Toksyczny pakt: o niezależności lewicy

Od czasu przegranych wyborów prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku, zaraz po szoku wywołanym spektakularną porażką poprzedniej formacji politycznej koncentrującej się wokół PO, polityki prozachodniej, proUE, neoliberalnej i bardzo umiarkowanego liberalizmu kulturowego, trwają próby odnalezienia przyczyn poważnych przemian politycznych, jakie miały miejsce w ostatnich latach. Nawiasem mówiąc dziś widzimy jak bardzo fasadowo rozumiany był ten liberalizm. W zasadzie postępowość w kwestiach równouprawnienia czy sprawiedliwości społecznej tej formacji sięgała tylko tak daleko, jak uprzywilejowane pozycje części wyborczyń i wyborców tej partii – byli to konserwatyści blefujący jako liberałowie (dość długo ten blef działał). Zarówno liderzy i liderki „liberalnej” opozycji, jak i zapasowi intelektualiści z lewego skrzydła (blefującej lewicy) zaczęli kombinowali, co by tu zrobić, żeby odzyskać utracone poparcie.

Opracowano dość oryginalny i ryzykowny plan występowania ustępującej formacji jako opozycji pozaparlamentarnej – reprezentującej społeczeństwo obywatelskie przeciwko uzurpatorom. Odbyło się to przede wszystkim pośrednio przez KOD, a więc jako ruch społeczny, mający reprezentować całe społeczeństwo, odgrzewający solidarnościowe sentymenty. Ruch ten pokazał, czy to w osobie słabego lidera Kijowskiego, czy w abstrakcyjnej retoryce „obrony demokracji”, że strategia ta nie opiera się na silnych postulatach czy ideach, ale raczej na czymś o wiele bardziej stabilnym i materialnym: wypracowanym przez lata interesie formacji politycznej. W efekcie opozycja utknęła, mimo olbrzymiego potencjału, w jakiś zupełnym niebycie i rozkraczeniu ideologicznym: bez liderów, bez programu, bez wyraźnych postulatów. KOD także okazał się jednym wielkim blefem napędzającym paranoję prawicowych mediów i wyborców. W zasadzie poza postulatami odsunięcia PiS od władzy nie znaczy ideowo niemal nic – to ruch w obronie neoliberalizmu. Z kolei prawicowa paranoja prowadzi, zgodnie z własną logiką (niezdrową i kulawą, ale jednak), do dwóch wniosków: wszystkie postępowe postulaty to blef (kłamstwo skrywające prawdę) oraz że jeżeli postulaty postępowe są tylko kłamstwami, oznacza to, że postulaty reakcyjne są ukrytymi postulatami postępowymi (szczegóły funkcjonowania tej logiki to jednak materiał na osobny tekst) [1].

Lewica, a przynajmniej jej bardziej proliberalna część związana z „Gazetą Wyborczą” czy „Krytyką Polityczną” od początku była w pełni gotowa do pełnienia swojej funkcji: ataków na PiS za konserwatyzm (ale i z początku za socjalizm) i za naruszanie zasad państwa prawa i demokracji oraz ataków na samą lewicę za niewspieranie własnych wysiłków, czyli niewspieranie krytyki konserwatyzmu i autorytaryzmu, czyli w konsekwencji za kryptokonserwatyzm i kryptoautorytaryzm. Do pewnego czasu strategia ta była dość skuteczna, dziś jej moc osłabła, po części dlatego, że lewicy udało się samej obronić, ale w większym stopniu ponieważ liberalizm formacji PO szybko pokazał swoje granice, blef domniemanej nowoczesności liberałów przestał działać, ustępując miejsca różnym formom narracji reakcyjnych.
 
