Idę poboczem

Jechałem busem, teraz idę poboczem drogi. Wtedy była późna zima albo bardzo wczesna wiosna, teraz pięknie dogasa lato, rozkwita jesień. Tam była Małopolska, tu jest Wielkopolska. Tu nie ma busów, nie ma też właściwie autobusów, poza szkolnymi od poniedziałku do piątku, pomijając czas wakacji. Nie jeżdżą również pociągi, ku radości chwastów, ziół i zbóż, bujnie rozkwitających i zarastających tory. Jesteśmy jakieś czterdzieści kilometrów od Poznania, ponad dwadzieścia lat po Polsce Ludowej, sprawiedliwość dziejowa i społeczna zachichotały się tutaj na śmierć i spoczywają pod przydrożnym krzyżem, obok małej flaszki po żubrówce i kartonika po soku pełnym witamin i utrwalaczy oraz – reklamowanych w telewizji – szczęścia, samospełnienia i relaksu. Trzeba jednak przyznać, że jest tu bardzo ładnie i umierające ze śmiechu dwie damy wybrały miejsce zgonu wedle najlepszych wzorów malarstwa rodzajowego. Sam mógłbym tu kiedyś umrzeć, na tym rozgrzanym poboczu szosy, obok drzew, które kojarzę z dzieciństwa, i obok tutejszego nieba, które chyba mnie jeszcze pamięta.

Idę niespiesznie i na podstawie obserwacji pobocza analizuję wybory konsumpcyjne rodaków: od papierosów, przez przekąski, po alkohole. Choć może lepiej byłoby mówić o tym, jakie preferencje konsumpcyjne narzucili nam specjaliści od marketingu. Jest ciepło, idę w stronę Manieczek, „osady im. Józefa Wybickiego”, jak informował w zamierzchłych czasach wielki napis wjazdowy do wsi. Rytmicznie wybijam krok, marsz, marsz, Wołodźko. Marsz, marsz, idą ze mną cień i pamięć o czasach, gdy tutejszymi drogami przejeżdżały nyski, żuki, maluchy, duże fiaty, polonezy, wołgi, bizony, ursusy i przerośnięte, wielkie radzieckie traktory, nie wiedząc, że niebawem zardzewieją w zapomnieniu, że traktorzyści przejdą na rentę, a ludzie dobrej, partyjnej roboty przesiądą się do mercedesów. Marsz, marsz, Wołodźko, uff, jak gorąco, puff jak gorąco, stoi na stacji lokomotywa, ciężka, ogromna i pot z niej spływa – tłusta oliwa. Stoi i sapie, dyszy i dmucha. Stop, stop – nie ma lokomotywy, zamknięte na cztery spusty dworce kolejowe, zamknięte szkoły podstawowe, jedna, druga, trzecia. Jest autobus, zbiera wiejskie dzieci na blaszanych, podniszczonych przystankach; jesień, zima, wiosna, autobus wyrzuca dzieci przed szkołą, lekcje zaczną się za półtorej godziny. Deszcz, mróz, ciemno, blaszana wiata, czekanie na szkolnym korytarzu – uczą życia. Tu jest Polska, nie Norwegia. Pisma do dyrekcji PKS w Śremie nic nie dały – mówi mama, emerytowana polonistka. Patrz, Wybicki, na syf, z nieba.

Idę. Nad brzegiem Warty mężczyzna sika w nurt rzeki. Piszę. Choć na dobrą sprawę lepiej będzie zapalić papierosa, żeby dać odpocząć pamięci. Słucham „Zesłania studentów” Kaczmarskiego, ale myślę o strajku dzieci we Wrześni w roku 1901. Czytam nowy „Kontakt” z obszernym działem na temat polskiej edukacji. I informację o rekordowej liczbie szkół zamkniętych w tym roku: „Samorządy twierdzą, że likwidacja szkół jest dla nich jedynym sposobem, żeby chronić własne budżety. Zamykają placówki nawet wbrew negatywnym opiniom kuratorów. W woj. lubelskim w tym roku zniknęło 126 placówek (planowano zlikwidować 135), w Małopolsce 135 (z planowanych 143), a w Wielkopolsce aż 151 (o 21 mniej niż planowano)”. Słucham – „pędzimy przez polską dzicz / Wertepy chaszcze błota / Patrz w tył tam nie ma nic / Żałoba i sromota”…

Idę pieszo, ze spuszczoną głową, powoli, Ziemia, planeta ludzi, toczy się leniwie pod stopami, coraz dłuższy cień, coraz szybciej zapada zmrok, senne dzieci będą czekać pod blaszaną wiatą, coraz dalej i dalej od domu – tyle jeszcze szkół do zamknięcia, trochę tu jeszcze cywilizacji do rozbiórki, władza nie ustaje przecież w wysiłkach. Żałoba i sromota, polska dzicz. Idę w kierunku Manieczek. Marsz, marsz Dąbrowski? Jaka to melodia dogorywa w tym byle jakim państwie? Jeszcze Polska nie zginęła… Jeszcze nie? W rowie leży butelka po popularnym napoju energetycznym. Pytanie konkursowe: jaki spot reklamowy nadaje się najlepiej na nasz nowy hymn? Jaki tekst? Ale urwał, ale urwał, ale urwał! – póki my żyjemy?

