Magdalena Okraska: Osiedla oddane walkowerem

·

Magdalena Okraska: Osiedla oddane walkowerem

·

Prawica nie musiała „kraść” osiedli ani narracji o nich – ona była tam już wcześniej.

W Polsce właściwie nie można napisać książki, która nie zostałaby przez czytelników i recenzentów odbudowana setkami wyjaśnień i interpretacji. Mam na myśli także te o modnym od kilku lat tle społecznym. Lewicowi komentatorzy chcą dzielić książki na „ważne” i „istotne”, a niewygodne przemilczać. A Wojciech Mucha napisał po prostu powieść o Polsce – nie eseje, nie felietony, nie reportaż, nie „zabawne” impresje zza okna PKS-u. Napisał książkę o krakowskich osiedlach, na których się wychował, o stadionach, na które chodził z innymi ultrasami Cracovii, o polskich chłopakach i polskich rodzinach. „Miasto noży” to jedna z najlepszych powieści o prawdziwej, nie-wyobrażonej Polsce ostatnich dekad. Nie science fiction o tym, „co by było, gdyby PRL nie upadł”, nie eksperymenty językowe i fabularne spod znaku małych literackich wydawnictw. Mucha proponuje nam kilkuwątkową, uczciwą, bardzo sprawnie napisaną powieść na temat nie poruszany zbyt często – kim są i jak żyją/żyli mieszkańcy osiedli odległych od centrum. Pisze czule, uczciwie, bez wybielania i przekłamań. Lewica książkę przemilczała, bo opowiada ona przecież o „kibolach”. Krakowskie wydanie „Gazety Wyborczej” nazwało ją „niebezpieczną”.

Lewica i liberałowie lubią sobie pochlebiać, że „przegrali w walce o zwykłego człowieka”. Nie, oni nawet nie stanęli w jej szranki, nawet nie podjęli rękawicy. Przyświecała im mieszanina strachu, obrzydzenia i dystansu – tego mentalnego i tego przestrzennego. Od kilku lat pojawia się powierzchowna moda na „zrozumienie”, a przynajmniej reporterski opis rzeczywistości potransformacyjnej, rzeczywistości ludzi z opustoszałych PGR-ów, małych miasteczek, gdzie zlikwidowano jedyny zakład. Jak każda moda, także i ta niebawem przeminie. I prawdopodobnie nigdy nie dotknie tematu miejskich osiedli, chociaż wszędzie jest jakiś „Manhattan”, „Meksyk”, „Brooklyn” czy po prostu „wieżowce”, i tam także mieszkają ludzie, z którymi po 1989 r. coś (niedobrego) się działo.

Wojciech Mucha był w latach 2003-2011 gniazdowym Cracovii i taką informację o sobie zamieszcza nawet w biogramie na skrzydełku książki, co natychmiast zaskarbiło mu moją sympatię. Gniazdowy to osoba, która kieruje dopingiem podczas meczu na trybunie tzw. fanatycznych kibiców (a książka pokazuje, jak dęty i niezgodny ze stanem faktycznym jest język inteligenckiego mówienia o piłce – kibice mają własny). Wie zatem, o czym pisze, ale to żadną miarą nie jest książka o piłce nożnej czy, szerzej, sporcie. To przede wszystkim powieść o tym, jak w naturalny sposób środowisko i warunki bytowe kształtują nas wedle jedynego dostępnego wzorca i popychają w jedynym możliwym kierunku. Mamy chłopaków z bloków – Małpę, Browarnika, Kikiego. Kilkunastolatków, którzy uciekają z ciasnych klitek swoich pokoi w wieżowcach (jeśli mają szczęście mieć własny pokój), nie po drodze im do szkoły, a o ciarki zażenowania przyprawia ich konieczność dłuższej rozmowy z rodzicami. W wieku nastoletnim każdy chce wychodzić czy uciekać z domu. Ale tutaj chłopcy nie ujadą daleko. Ich pasji nie zagospodaruje kółko zainteresowań w liceum (mało kto stamtąd w ogóle do liceum chodzi), biblioteka ani krakowskie puby dla artystów czy kino. Zagospodarują je klatka, ławka przed blokiem, schodki i stadion. I grupa rówieśnicza, która ma się bezwzględnie wspierać, popijać razem pierwsze piwa, marzyć o dziewczynach i kibicować swoim barwom. Piętnastoletni kibic stojący przed klatką na Prądniku Białym nie „dokonał wyboru”, jak chcą wierzyć liberałowie i inteligenci, dla których życie to perpetuum mobile własnej sprawczości i rzuconych z boku kół ratunkowych, w sposób naturalny pojawiających się przez całe życie. Urodził się w określonych warunkach i w nich trwa. Sam Mucha mówi o tym zresztą w ciekawym wywiadzie dla Telewizji Republika: „Ludzie z bloków patrzyli na elity III RP jak przez lustro weneckie. Te elity ich zwyczajnie nie widziały, uważały istnienie tych ludzi za zbędne. Mieli siedzieć w bloku na 30 metrach, włączyć »Ekstradycję« albo Disco Relax i tam sobie zdechnąć. Jeśli masz mieszkanie, które ma 30 metrów i tam żyje sześć osób z czterech pokoleń, od babci, która ma 100 lat i pamięta I wojnę światową po dziecko siostry, które ma 3 miesiące, to nie będziesz tam siedział, tylko uciekał na klatkę schodową czy na ławkę”.