Porozumienie przeciw solidarności: „postępowa” reakcja

W obliczu ideologicznego bankructwa liberalizmu (niech ktoś spojrzy na Schetynę czy Petru i spróbuje bez zażenowania powiedzieć, że to ludzie z wizją i ideałami) pojawiło się parę strategii poradzenia sobie z porażką. Wszystkie one były reakcyjne. Pierwszą uruchomiono w obliczu zmian kadrowych i spłacania długów zaciągniętych przez PiS wśród swoich wiernych ludzi. Uruchomiono, po części słusznie, ale oczywiście we własnym interesie, narrację rozkradania państwa (nagle w radach nadzorczych zasiadają znajomi i rodzina władzy, jednak w przeciwieństwie do naszych znajomych, są to ludzie, którzy „nie mają za grosz kultury i profesjonalizmu”!), kulminującą w haśle „Misiewicze”. Obłuda etyczna poprzedniej formacji sprawiła, że sama w sobie słuszna krytyka klientelizmu w PiS okazałą się zupełnie nieskuteczna. W rzeczywistości była oparta o klasowo uwarunkowany pozór „praworządności” – klientelizm znaturalizowany przez długie lata jawi się dla jego beneficjentów jako zupełnie naturalny i sprawiedliwy. Niesprawiedliwe było nie to, że państwo jest obiektywnie korodowane przez korupcję, lecz to, że zjawisko odbywa się bez porozumienia i podziału władzy (z pespektywy władzy korupcja i praworządność rzadko są możliwe do rozróżnienia). Etyczna krytyka takich postaw nie miała wielkiego potencjału z punktu widzenia ludzi spoza tego układu.

Drugą strategią, uruchomioną przy wprowadzeniu programu 500+, był atak na ideologiczne założenia stojące za każdym tego typu programem społecznym oraz na kompetencje moralne i intelektualne zarówno samego PiS-u, jak i obywatelek i obywateli popierających program. Stosunkowo szeroki dostęp do świadczeń i jego egalitarny charakter odwrócono, przedstawiając w mediach takich jak „Gazeta Wyborcza” czy „Newsweek” jako rozdawnictwo, na które nas nie stać, pieniądze za nic, klientelizm i populizm. Jednocześnie krytykowano samych odbiorców programu 500+. Ostre i bezpardonowe ataki sięgające do standardowego repertuaru inwektyw względem członkiń i członków klasy pracującej, mieszkańców wsi czy mieszkańców biedniejszych regionów Polski, wylały się w mediach głównego nurtu i w gorących debatach w mediach społecznościowych.
Kolejna, obecna faza, to walka na poziomie formalnych ram demokracji, ponieważ nastał taki etap planu budowy struktur władzy przez PiS. Spory ogniskują tu się wokół przejęcia Sądu Najwyższego.

W czysto opisowym sensie wszystkie te strategie były jedynie reakcją na kolejne działania PiS. Jednak były one reakcyjnymi także w głębszym sensie. Stanowiły w oczywisty sposób próbę ratowania wpływów dawnego obozu władzy przeciwko nowemu sojuszowi biedniejszej części społeczeństwa z nową pisowską elitą polityczną. PiS ma oczywiście różne prezenty również dla biznesu, jak ostatni program Lex Deweloper czy podejmowane próby modyfikowania prawa pracy. Trzeba dla sprawiedliwości zaznaczyć, że w zasadzie każda partia po takiej porażce politycznej zwykle musi zadowolić się reakcyjnymi posunięciami. Nie muszą to jednak być zachowania reakcyjne w politycznym sensie.

Warto to podkreślić i uwyraźnić: wszystkie te strategie były wymierzone w możliwość zawarcia porozumienia ponad podziałami klasowymi, na którym oparta jest wiarygodność PiS. To właśnie takie porozumienie stanowi kamień obrazy dla liberałów. To ono, a nie fakt, że PiS jest bardziej jeszcze prawicowy czy że ma w swojej strategii elementy prosocjalne lub dotyczące polityki i prestiżu Polski na arenie międzynarodowej, sprawiło, że liberałowie wpadli w histerię [2]. Ponieważ nowoczesność i lewicowość w kwestiach społecznych i ideowych liberałów była zawsze blefem, który za rządów PiS sprawdzono z bardzo negatywnym wynikiem (jedyne, na co było opozycję stać, to słaba obrona status quo), realna różnica leży gdzie indziej.

Trzeba też od razu przyznać, że porozumienie czy sojusz zawarty przez PiS miał różne wymiary i odcienie: od słusznego i sprawiedliwego transferu 500+ (choć mającego swoje potężne wady, jak np. wykluczanie samotnych rodziców), przez wymiany kadrowe, po otwarcie klientystyczne i korupcyjne nowe układy i układziki, aż po rozpędzającą się coraz mocniej sprzeczność dotyczącą pozycji i praw kobiet (jednoczesne wzmocnienie i atak na pozycję kobiet). Z pewnością lewica za wszelką cenę musi bronić się przed centrystyczną TINĄ (there is no alternative) proPiS-u i antyPiSu, blokującą możliwość budowania sensownych wypowiedzi i działań.