We wzmiankowanym „Kontakcie” wywiad z profesorem Tomaszem Szkudlarkiem, zatytułowany „Walka klas”. Profesor mówi: „Powinniśmy uniemożliwiać elitom ucieczkę w kierunku enklaw uprzywilejowania. Utrudniajmy budowę zamkniętych osiedli i zapobiegajmy powstawaniu bardzo selekcyjnych szkół. Nie robiąc tego, doprowadzamy do zaistnienia lawinowego rozwarstwienia społecznego”. I jeszcze: „Szeroka koalicja ciężko pracuje dziś na to, by uczniowie uzyskiwali jak najlepsze wyniki w wystandaryzowanych testach. Szkoły są tym zainteresowane ze względu na miejsca rankingowe, rodzice – w trosce o kariery swoich dzieci, same zaś dzieci – z myślą o przejściu do następnego etapu edukacji. /…/ Ta sytuacja zaczyna wywierać wpływ na kulturę pokoleniową. Możemy wręcz mówić o instytucjonalnym spacyfikowaniu najmłodszej generacji. Jej przedstawiciele kompletnie stracili zainteresowanie buntem, nie mają wyobrażenia, że mogliby kolektywnie działać na rzecz jakiejś zmiany. Szkoła uczy młodych ludzi rywalizacji i daje im nadzieję wyłącznie na indywidualną emancypację: każdy może coś dla siebie znaleźć, pod warunkiem, że wypadnie lepiej od swoich rówieśników. Sprywatyzowana wizja wolności i zindywidualizowana wizja sukcesu nie są podpięte pod żaden interes pokoleniowy, społeczny czy klasowy. Te kategorie zostały zatarte”. Ale choć zakamuflowany, interes klasowy wciąż istnieje: „My po prostu chcemy [do segregacji] doprowadzić. My – to znaczy dominujące grupy społeczne. /…/ W rezultacie rodzice wybierają takie szkoły, w których ich dzieci mogą spotkać się wyłącznie z dziećmi z rodzin o podobnym statusie społecznym”.

Na najbardziej podstawowym zatem poziomie, bo dzisiejsze dzieci to będzie za 20-30 lat polska teraźniejszość, dochodzi do coraz ostrzejszej segregacji kulturowo-ekonomicznej. Za segregacją idzie petryfikacja społeczeństwa, które wciąż nie stworzyło odpowiednio szerokiej klasy średniej ani nie ma elit w większości innych niż nowobogackie. Klasy niższe będą zatem stopniowo pozbawiane kultury wyższej jako elementu własnej tożsamości, ale także identyfikacji ogólnospołecznej czy narodowej. Mówiąc wprost: dzisiejsza antyedukacja jest nie tylko drogą do dziedziczenia biedy, ale i katalizatorem wynarodowienia. Nie jestem szczególnie zdziwiony, że nie dostrzega tego część prawicy, tak chętnie szermującej patriotycznymi hasłami. Jest ona dość skutecznie otępiona neoliberalnymi sloganami, które przyjmuje jako jedyne antidotum na rzeczywistość. Popularność home schoolingu, (katolickie) prywatne szkoły dla bogatych i bogobojnych – rodzina jest najważniejsza, społeczeństwo nie istnieje, albo istnieje mimochodem, jak uliczne przedstawienie rozgrywane za oknami nieco lepszego świata. Ale któregoś dnia w społeczeństwie spauperyzowanym i pozbawionym wspólnych kodów kulturowych i uniwersalnych intuicji etycznych obróci się to przeciw piewcom uciekającej we wsobność rodziny. I wtedy klasy (nieco) wyższe odczują ze zdumieniem, że nie ma sensu wołać „do braci Polaków”, jak nie miało to sensu, gdy szlachta nagle ku swej zgryzocie odkryła, że nic nie obchodzi pańszczyźnianego, nieustannie poniewieranego chłopstwa; więcej: że budzi jego gniew i resentymenty.

Tak, wiem, prawica walczy dziś o lekcje historii. Jest to jednak walka Polski „milusińskiej” i cokolwiek zapyziałej w myśleniu o świecie – ze skutkami, nie z przyczynami zjawiska. Podobnie z instytucjami kultury – większość znanych mi przedstawicieli prawicy ma jakiś ulubiony teatr, operę czy polonijną rozgłośnię radiową na obczyźnie, na które raptem „nie ma pieniędzy”. Wtedy podnosi się larum i lament – finis Poloniae! Koniec świata! Nie wiedzą, zatroskani milusińscy, że „innego końca świata już nie będzie”, że rzecz już dawno przesądzono i teraz powoli dogasa tu cywilizacja – „i tak się właśnie kończy świat, nie hukiem, ale skomleniem”. A przecież lepiej im nie mówić o polityce społecznej rozumianej inaczej niż „socjal”, o obowiązkach państwa wobec kultury – wiadomo, PRL i socjalizm. Chcieliście taniej Polski? „No to ją macie, skumbrie w tomacie, pstrąg”… A będzie jeszcze tańsza, zaś wy będziecie gardłować za zmniejszeniem podatków, a równocześnie płakać po swoich ulubionych filiżankach, rozjeżdżanych gąsienicami czołgu toczącego się pod wolnorynkowym sztandarem.

Idę wielkopolską drogą. Ja idę. Ty idziesz. On, ona, ono idzie. My stoimy w osobnej kolejce po darmowy obiad w przyszkolnej, sprywatyzowanej stołówce, wy czekacie po lekcjach na szpetnym, śmierdzącym dworcu na przepełniony pociąg, oni jeżdżą do prywatnego liceum samochodami rodziców. Ala ma kota, ale nie ma na tornister. Ola ma Asa, As ma kły, pilnuje posesji rodziców. Taką Polskę zapamiętają z młodości, taka ich ukształtuje, takie będą Rzeczpospolite, jak tej młodzieży na zasyfionych dworcach, w przepełnionych klasach czekanie i chowanie. Taka będzie elita, jaka jej obcość i odrębność od niżej stojących klas.

Idę poboczem, pilnując stóp przed koleinami, mijam nadajnik telefonii komórkowej, drewniany smukły krzyż, rdzewiejącą wiatę PKS, mijam wschody i zachody słońca lata i jesieni. Słucham barda: „A nas tych kilka małych miejsc wciąż boli”.

Krzysztof Wołodźko

Krzysztof Wołodźko

(ur. 1977) – zastępca redaktora naczelnego „Nowego Obywatela”, dziennikarz i publicysta, członek krakowskiej Spółdzielni „Ogniwo”, ekspert Narodowego Centrum Kultury w Zespole ds. Polityki Lokalnej, felietonista „Gazety Polskiej Codziennie”, felietonista radiowy Polskiego Radia 24. Pisze lub pisał m.in. do „Znaku”, „Ha!artu”, „Frondy Lux”, portalu internetowego TV Republika, „W Sieci”, „Nowej Konfederacji”, „Rzeczpospolitej”, „Pressji”, „Kontaktu”.

Autorką fotografii Krzysztofa jest Katarzyna Derda.

8 odpowiedzi na „Idę poboczem

  1. Stefan J. Adamski pisze:

    Krzysztof Wołodźko niezmiennie w wybornej formie, choć trudno tę formę jednoznacznie sklasyfikować gatunkowo. To swoista mieszanka publicystyki, reportażu i osobistych zapisków, a zarazem kawał dobrej literatury. Tak czy inaczej (niezależnie od tego, że samemu niegdyś mi się oberwało) czytuję te teksty z coraz większym upodobaniem.

    Stąpając po obrzeżach osypiska, w jakim przyszło nam żyć autor potrafi dostrzec niemal każdy istotny szczegół w tym przygnębiającym pejzażu. A jednocześnie nie ma mowy by w odbiorcy wyzwalało to jakieś kapitulanckie nastroje. Raczej rodzaj zdrowego – excusez le mot – wk…wienia.

    Bo Wołodźko to niesamowicie waleczny wrażliwiec. O swoje (a raczej nasze) gotów jest bić się do upadłego, nawet na straconej pozycji, samotrzeć, a choćby i w pojedynkę. Co sprawia, że nabiera się ochoty by mu sekundować…

  2. Samson pisze:

    Taka sytuacja to wynik regularnego pozbawiania elit ziemiańskich. A te które są i się ostały w miastach, walczą w 10 letnich i dłuższych procesach o rekompensaty( aby było od czego w ogóle zaczynać) i zwrot w naturze.I także są maksymalnie wk……ieni. Tylko,że oni widzą trochę więcej i dzięki jakim to stereotypom, nie ma woli politycznej by przywrócić te elity, tam gdzie ich miejsce.A o absurdalnych tłumaczeniach i uzasadnieniach wyroków sądów w sprawach reprywatyzacyjnych wiele by mówić.Niech Pan Wołodźko choćby raz zapyta mieszkańców tych okolic, czy chcieliby powrotu takich elit.? Odpowiedź mogłaby Go zaskoczyć, a innego wyjścia nie ma………..

    • Konrad Malec pisze:

      Pańskie wynurzenia przypominają mi rysunek satyryczny sprzed 20 lat: Jegomość w smokingu, przed brudnymi, obdartymi chłopami, którzy na kolanach wykrzykują: Pan wrócił. Piękna wizja!

      • Samson pisze:

        Panie Malec, wiem że jest Pan tutaj w tym pismie legendą, ale…. Pamiętam wystawę plakatu w Poznaniu w Centrum Kultury „Zamek” – wystawę plakatu PRL-u.
        Było tam tez coś o kułakach…… Albo rysunek chłopa, a na nim wypasiony ksiądz, bankier i urzędnik.To też się panu z tym kojarzy ???? Proszę pana, niech pan odróżnia wrażliwość społeczną, od zwyczajnego prania mózgów w komunie. N.b. po tej słynnej reformie rolnej, pracownicy mojego dziadka, nie chcieli brać oddawanej im za darmo ziemi.Pan pewnie będzie mówił, że ze strachu…..Panie Malec, niech pan poczyta trochę niezakłamanej historii.Niestety, w mediach tylko w TV „Trwam”, ale proszę się nie bać, tam jeszcze nie widzą kto ich ogląda :)))))))))) no, i pewnie by się ucieszyli ( bez ironii)

    • nordwest pisze:

      Ta sytuacja jest raczej wynikiem tego, że Polska pozbyła się elit ziemiańskich o 100 lat za późno. A dzisiaj znów te elity podnoszą głowę w ten sposób odbudowując klimat społeczny sprzyjający nierównościom i podziałom klasowym.

      • Samson pisze:

        No i co ten pracownik rolny ma zrobić, ze swoją równością w niewiedzy ? I z kim jest równy w niewiedzy ? I do czego ta „równość” go doprowadzi ?
        Ale słuchać dobrych rad nie ma nawet od kogo, bo wszyscy powyjeżdżali.
        Może założycie jakieś plemię i nikogo na rogatkach nie będziecie wpuszczać.?
        Izolacjonizm i samowystarczalność ma pewne granice i ma bardzo wysokie koszty.Wystarczy poczytać o sektach.Tylko skąd poczytać, prawda ?

        To co piszę nie ma na celu jakiegokolwiek poniżenia kogoś, bo ludzi Ci mają swoją wiedzę.Ale, siłą rzeczy, na wszystkim nie mogą się znać i mącenie im w głowach o równości, aby ich utwierdzić w izolacji, tylko przynosi im właśnie tą skrajna biedę.

  3. Piotr Ciompa pisze:

    Tak, ale … . Niepubliczne szkolnictwo może, chociaż póki co takie przypadki należą do rzadkości być ucieczką przed państwem, które w swoje ręce od czasu do czasu biorą maniacy „reform” w stylu Katarzyny Hall lub Mirosława Handke. To, czy takie enklawy są dla społeczeństwa złe, bo sprzyjają rozwarstwieniu czy też dobre zależy od diagnozy czy szaleństwo polityków będzie się pogłębiać czy też nie – czy należy się wycofywać do niewygodnych okopów czy też wydać otwartą bitwę „reformatorom”. Notabene, według mojej obserwacji w większości wypadków nie ma różnic wychowawczych pomiędzy szkołami katolickimi a innymi niepublicznymi. Drugie notabene, szkoły katolickie i tak pobierają statystycznie najniższe czesne wśród szkół niepublicznych. Co do home schoolingu widzę, że przewaqżają w nim rodziny z tzw. wolnych kościołów protestanckich, które są przekonane, że szkoła publiczna katolicyzuje im dzieci. Od jednej z rodzin katolickich prowadzących home schooling wiem, że w tym z kolei środowisku nie ma ludzi zamożnych aspirujących do establishmentu. Zgadzając się z poglądem, iż home schooling (ani szkolnictwo niepubliczne) nie rozwiąże problemu społecznego (ale może właśnie dzięki niemu przetrwa „reszta Izraela”?) broniłbym home schoolingu jako enklawy przed nieobliczalnym państwem, jakie mamy mimo, że sam mam nadzieję, że ludzie o poglądach prezentowanych w „Nowym Obywatelu” kiedyś będą rządzić i wykorzystają to narzędzie do przywracania ładu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>