Środowiska kibicowskie nie mają w „lepszych” sferach dobrej prasy. Kojarzą się z przemocą, nacjonalizmem, chamstwem i głupotą, a poważne kibicowanie swojej drużynie jest pogardliwie określane terminem „kibol”, słowem, którego kibice w stosunku do samych siebie nie używają. „Kibol” oznacza bijatykę, strach, przemoc, często też głupotę. Lepiej trzymać się od niego z daleka. Szukając w mediach internetowych dominującej narracji na ich temat – choć przecież przeczuwałam, jaka będzie – natknęłam się wyłącznie na pogardliwie sformułowane newsy, w których kibice są przedstawiani jako tępa masa i tłuszcza, albo na pseudosocjologiczne opisy czy reportaże wcieleniowe (pewna pani pojechała na wyjazd z duszą na ramieniu, by potem opisać dla jakiegoś czasopisma wybite zęby). Narracja „zdrowej tkanki społecznej” na temat grup defaworyzowanych jest zawsze narracją zewnętrzną, chłodną, a przy tym wrogą.

Mucha pisze tymczasem o osiedlach z czułością, ale bez złudzeń: „Nie cierpiał klinów, kojarzyły mu się z alkoholikami, na trzy zmiany szturmującymi osiedlowy monopolowy U Żyda. Z bezrobotnymi o drgających rękach i gardłach, wystającymi przy stołach zadaszonych falistym plastikiem i obłożonych pociętą ceratą. Od rana przepijali tak zasiłki i odprawy między innymi pracownicy sprywatyzowanej i likwidowanej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Za »bezrobocie« – śmieszne trzysta dwadzieścia pięć tysięcy złotych miesięcznie – nabierali opuchlizny, wystając przy flaszkach z Okocimiem O.K i puszkach EB. Dzielili się relacjami z pośredniaka, po czym wracali rozkładać ręce przed żonami i dziećmi. Po nich, po uprzednim obejściu osiedlowych piwnic i śmietników, przychodzili złomiarze. W zależności od tego, czy udało im się znaleźć nagrzewnicę do piecyka, żeliwną wannę czy jedynie makulaturę, raczyli się piwem, wódką lub jedynie »węglówką« – wyrabianą w osiedlowej melinie berbeluchą, powstałą ze zmieszania kranówki i royala. – Smakuje jak rzygi i śmierdzi jak kał – mówili. I pili”.

Bo jednym z głównych bohaterów powieści Muchy jest alkohol. Przezroczysty w polskiej kulturze biesiadnej, wszechobecny we wszystkich klasach społecznych – staje się jednak pretekstem do wytykania palcami tych, dla których bywa ostatnią deską ratunku. Gdy inteligent „raczy się” kieliszeczkiem (czy połową litra, bez różnicy), mężczyzna z osiedla „chla”, obojętnie czy w swoim mieszkaniu, czy pod sklepem. Narracja dotycząca popadania w nałogi czy też po prostu używania napojów procentowych jest zawsze niekorzystna dla klas ludowych. To one „zalewają się w trupa”, „wydadzą ostatnie grosze na wódkę”, a potem „leżą zamroczone”. Mucha przedstawia za to alkohol jako zwykłego towarzysza polskiej biedy, słabych warunków, ale także spotkań, interesów, zabawy czy wspólnego smutku. „Miasto noży” pełne jest pięćdziesiątek, ciepłych piw, butelek finlandii i domorosłych trunków. Autor mocno podkreśla też tragizm postaci potransformacyjnych ojców rodzin (akcja powieści dzieje się w 1997 r., czyli w okresie zamykania zakładów pracy i ogromnej fali bezrobocia), którzy nie mają już pracy, pieniędzy, autorytetu ani perspektyw, i często ich jedynym przyjacielem staje się alkohol. Mucha ich rozumie, przedstawia ze spokojem i w zniuansowany sposób, wspaniale maluje też konflikty wewnątrzrodzinne.