Jednak zrozumienie tego ważnego wniosku (że opozycja walczy przeciwko powstaniu takiego sojuszu) pozwala nam w prosty sposób zinterpretować z lewicowej perspektywy ruchy ideologiczne i polityczne poprzedniej formacji, czyli tzw. opozycji: są to ruchy wymijające i bezwładne.

Z czubka góry lodowej widać niewiele

Spróbuję przedstawić sytuację opozycji jako formacji politycznej wpisując się w tradycję, jak twierdził sam Melville, autor „Moby Dicka”, haniebną – tłumaczenia świata za pomocą metafor marynistycznych, czyli przedstawiając ją jako dryfującą i topniejącą górę lodową.

Lewicowi czy przynajmniej deklaratywnie lewicowi intelektualistki i intelektualiści próbowali z tej góry lodowej na początku ostrzeliwać się, korzystając z jej dalej ogromnej masy zapewniającej jej niezatapialność. Tak wielu ludzi zainwestowało w nią przez lata tak wiele, że nie przejdą na stronę PiS-u czy jakieś niezależnej lewicy bez pieniędzy, kontaktów i poparcia. Atakowali zatem dokonujące się zmiany jako nieuprawomocnione, bo oparte na sojuszu z biedniejszą częścią społeczeństwa (towarzyszyły temu oczywiście mniej wyrafinowane pohukiwania neoliberałów takich jak Lis czy Gadomski [3]). Wydawało im się, że cały problem warunków życia większości społeczeństwa może zostać zanegowany przez kostium nakładany tejże części: kostium bezmyślnego chama, któremu trzeba dać odpór (dyskusję na ten temat też już w sferze publicznej mamy).

Później, gdy to nie pomogło i nie udało się zatrzymać topnienia góry, przyszedł czas na ideologiczne wiosłowanie. W tej czynności jednak już masa góry nie pomaga, a bardzo poważnie szkodzi. Konflikt między PiS-em i opozycją pokazuje nam, jak nienaturalne są „zupełne oczywistości” wyznawane przez członkinie różnych formacji politycznych. Fakt, że hegemonia (materialna forma zwycięskiej formacji politycznej) działa jako coś zupełnie neutralnego – „poglądy wszystkich porządnych Polek i Polaków”, „zdrowy rozsądek”, „twierdzenia samooczywiste”, „zachowania ludzi lepiej wychowanych” etc. – sprawia, że gdy przestaje ona działać, jej beneficjenci, operujący zwykle na jej czubku zaledwie wystającym z wody, nie są wcale zbyt dobrze zorientowani w tej części, która jej masę buduje. Części znajdującej się pod wodą: tej, która pozwala odbiorcom przekazów polityków intuicyjnie zrozumieć „prawdziwy przekaz” stojący za różnymi ogólnymi twierdzeniami, tej, która sprawia, że ludzie wierzą jednym mediom, a zupełnie nie wierzą innym, tej, która sprawia, że pewne sprawy są ważne, a inne absurdalnie głupie czy wreszcie tej, która sprawia, że świat ma sens i że istnieją wybory dobre i słuszne, złe i niesłuszne.

Dlatego też liberałom potrzeba nie tylko drobnej zmiany kursu. Musieliby porzucić ową górę lodową, stracić wszystko to, co budowali przez lata, i nauczyć się pływać tak, żeby zbudować nowy sojusz społeczny. W mojej opinii to się nie stanie, nie ma co na to liczyć, nie ma co przemawiać tu do rozsądku, bo nie o rozsądek chodzi, lecz o ten gigantyczny masyw interesów, przekonań, powiązań, dogmatów i dążeń konstytuujący formację polityczną (hegemonię). To, czego doświadczamy w komunikatach opozycji i jej próbach wyjścia z kryzysu, nie powinno budzić wielkiego entuzjazmu. Nie jest to skok w nieznane, a raczej mało energiczne wiosłowanie. Centrystyczna TINA zmusza bardzo wielu progresywnie nastawionych ludzi do tego, by zamiast nauczyć się pływać samemu, wiosłowali pchając górę odrobinkę do przodu. Nie powinni jednak mieć złudzeń: gdy nastanie odpowiedni moment, wszyscy pójdziemy pod wodę i zasilimy masę góry. Mało kto może powiedzieć, że zawsze pływał samodzielnie, jak np. Piotr Ikonowicz. Wychodzę z założenia, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku i w mniejszym lub większym stopniu żyjemy w cieniu tej masy.

Dlaczego nie chcę być galernikiem, czyli czemu projekty sojuszu liberalno-lewicowego są absurdalne

Wiosłowanie to miało po części charakter wyznań typu „Byliśmy głupi” [4], opinii, że 500+ stanie się częścią programu PO [5] czy zapewnień że ziemia obiecana (zwycięstwo w wyborach) nie jest wcale tak daleko i że nie trzeba się wiele nawiosłować [6]. Przykładem fatamorgany tego typu są zapewnienia Macieja Gduli, że wystarczy dokonać demarkacji i dokoptować trochę nowych wyborców do obecnej formacji (odcinając jednocześnie „neoautorytarnych” wyborców PiS) [7]. Innym przykładem jest poważniejsza (i dość skuteczna) próba zawłaszczenia feminizmu i kobiecych ruchów protestu dla neoliberalizmu, bo ponoć tylko on jest na tyle cywilizowany, żeby utrzymać „przynajmniej X” postulatów tego ruchu. Nic więcej tu nie wchodziło w grę poza utrzymaniem opresyjnego status quo, którego koszmarna pod wieloma względami polityka PiS jest logiczną konsekwencją, a nie ekscesem [8].

Ostatnią [9] tego typu próbą był tekst Michała Sutowskiego „Toksyczni rodzice nie pokonają PiS” [10]. Zawiera on, jak już widać po tytule, reakcyjną odpowiedź na problem „jak wiosłować?”. Tekst daje nieco odmienną odpowiedź, dyktowaną znowu raczej rozwojem sytuacji politycznej aniżeli krytycznym namysłem (choć tekst Sutowskiego zawiera kilka cennych spostrzeżeń, np. dotyczących konfliktu pokoleniowego czy miejsca państwa dobrobytu w historycznej dynamice rozwoju polskiej gospodarki). Sutowski proponuje „pragmatyczny pakt” między młodszym lewicowym pokoleniem a starszym pokoleniem neoliberałów, których w tekście symbolizuje Agata Bielik-Robson, choć wiadomo, że de facto chodzi tu o całą górę lodową.

Pytanie, czy sojusz ten jest na prawdę pragmatyczny. Czy jest to głos rozsądku? Sutowski nawet po części sprzeciwia się redakcyjnemu konformizmowi w samej „Krytyce Politycznej”, tzn. proponuje obrazoburczy ruch porozumienia między klasami. Sprzeciwia się pierwszemu przykazaniu formacji: sojusze społeczne są zawsze przeciwko biedniejszej części społeczeństwa.

Dla blefującego liberalizmu inkluzja i „postępowość” są tylko formą zapewnienia dostatecznego poparcia dla takiej formy polityki. Przykładowo dla osób LGTB+ „tak”, ale niech siedzą cicho wobec „normalnych” ludzi z góry, bo zostali tu wpuszczeni warunkowo (uciekając przed opresją konserwatywnego społeczeństwa). Parada Równości może być, niszowa kultura też, ale już jakieś realne prawa, coś, co by kosztowało cokolwiek – to już dla tutejszych liberałów zbyt wiele (tu się kończy „tolerancja”). Czy zatem Sutowski proponuje, by polski listonosz na głodowej płacy, samotna matka tonąca w długach czy gejowska para wychowująca razem dzieci stanęli na równi z normalnymi, porządnymi i kulturalnymi ludźmi z czubka góry lodowej?

Naturalnie nic z tych rzeczy. Refleksja nie posunęła się tu ani na jotę. Od lat przybiera tylko inne postaci, dyktowane zmianami w sytuacji politycznej. Fakt ten zauważa sam autor, wskazując na hipotezę, że to rozwój gospodarczy zapewniony przez neoliberalizm zrodził wśród wyborców PiS aspiracje do lepszego życia. Jak pisze Sutowski, neoliberałowie poprzedniej formacji muszą obudzić się z „dogmatycznej drzemki” i uznać istnienie postulatów socjalnych. Sutowski w swoim pragmatycznym sojuszu proponuje zapomnieć lewicy o złej przeszłości neoliberalizmu, a liberałom zaleca uznać konieczność zmiany kursu ze względu na nieuchronnie nadchodzącą przyszłość. Ba, nawet zapewnia, ponieważ prawda sama nasuwa się z natarczywą samooczywistością, że na pewno pomostowe postulaty między nowymi wiosłującymi nie zostaną porzucone. Oczywiście nie ma cienia obaw, że liberalizm stanie się „zbyt lewicowy”, nie bójmy się. Otóż prawda jest taka, że postulaty socjalne w wykonaniu liberalnej formacji politycznej pójdą za burtę tak szybko, jak skończą się wybory – i wszyscy o tym wiedzą. Nie dlatego, że jest ona „zła i obłudna”, lecz dlatego, że wykluczenie tych ludzi stanowi kamień węgielny tejże formacji: podstawę reprezentowanego przez nią interesu klasowego.

Wsparcie nowej opozycji – „liberalizmu z ludzką twarzą” – byłoby z perspektywy nieuprzywilejowanej części społeczeństwa, która w ogromnej mierze poparła PiS, zachowaniem zupełnie irracjonalnym i w oczywisty sposób absurdalnym. Asymetria tego sojuszu jest całkowita. Zwykli ludzie, klasa pracująca, nie mieliby w tym sojuszu żadnych narzędzi wyegzekwowania swoich postulatów (sam Sutowski sprawia wrażanie, że zdaje sobie z tego sprawę): żadnych znajomości i powiązań, żadnych instytucji wywierających nacisk, żadnych mediów reprezentujących ich głos. Ta formacja, góra lodowa, jest w pełni ukształtowana, tu nie ma dla zwykłych ludzi miejsca, bo tu wszystkie miejsca już są zajęte. Sytuacja lewicy jest dla tych ludzi najlepszym wyznacznikiem, co ich czeka, gdyby poszli na taki pakt. Przy tak słabej pozycji negocjacyjnej poparcie takich postulatów byłoby wyrazem skrajnej głupoty czy działaniem wbrew własnemu interesowi.

Na tym też polegała do tej pory siła owej formacji: wielka masa i szczelność przed nadmiarem intruzów z zewnątrz, czyli konserwatywna polityka wykluczenia pod przykrywką liberalnej polityki inkluzji. Jak często podkreślano, dobrobyt prawdziwej Polski (tej bogatszej, Polski A) zależy od konkurencyjności gospodarki – zapewnionej tanią siłą roboczą. Czyli od biedy całej reszty. Propozycja Sutowskiego właśnie dlatego, że ukrywa asymetrię stosunków klasowych w owym „pragmatycznym pakcie”, jest propozycją reakcyjną politycznie. Podobna asymetria występuje w większości przypadków, gdzie ruchy społeczne popierały opozycję i zostały całkowicie ogołocone ze swojego politycznego i etycznego potencjału, w zamian nie otrzymując zupełnie nic, czy w sytuacji, w której namawiano do sojuszu Razem z SLD i PO (razemowcy, idąc za głosem rozsądku i przedstawiając argumentację zbieżną po części z tą przedstawioną tutaj – odmówili) [11]. Ta asymetria jest przykrym faktem, jednak o ile zdawanie sobie z niego sprawy jest pragmatyczne, o tyle aktywne wspieranie i ukrywanie tejże asymetrii jest reakcyjne politycznie, ponieważ podporządkowuje postępowo nastawione jednostki, grupy i organizacje, nie dając im żadnych środków, by zrozumieć sytuację czy walczyć o lepszą przyszłość dla wszystkich. Tu głos Sutowskiego niczym w zasadzie nie różni się od głosów Schetyny czy Lisa i jakiejkolwiek postaci z całej bezbarwnej plejady formacji liberalnej. Lub jedynie tym, że jest przyjemniej sformułowany.

Trzeba szukać nowej drogi poza lewicową reakcję

Niestety niczego więcej nie można się spodziewać po formacji liberalnej. Podkreślę jeszcze raz: nazywam ją górą lodową między innymi dlatego, że posiada ona ogromny bezwład polityczny. Oznacza to nie tylko, że zmiana poglądów i strategii politycznej zajmie lata albo w ogóle nie nastąpi, ale także i to, że w formację tę bardzo wielu ludzi zainwestowało swoje życie, swoje wysiłki, swoje kontakty społeczne, swój czas i pieniądze (nie mówiąc już o tym, że są głęboko przekonani, że to jedyna słuszna formacja). Jest ona ideologicznie i politycznie skostniała i wyjałowiona, jednak ze względu na powyższe nikt z niej nie będzie rezygnował z byle powodu.

Na koniec warto jeszcze dodać jedną rzecz dla jasności. Uważam, że „postępowy” charakter nowej formacji PiS-u wynika raczej z konieczności sytuacji, a jej głęboko reakcyjne elementy pochodzą z jej inteligenckiego rdzenia, który nie jest jakoś bardzo odmienny od tego, co reprezentuje poprzednia formacja. Konieczność budowy mediów opozycyjnych wobec mainstreamu, krytyki liberalizmu, zmiany kursu polityki, przemyślenia polskiej polityki i zawarcia realnego sojuszu ze skutecznie pomijaną przez dotychczasową formację częścią społeczeństwa wynikał właśnie z tego faktu, że ta część społeczeństwa była PiS-owi niezbędna, by przejąć władzę. Jednak ten prosty fakt miał niezwykle głębokie konsekwencje właśnie dlatego, że działał przeciwko formacji mocno osadzonej na wykluczeniu, zatem musiał zorganizować prawdziwe siły, by stawić jej czoła. Nie tylko „poobiecywać”, jak w to się dzieje w warunkach dobrze ukonstytuowanej władzy, np. gdyby działała koalicja PO-PiS nie musząca się z żadnymi wyborcami liczyć. Konflikt, który dla elit jest prawdziwie traumatycznym kataklizmem, jest dla lewicy szansą na zmierzenie się z realnymi problemami społecznymi, ponieważ jako formacja polityczna nie ma ona samoistnego bytu.

Niestety formacja PiS-owska, obok przekonania, że to oni są prawdziwie inkluzywni i de facto choć konserwatywni to prawdziwie nowocześni, także opiera się na wykluczeniu tych grup, którymi liberałowie do tej pory posługiwali się do legitymizacji swojego blefu. Jest to podwójna niesprawiedliwość, ponieważ zgodnie z konserwatywną krytyką choć „liberalne wartości” i „tolerancja” liberałów były pustosłowiem, to sytuacja jest zupełnie inna dla ludzi, dla których nadzieja na nowoczesne, inkluzyjne społeczeństwo kierowała ich życiem i wiele ich kosztowało, by w tym kierunku zmierzać. Istnieje tu bardzo poważne zagrożenie, że wraz z iluzjami liberalizmu rozpłyną się wszystkie postępowe postulaty.

Postępowe postulaty nie mają żadnej szansy powodzenia, gdy pozycja negocjacyjna wysuwających je grup społecznych jest żadna. Nie ma co zatem liczyć na żadną „odgórną rewolucję” czy „klasę średnią jako klasę buntu”, bo to jest po prostu wiara w to, że najbogatsi i najbardziej uprzywilejowani członkowie społeczeństwa zupełnie bez powodu oddadzą swoje pieniądze i przywileje w zamian za niczym nie podparte (żadnym realnym poparciem społecznym) programy reformy i wizje stworzenia bardziej egalitarnego społeczeństwa. Musiałaby istnieć siła, która by ich do tego zmusiła, tak jak zaistniała taka siła w PiS, który wbrew swoim fantastycznym narracjom na własny temat przeszedł duże zmiany i cechuje się dużą niespójnością (to ta niespójność jest jego największą siłą). Jak wskazuje sam Sutowski i inni „przemawiacze do rozsądku” neoliberalnych elit, można im pokazać, że ich pozycja społeczna jest zagrożona i dlatego powinni przynajmniej przywdziać maskę reformatorów i postępowców, by ratować roztapiającą się formację. Ponieważ jednak za takim zwrotem politycznym nie stoi żaden postępowy interes, a wręcz przeciwnie – stoi bardzo dobrze uformowany interes reakcyjny, to wiosłowanie w galerze opozycji, liberałów, neoliberałów czy jak by ich nie nazywać, jest dla całej reszty zupełnie pozbawione sensu.

Oczywiście wszystkie czytelniczki i wszyscy czytelnicy zaangażowani politycznie i czytający ten tekst mogą zareagować na tego typu komentarze jak mój w zrozumiały sposób: my nie możemy postawić się tak jak ty „obok” sporów politycznych i zająć pryncypialnie słusznej pozycji, musimy wybierać i podejmować decyzje w danej sytuacji. Fakt ten, a także słaba pozycja lewicy oraz ludzi, którzy są zniechęceni i do PiS i do PO, wykorzystywany jest bez przerwy do szantażu intelektualnego i emocjonalnego.

Z jednej strony to prawda: dominacja PiS i PO jest po prostu faktem, jednak nie należy się zgadzać na sformatowanie debaty politycznej i problemów społecznych tak, jak robią to PiS i PO (centrystyczną TINĘ). Istnieje olbrzymia różnica między obroną sprawiedliwego systemu sądownictwa w interesie obywatelek i obywateli a protestowaniem dlatego, że machina propagandowa liberalnej formacji trąbi, iż trzeba bronić, a kto nie broni – ten za PiS. Nie da się uniknąć ram ideologicznych, które dwie duże formacje tworzą i w które nas wciskają, jednak ponieważ często spory te są tylko przedstawiane jako spory w naszym interesie (znowu blefuje się tylko), można je wykorzystać, by powiedzieć coś, czego normalnie nie wolno powiedzieć.

Oczywiście głosy oporu wobec status quo czy szkodliwych zmian wprowadzanych przez PiS zawsze będą podporządkowywane jednej czy drugiej formacji – na tym polega ich władza. Jednak co innego mierzyć się z tą władzą z własnej, niezależnej pozycji, nawet jeśli mniejszościowej, a co innego poddawać się jej przy każdej możliwej okazji. Ustępstwa są ostatnim ruchem, który powinno się podejmować mogąc coś wynegocjować – inaczej są bez wartości i mocy.

Od czego zależy powodzenie lewicy w takich realiach? Sądzę, że od zdolności do wypracowania efektywnie niezależnej pozycji, którą można osiągnąć tylko przełamując klasowe, genderowe, regionalne czy kulturowe podziały. Nie mam na myśli tu tylko akceptacji liberalnej idei różnorodności i tolerancji, ale wychodzenie poza własną strefę komfortu i horyzont ideologicznych „oczywistości”: rozumienie i współdziałanie z ludźmi, z którymi często nie dzielimy ani poglądów politycznych, ani zwyczajów, ani statusu społecznego, orientacji seksualnej czy formy zatrudnienia. Ludzi, których konserwatywny i miałko postępowy liberalizm trzyma po dwóch stronach firewalla. Tych zaledwie tolerowanych i tych wykluczonych z „lepszego i kulturalnego” społeczeństwa.

Lewica nie powinna skupiać się na własnej tożsamości i toczyć tożsamościowych bojów z prawicą (grać jej grę, która niestety także jest po części nieunikniona), ale stać się lewicowym głosem dla ludzi, którzy z lewicą się dziś nie identyfikują. Z jednej strony z ludźmi, którzy z braku wyboru gromadzą się na topniejącej górze lodowej zbankrutowanego liberalizmu, a z drugiej tych, którzy po gorzkim rozczarowaniu ich rządami zwrócili się ku PiS, przynoszącemu długo oczekiwane reformy (budzące równie wielkie rozczarowania, co entuzjazm). W przeciwnym razie utkwimy wszyscy w sytuacji, w której będziemy zdolni tylko do przekonywania do naszych idei, wartości i postulatów tych, którzy są już przekonani: czyli nas samych.

Eliasz Robakiewicz

Przypisy:

