności za ten problem na rodzinę, nie zauważając, że to również m.in. tutaj leży bariera w realizacji deklarowanych założeń reformatorów, jakimi jest zwiększenie liczby pracujących.

Niestety w oczach rządzących ponury obraz wszystkich powyższych zależności rozmywa się w dymie z komina, od którego nasi „straszni mieszczanie” zabierają się za reformy.

Rafał Bakalarczyk

Rafał Bakalarczyk

(ur. 1986) – absolwent polityki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim i socjologii politycznej w Högskolan Dalarna (Szwecja); od 2010 r. doktorant na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Interesuje się szeroko rozumianą polityką społeczną, zwłaszcza problemami opieki, edukacją, skandynawskim modelem dobrobytu oraz mechanizmami dialogu społecznego. Publikował m.in. w „Głosie Nauczycielskim”, „Dziś” i „Przeglądzie”. Współautor książki „Jaka Polska 2030?”, wydanej przez Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a, z którym stale współpracuje. Zwolennik współdziałania i wymiany doświadczeń między różnymi środowiskami prospołecznymi. Bliski jest mu duch książek Żeromskiego, zwłaszcza postać Szymona Gajowca z „Przedwiośnia”. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

4 odpowiedzi na „„Straszni mieszczanie” biorą się za emerytury

  1. jegor pisze:

    Warto wspomnieć, że podobna droga „reform” została już w Europie przetestowana, przy czym sam „reformator” marnie skończył. Mam tu na myśli rumuńskiego przywódcę, Nicolae Ceausescu. Jego droga „reformatorska”, której celem było oddłużenie kraju, polegała na ogromnych cięciach wydatków zwłaszcza na służbę zdrowia, jednocześnie pojawili się też „wybitni specjaliści”, którzy głosili, że przyczyną większości chorób jest odżywiane, konkretnie nadmierne odżywianie. Zaczęto więc oficjalnie lansować zasadę dwóch skromnych posiłków dziennie zamiast modnych wcześniej trzech, ale bogatszych. Do tego należy dodać „przymus demograficzny” czyli wyjątkowo paskudny zakaz aborcji, co miało zwiększyć „zasoby ludzkie” konieczne do tworzenia przyszłego dobrobytu i powszechnego szczęścia poddanych. W roku 1989 reforma ta została dość krwawo zakończona.

  2. Samson pisze:

    Doskonały artykuł. Zgadzam się z wszystkimi argumentami.Tylko,że nie wystarczy się oburzać. Trzeba działać i to najlepiej tą samą bronią, czyli absolutnie legalnie, ale w interesie swoich egoistycznych interesów , tak jak nasza waadza.Ja nazywam to młotkowaniem. Jest to działanie prawne, w najbardziej skrajnej formie, gdy na starcie, w postaci już samego wniosku widać, że nie będzie chodziło o żaden kompromis.Trudno, ale w.g. mnie nowe wyzwania, wymagają nowych metod. I oby tylko takich.

  3. AnnGot pisze:

    100 % zgody. W grupie osób siłą rzeczy wykluczonych z płacenia składek należałoby dodatkowo wyróżnić kobiety – to one w większości z powodu nieistniejącej polityki socjalnej zajmują się opieką nad starszymi i wychowaniem dzieci – co wyklucza wzrost mobilizacji zawodowej w tej grupie.

  4. Pingback: nie narzekajmy. | w walce o sojusz Robotnika, Chłopa i Urzędnika Pracującego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>