Tragiczne i z czułością opisane są także postaci matek, chociaż to już obraz w polskiej literaturze znany. Te zmęczone kobiety w fartuchach z poliestru i przydeptanych kapciach, osiwiałe z troski o rodzinę, uważające kotlety schabowe za remedium na każdy problem, pochylone nad szyciem, krzyżówkami, obieraniem ziemniaków – to widok wszystkim nam znany. Ale nigdy za mało pisania o tych cichych bohaterkach, które podejmują liczne i nieraz rozpaczliwe próby scalenia rodziny. Tak jest i u Muchy, który nie ucieka także przed opisem warunków mieszkaniowych i bytowych panujących na osiedlach: „Małpa ze zdumieniem odkrył, że mieszkańcy spokojniejszych pięter tego strasznego bloku chowali się za wysokimi kratami lub grubą blachą. Miało to chronić ich przed złodziejską ferajną, wykwaterowaną tu z wyburzonych na Kazimierzu kamienic […] Ruch na klatce bywał tu jak na Tandecie w niedzielne przedpołudnie. Nie szło poznać, kto jest lokatorem, kto pomieszkuje, kto »tylko wpadł« na kilka dni, a kto czai się pod klatką na frajerów”.

Albo: „Nikt nie zwracał uwagi na awantury takie, jak tocząca się w tej chwili pomiędzy rodzicami Małpy, bo były one codziennością. Mężowie wciąż wyładowywali tu na żonach frustracje spowodowane pracą lub ciągłym bezrobociem, a matki odpierały ataki nastolatków za brak kieszonkowego i skargi mężów na liche posiłki. […] Sąsiedzi nie reagowali więc albo wcale, albo – tak jak teraz – bezsensownym waleniem po rurach, tym sąsiedzkim morsem, którym i tak nikt się nie przejmował. Owszem, zdarzało się, choć rzadko, że wkładano w drzwi konfidencjonalną kartkę z wykaligrafowanym anonimem w stylu: »Proszę przestać bić dzieci« lub »Pani mąż znów awanturuje się pod klatką«, ewentualnie »Syn ćpa wieczorami. Proszę bardziej dbać o rodzinę«. […] Blok Małpy naprawdę się nie wyróżniał”.

Wojciech Mucha bardzo dokładnie i obrazowo przedstawia mapę Krakowa oczami tych, którzy mieszkają z dala od rynku i pojawiają się na nim najwyżej raz w miesiącu. W powieści mamy mnóstwo detali – opisy wyglądu ulic i bloków, tras autobusowych, wnętrz lokalnych mordowni i blaszanych budek z kurczakiem. Przede wszystkim jednak autor przedstawia wizję odległych od centrum osiedli jako odrębnych krwiobiegów, które centrum właściwie nie potrzebują i którymi ono pogardza. Mucha pieczołowicie przywołuje ich nazwy i szczegóły o nich, by dokonać pierwszego opisania Krakowa z tej perspektywy – Azory, Prądnik, Złotej Jesieni, Ruczaj, Piaski. Autor rozumie, że opowieść o ludziach nie istnieje w oderwaniu od opowieści o przestrzeni, która ich zrodziła i podtrzymuje przy życiu. Mucha zresztą wspaniale bawi się topograficznymi opisami Krakowa, czytanie książki tak mocno usadowionej w konkretnej przestrzeni to ogromna przyjemność.

„Miasto noży” to także opis świata przestępczego – ciemnych interesów, zapuszczonych barów, gdzie nad porcją żurku wymienia się informacje o dostawach narkotyków i pieniądze do przeprania. To historia o tym, że środowiskiem kibicowskim, ale i po prostu ubogimi, szukającymi zajęcia dla rąk i głowy chłopakami, nader szybko zainteresuje się półświatek, i to z tych twardych. I prędko znajdzie im coś do roboty. Nie należy jednak czytać „Miasta…” jako powieści sensacyjnej. To przede wszystkim przejmujący obraz życia osiedli, tych społecznych „dołów” (musimy wytworzyć inny, nowy język opisu rzeczywistości ubóstwa, bo posługujemy się albo tym z kronik policyjnych, albo z liberalnych salonów), które dla „lepszych” są tylko cyferkami w statystykach lokalnego MOPS-u.

Wojciech Mucha jest dziennikarzem „Gazety Polskiej” i „Frondy”. Na wojnie polsko-polskiej to wystarczy, by jego książka nie była brana pod uwagę w liberalnej debacie o „kibolach” i grupach defaworyzowanych ekonomicznie – oczywiście gdyby taka debata w ogóle się toczyła, bo liberałowie mają co innego na głowie. Mimo wszystko – szkoda. Książkę Muchy należy przeczytać uważnie i wyciągnąć z niej wnioski. Lewica i salon nie zrobią tego, jak się obawiam, nawet wtedy, gdy wybory parlamentarne wygra Konfederacja.

Magdalena Okraska

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie