Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

Według opublikowanego w bieżącym roku raportu Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI) największym światowym eksporterem uzbrojenia są Stany Zjednoczone, odpowiadając za 34% światowej wartości sprzedaży w latach 2013-2017. Drugie miejsce zajmuje Rosja (22%), trzecie Francja (6,7%), kolejne są Niemcy (5,8%), Chiny (5,7%) i Wielka Brytania (4,8%). Polska w tym rankingu zajmuje dopiero 29. miejsce, a przypada na nią niecałe 0,13% sprzedaży w tym okresie. Przełożenie specyficznej metodologii SIPRI na bezwzględne wartości transakcji nie jest łatwe. Posiłkując się innymi danymi można jednak wskazać, że w roku 2016 wartości amerykańskiego eksportu uzbrojenia wyniosła 33,6 miliarda dolarów, natomiast eksportu polskiego ok. 400 milionów (382,9 miliona euro).

Handel bronią można uznawać za problematyczny moralnie, a nierzadko również politycznie. Jednak nie sposób nie zauważyć pozytywnego wpływu eksportu na kondycję przemysłu zbrojeniowego eksportera, ułatwiającą mu spełnienie wymogów również własnych sił zbrojnych. Sprzedaż za granicę pozwala uzyskać zwrot kosztów prac badawczo-rozwojowych i zmniejszyć cenę jednostkową wytwarzanych wzorów. Przekłada się też oczywiście bezpośrednio na miejsca pracy, w tym te najcenniejsze, związane z zaawansowanymi technologiami.

W roku 2017 wartość polskiego eksportu wzrosła do nieco ponad 470 milionów euro. Porównanie ze Stanami Zjednoczonymi można zasadnie uznać za nieadekwatne z uwagi na niewspółmierność potencjałów politycznych, naukowych i przemysłowych obu krajów. Odnośnikiem może być więc np. Bułgaria, kraj o podobnej historii po roku 1945, a znacznie mniejszy i wyraźnie uboższy. Tymczasem bułgarski eksport uzbrojenia w roku 2017 przekroczył 1,2 miliarda euro, natomiast polski przekroczył nieco 470 milionów. W dodatku o ile Bułgarzy eksportują wyłącznie produkty rodzimego przemysłu, o tyle w Polsce największym eksporterem (około połowy wartości całego eksportu uzbrojenia) pozostaje sektor lotniczy, należący w całości do podmiotów zagranicznych. Liczone są wyłącznie podzespoły wytworzone w kraju i wartość montażu, nie np. całe śmigłowce S-70i z należących do koncernu Lockheed Martin zakładów PZL Mielec, w przypadku których, jak chwalą się, 80% elementów powstaje w Polsce, jednak największą wartość ma ta pozostała część, która jest sprowadzana.

372

Dlaczego tak to wygląda? Powiada się często, że Polska nie ma siły politycznej, że rząd nie wspiera eksportu. A czy Bułgaria takową siłę ma? Informacje, które dochodzą na temat tamtejszych rządów, wskazują nie na jakieś wybitne kompetencje, lecz na klasyczny postkomunistyczny nieporządek, słabość państwa, wątpliwe powiązania polityków, siłę układów mafijnych.

Kwestią istotną jest pewna specjalizacja. Bułgaria eksportuje sprzęt o genezie sowieckiej – moździerze, granatniki, rakiety przeciwpancerne, amunicję itp. Jest on nieszczególnie zaawansowany (chociaż z ciekawymi autorskimi modyfikacjami), tani i przeznaczony dla niewymagających odbiorców, w szczególności z Bliskiego Wschodu. Największymi odbiorcami są Irak i Arabia Saudyjska, sporo kupują też Stany Zjednoczone dla wspieranych przez siebie formacji zbrojnych.

Natomiast Polska pozostaje na poziomie średnim, stanowiącym jej przekleństwo. Nie wytwarzamy już tanich postsowieckich wzorów, których świetność dawno minęła, jednak w aspekcie własnych zaawansowanych opracowań jest, ogólnie rzecz biorąc, przeciętnie, i to ujmując eufemistycznie. Powstają u nas przeważnie produkty licencyjne, dobre dla Wojska Polskiego, w odniesieniu do których jednak dysponentami praw własności intelektualnej itp. pozostają na mocy zawartych umów podmioty zagraniczne z krajów wallersteinowskiego Centrum, będące również dostawcami najważniejszych elementów. Przykładami są sztandarowa dla krajowego przemysłu rodzina pojazdów Rosomak, powstająca na licencji fińskiej, z podzespołami konstrukcji szwedzkiej, włoskiej czy amerykańskiej, haubicoarmata Krab czyli skonstruowana przez Brytyjczyków wieża z działem postawiona na południowokoreańskim podwoziu, napędzanym niemieckim silnikiem, albo pocisk przeciwpancerny Spike wytwarzany na izraelskiej licencji, z kluczowym udziałem komponentów pochodzących od licencjodawcy.

Krajowe produkty spotkamy w obszarach radiolokacji, łączności, elektroniczno-informatycznych systemów wspomagających działania bojowe, ostatnio pojawiły się też proste drony. Swoistą „perłą w koronie” pozostaje przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy Grom/Piorun, który jednak stanowi też egzemplifikację problemu: pozostaje daleką pochodną sowieckiej „Igły”, z importowanym materiałem pędnym dla pocisku. W ubiegłej dekadzie Polska utraciła póki co definitywnie zdolność uzasadnionej ekonomicznie produkcji czołgów – spowodowała ją likwidacja wytwarzających silniki zakładów PZL-Wola. Wskutek tego realizacja kontraktu podobnego do sprzedaży pojazdów PT-91M do Malezji nie miałaby już racji bytu z uwagi na konieczność udziału podzespołów importowanych, praktycznie uniemożliwiającą uzyskanie opłacalności.

Swój wkład w niską wartość krajowego eksportu ma indolencja menedżerów. Opisywane są przypadki braku odpowiedzi zakładów na zapytania potencjalnych importerów. Były wiceminister Bartosz Kownacki poinformował o takiej sytuacji w odniesieniu do zainteresowania Arabii Saudyjskiej radarami z zakładów PIT-Radwar. Na pewno fatalna jest karuzela strukturalno-personalna związana ze zmianami politycznymi, trwająca od 2005. Z drugiej jednak należy zachować jak najdalej idący sceptycyzm wobec pojawiających się apoteoz starych postkomunistycznych fachowców. Gdzie byli ci fachowcy w latach 90., co sprzedawali? Przeważnie oczekiwali na zamówienia krajowe, nie udało im się osiągnąć niczego naprawdę konkretnego nawet na doskonale znanym rynku indyjskim. Nie potrafili wzbudzić zainteresowania klientów nowymi ciekawymi – realnymi, nie obliczonymi na mamienie krajowych decydentów makietami czy prezentacjami – opracowaniami ani nawet skapitalizować istniejących (takich jak mający, jak się wydaje, niemały potencjał, nieograniczający się do jednego tylko kontraktu eksportowego, czołg PT-91). Zatem ciągłość indolencji jest pewną stałą. Na pewno lata 90. z uwagi na tragicznie niskie zakupy ze strony Wojska Polskiego były niezwykle trudne, jednak właśnie to powinno stymulować zainteresowanie rynkiem eksportowym, który pomógł przetrwać znajdującym się w swoim czasie w jeszcze gorszej sytuacji zakładom rosyjskim czy białoruskim.