1. Zgodnie z tą logiką prawicowi dziennikarze tropią „ideologię gender” czy tępią ekologów z pozycji „realizmu” takiej demaskatorskiej reakcji. Przykładowo, ponieważ w rzeczywistości nawet jeżeli deklaratywnie uznajemy, że mamy poglądy anty-rasistowskie, to i tak jesteśmy częścią globalnego systemu nierówności, w który rasizm jest strukturalnie wpisany, np. nie możemy nic poradzić na przyczyny wojny w Syrii, które są, tak jak przyczyny wszystkich wojen w krajach arabskich, związane z cenami paliw kopalnych, które z kolei wpływają na ceny wszystkich produktów dostępnych na rynku, zatem nasza deklaracja antyrasizmu jest niemal bezwartościowa wobec akcji podejmowanych przez nasze rządy i korzyści, które z zawłaszczenia tych zasobów wszyscy czerpiemy. Problem z tego typu krytyką jest taki, że aby krytykować obłudę antyrasizmu czy feminizmu z pozycji normatywnych, trzeba uznawać ideały i wartości, które za tymi ruchami stoją. Aby stwierdzić, że one do tych ideałów nie dorastają, by uznać nawet, że „są to idee być może piękne, ale nieprawdziwe”, trzeba wpierw uznać ich ważność na poziomie normatywnym. Krytyka prawicowa, choć często bardzo przekonująca, jest de facto zwykle sama oparta na reakcyjnej próbie negacji oświeceniowych wartości jako celów: na krótką metę jest to dość proste, ponieważ wystarczy wskazać, jak w kapitalizmie słuszne postulaty są zwykle w „złagodzonej wersji” integrowane z systemem, jednak ostatecznie i na poziomie samych wartości i praw jest to stanowisko nie do obrony, muszące odwołać się zawsze do egoizmu (jednostki, rodziny i „narodu”) jako ostatecznej i najwyższej wartości.

2. Wspaniały głos histeryczny przedstawia w wywiadzie z lipca Tomasz Siemoniak wiceprzewodniczący PO: https://kulturaliberalna.pl/2018/07/10/siemoniak-wywiad-akt-odnowy-rzeczpospolitej-program-po/.

3. Przykładowy głos w tej sprawie: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,23780918,list-do-obroncow-iii-rp-mieliscie-ciepla-wode-kranie-i-wszystko.html

4. http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,15414610,Bylismy_glupi.html

5. http://www.platforma.org/aktualnosc/43628/nasz-projekt-prawdziwe-500-zl-na-kazde-dziecko

6. Jest to postulat niezwykle ważny politycznie dla opozycji i jej aktualnej reputacji, więc newsów jest zatrzęsienie, np. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23672419,najnowszy-sondaz-rzadzacy-dalej-liderem-ale-z-koalicja-anty-pis.html, http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/51,114871,21648707.html?i=0, http://natemat.pl/156401,wielka-koalicja-anty-pis-owska-to-mozliwy-scenariusz-ale-zwiastuje-tylko-jeszcze-wiekszy-chaos.

7. Choć trzeba przyznać oczywiście, że Gdula przynajmniej potraktował problem poważniej niż sami politycy opozycji czy wielu dziennikarzy: http://krytykapolityczna.pl/instytut/raport-dobra-zmiana-w-miastku/, http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-rzucilem-w-okno-ceglowka/,http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-w-gw-kaczynski-buduje-neoautorytaryzm/, http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-pis-uderza-w-strune-aspiracji-klasy-sredniej/.

8. Przykładowe głosy w tej sprawie: http://codziennikfeministyczny.pl/kongres-kobiet-socjalny-czy-neoliberalny/, http://codziennikfeministyczny.pl/znajdz-meza-zrob-drugie-dziecko-niemal-lustrzany-odpowiednik-zmien-prace-wez-kredyt/

9. Od momentu napisania tego tekstu ukazał się jeszcze tekst „O czym marzy lud KODerski. Krótki kurs”, forsujący dalej te same postulaty, pogłębiający jednak analizę pokoleniowych różnic, jednak jednocześnie zacierający istotne różnice między lewicą a starą gwardią konserwatywnych liberałów, których Sutowski broni jako „postępowej frakcji” bez oczywiście żadnych konkretów wskazujących na jej postępowość: http://krytykapolityczna.pl/kraj/anty-pis-kod-liberalowie-lewica-dialog/.

10. http://krytykapolityczna.pl/felietony/michal-sutowski/pragmatyczny-pakt/, krytyczny komentarz: https://strajk.eu/czas-proby-lewica-bez-parasola-liberalnej-demokracji/.

11. http://krytykapolityczna.pl/kraj/do-partii-razem-podajcie-lape-czarzastemu/

Eliasz Robakiewicz

Eliasz Robakiewicz – doktorant w Instytucie Filozofii UW, redaktor czasopisma „Praktyka Teoretyczna” oraz portalu filozoficznego „Machina myśli”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>