Genezy niewielkiej konkurencyjności polskiego przemysłu zbrojeniowego należy szukać w historii sprzed roku 1989. Krajowa zbrojeniówka jest – poza firmami prywatnymi, z którą największą jest WB Electronics – materialną spadkobierczynią PRL-owskiej, okrojoną o firmy, które zostały sprzedane kapitałowi zagranicznemu lub zlikwidowane. Po roku 1945 przemysł zbrojeniowy znacznie rozbudowano względem stanu przedwojennego, jednak tylko do lat 60. stał on na relatywnie przyzwoitym poziomie światowym. Również on został dotknięty wyczerpaniem się impulsu modernizacyjnego związanego z forsowną industrializacją i utknięciem w problemach strukturalnych. Lata 60. przyniosły również fiasko kilku dość ambitnych krajowych programów rozwojowych, szczególnie w dziedzinie lotnictwa, a także ograniczenie dostępu do nowoczesnej technologii sowieckiej. Hegemon zaczął zachowywać dla siebie najambitniejsze opracowania, udostępniając satelitom tylko mniej nowoczesne i zubożone. Nie mogła tego zrównoważyć bardzo słaba współpraca horyzontalna między pozostałymi krajami obozu, a ze zrozumiałych względów dostęp do potencjału intelektualnego Zachodu był nad wyraz ograniczony. Stąd lata 70. przyniosły zbrojeniówce wyraźną stagnację i utratę dystansu do światowej czołówki, jeszcze bardziej pogłębioną przez kryzys gospodarczy lat 80.

Braki te zostały w bardzo małym stopniu nadrobione po roku 1989, mimo otwarcia drzwi tak na Zachód, jak i na wschód. Polska nie nawiązała w omawianym zakresie znaczącej współpracy z ośrodkami zachodnim, nie weszła do wspólnych przedsięwzięć, nie skorzystała też z możliwości dostępu do znaczącego potencjału postsowieckiego, który pozostał w szczególności na Ukrainie. Pewien progres przyniosła dopiero pierwsza dekada XXI w., jednak z efektem opisanym powyżej, którego dominantą jest niska samodzielność intelektualna.

Czy istnieją jakieś drogi wyjścia z opisanego stanu? Oczywiście nie ma sensu naśladować Bułgarii i cofać się do pozycji producenta tanich, mało zaawansowanych wyrobów. Przy niewysokim krajowym potencjale naukowym i badawczo-rozwojowym jedyną drogą jest modernizacja zbrojeniówki przez absorpcję rozwiązań pochodzących od liderów przy okazji programów modernizacyjnych Wojska Polskiego. Taką szansą może być w szczególności odbudowa obrony przeciwlotniczej w postaci programów „Wisła” i „Narew”. Należy dążyć do maksymalnego transferu technologii do kraju, co oczywiście nie będzie łatwe z uwagi na obronę pozycji przez partnerów, w szczególności chyba najtrudniejszego pod tym względem, czyli Stany Zjednoczone, wybranych jako dostawca systemów średniego zasięgu w ramach „Wisły”. Znacznie większe możliwości może nieść anonsowana współpraca z europejską zbrojeniówką przy „Narwi”.

Z drugiej strony potencjał należy rozwijać kładąc nacisk na wybrane, najbardziej perspektywiczne sektory, bez chwytania zbyt wielu srok za ogon. Bardzo wątpliwe wydają się zapowiedzi dotyczące udziału w budowie okrętów podwodnych (program „Orka”). Polska nie posiadała nigdy kompetencji w tym zakresie, krajowe potrzeby są niewielkie, rynek światowy – bardzo nasycony, szanse zaistnienia nawet jako kooperant wydają się znikome. Każdy transfer technologii siłą rzeczy podraża kontrakt, trzeba przeto unikać rozbijania szczupłych środków. Zwiększenie samodzielności intelektualnej i poziomu produktów przy znaczącej poprawie w aspekcie organizacyjnym jest warunkiem sine qua non poprawy konkurencyjności na arenie światowej. Bez tego będziemy przegrywać w tej dyscyplinie nawet z państwami znacznie uboższymi.

dr Jan Przybylski

dr Jan Przybylski

(ur. 1976) – doktor chemii (ale to było dawno i nieprawda). Militarysta od kołyski, jak to zwykle w takich przypadkach bywa – w stopniu szeregowego podchorążego rezerwy. Z zawodu tłumacz. Mieszka we Wrocławiu, co bardzo sobie chwali. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>