Monsieur Hulot w świecie Premium

·

Monsieur Hulot w świecie Premium

·

W roku ZOZO nie było tradycyjnej firmowej imprezy świątecznej. Było świąteczne zebranie online, tak drętwe, że pracownicy zatęsknili za niezbyt lubianym korpopijaństwem. Część z nich umówiła się na nieformalnego śledzika na zoomie. Też żadna rewelacja, ale przynajmniej miało się wrażenie, że jakiś rytuał został dopełniony. Popijali i gawędzili, wymieniając się plotkami, w tym roku mniej licznymi niż zazwyczaj, i smętkami, na które był w 2020 szczególny urodzaj. W pewnym momencie temat rozmowy zszedł na mało lubianego szefa, człowieka nieustającego sukcesu, Przywita. Znów miał awansować, tym razem już za granicę. Troszkę się z tego pośmiali, troszkę nad tym poubolewali. Ten facet zdawał się mieć kupon na złotą karierę.

„Ale słuchajcie: czy ktoś wie, dlaczego on właściwie tak awansuje? Czy on ma wuja w zarządzie? Czy gra z kimś ważnym w golfa? Z kimś śpi? Ten facet nic nie umie, on nawet nie jest psychopatą” – powiedział ktoś.

„Fakt. On jest zerem” – zgodzili się pozostali. Nikt nic nie wiedział o żadnym wuju w zarządzie ani o wpływowej protektorce. Bo też nikogo takiego nie było. Przywit był zerem pod każdym względem. I dzięki temu właśnie szybował na prądach powietrznych Zeitgeistu. Zawsze mówił cokolwiek. Najczęściej powtarzał i lekko przetwarzał cokolwiek wcześniej wypowiedziane przez kogoś oczko ważniejszego. Starał się zachowywać i wyglądać jakkolwiek, najchętniej względnie podobnie do kogoś o oczko ważniejszego. Pytany o strategiczne kierunki rozwoju firmy, zawsze wygłaszał jakiś powszechnie znany najgorszy scenariusz i orzekał, że należy się doń dostosować, bo teraz tak będzie i trzeba się z tym pogodzić. I to wszystko. Skąd ta szczęśliwa gwiazda? I skąd wrażenie, że (nieskutecznie) konkurująca z nim o wyższe stanowisko Przemysława była osobą przegraną? W odróżnieniu od Przywita, miała ona pomysł na strategię w tych trudnych czasach. Prezentowała jakieś możliwe scenariusze, argumentowała, że należy przyjąć bardziej optymistyczny z nich i działać proaktywnie, gubiąc po drodze konkurencję. Głosiła konieczność dbania o pracowników, zapewnienia im bezpieczeństwa zatrudnienia, przeciwdziałania wysokiej rotacji personelu i wskazywała na szkodliwość outsourcingu. Niby wszyscy wiedzieli, że to są sensowne i ważne propozycje. A jednak towarzyszyła jej ta chmura porażki…

Czym to wytłumaczyć? Tego nie uczą podręczniki do zarządzania – ani te stare, chwalące namysł i wizję strategiczną, ani te nowe, promujące autentyczne przywództwo. To bystra Przemysława miała wizję i strategię, nie masłomózgi Przywit. To energiczna Przemysława wyglądała na przywódczynię, a nie mdły i nijaki Przywit. Nie powinno nas jednak za bardzo dziwić, że podręczniki budujące kompetencje zarządzania nie przewidują zwycięstw Przywitów nad Przemysławami. Bo też niezbyt dobre to przykłady kompetencji zarządczej – raczej pewien rodzaj oportunizmu naszych czasów, do którego nie są potrzebne wiedza ani nawet umiejętność gry w golfa czy spania z właściwymi osobami. Wynika on z tego, że w naszej schyłkowej epoce neoliberalnego kapitalizmu pęd zdarzeń wiedzie ku coraz większemu rozpadowi i deterioracji. To, co wczoraj było mroczną wizją, dzisiaj jest faktem, jutro staje się normalnością.

Jak się wyraził jeden z moich studentów, ledwie przyzwyczaimy się do czegoś, co jest naprawdę bardzo słabe, a już to się kończy i zmienia na coś, co jest jeszcze gorsze i przy czym to słabe wydaje się rewelacją. Ten stan rzeczy polski socjolog Zygmunt Bauman opisywał, za Antonio Gramscim, jako interregnum – czas pomiędzy działającymi systemami, gdy stare struktury niekiedy jeszcze działają siła bezwładu, ale generalnie zasady i wzorce życia społecznego ulegają dezintegracji i zniszczeniu. Nie wiadomo jak długo to będzie trwało, ale wiadomo, że samo z siebie się nie naprawi, nie zmieni na lepsze – dopóki nie wypracujemy nowego systemu, który będzie można budować i rozwijać. W obecnych czasach sprawczość społeczna jest mało prawdopodobna. Dzieje się tak, dlatego, że zbiorową sprawczość zapewniają funkcjonujące struktury, czyli właśnie i dokładnie to, co na naszych oczach rozsypuje się w pył. Taka sytuacja znana jest w ujęciu systemowym jako rosnąca entropia – wzrastająca miara nieuporządkowania systemu. Dla złożonych systemów żywych: biologicznych, społecznych, wzrost entropii prowadzi do śmierci.

W czasach interregnum pozory sprawczości miewają Przywitowie – postaci, które współdziałają z rozpadem i wzrostem entropii. W odróżnieniu od energicznej Przemysławy, Przywit zawsze przewiduje, że będzie gorzej, i tak faktycznie sytuacja się rozwija. Jego propozycje reakcji na nią są w istocie deklaracją kapitulacji, moralnym złożeniem broni – „skoro będzie gorzej, to znaczy, że gorzej jest normalnie a nawet dobrze; nie ma nic złego, by na tym korzystać”. Kluczowe dla jego kariery są pomysły, jak skorzystać na wszechobecnym rozpadzie. To nie strateg, to nie przywódca tak postępuje. Tak działa hiena epoki interregnum.

Gdy ktoś, tak jak Przemysława, zakłada, że może być lepiej, przestrzela ze swoimi przewidywaniami, nie trafia. Jej wizje są śmiałe i wartościowe według niemal dowolnego podręcznika zarządzania, ale w oczach zarządu firmy, gdzie pracowała – dyskwalifikujące, bo się (same z siebie) nie sprawdzają. Jej proponowane decyzje wymagają zaangażowania zasobów właściwie w ciemno, wbrew dowodom empirii. (Przemysława odeszła z korpo i założyła z koleżanką firmę rzemieślniczą, tworzącą gry uczące współpracy; czują, że kiedyś bardzo się przydadzą wspólnemu dobru.)

Do tych ogólnoświatowych trendów zbiorowej bezsilności epoki interregnum dołącza jeszcze, intensyfikująca ją, polska specyfika. Świat Zachodu wpłynął w neoliberalizm z zupełnie innych pozycji, niż byłe kraje bloku wschodniego. Ten pierwszy na ogół miał co roztrwonić i przetracić, miał za sobą powojenne prosperity państwa dobrobytu, ogromne nagromadzone dobro wspólne, a do tego obietnice demokratyzacji i włączania obywateli w ogólny dostatek. Polska potransformacyjna jest czymś zupełne innym. Jeśli już ma być do czegoś podobna, to raczej do Polski późnego Gierka (choć transformację i modernizację Gierkowską więcej różni niż łączy). Została zbudowana z nieadekwatnych elementów według niemożliwego do zrealizowania wzoru. W czasach późnego Gierka ujawniła się fasadowość i pozorność polskiego dobrobytu – był to sen o dobrobycie, dostępny dla nielicznych w sklepach za żółtymi firankami, w Peweksach i w całej wewnętrznej szaro-czarnej strefie dolarowej. Był to styl życia podobny do zachodniego, na którym był wzorowany, ale – inaczej niż obiecywano – dostępny był tylko dla wybranych i tylko pod warunkiem, że byli w stanie przymknąć oczy na kruchą i niesprawiedliwą podwalinę, na jakiej został zbudowany. Był to piękny, kuszący i kolorowy sen, ale nawet ci, którzy mogli i potrafili go śnić, lądowali w zupełne innej rzeczywistości, gdy życie mówiło sprawdzam. Te same problemy z dostawą prądu, ta sama zapaść służby zdrowia – mimo to, że kliniki dla prominentów były na lepszym poziomie, ale jednak nie był to Zachód. Nie mówiąc już o tym, że w decydującej chwili okazywało się, że jednak większość uprzywilejowanych grup społecznych nie zalicza się do coraz węższej warstwy prominentów. Zamek z zachodnich kart budowany był na biedzie i niedostatku.

Tak samo rzecz się ma teraz i dokładnie to samo zaczyna być widoczne między szparami lukrowanego świata z donicami na chodnikach jak w Niujorku i z produktami premium na galeriowych półkach. Pomalowano trawniki i wypucowano fasady, by przypominały to, co prominenci naszych czasów zapamiętali z okien taksówki wiozącej ich przez Nowy Jork, gdy w latach 90. zaprosił ich ten czy inny instytut, a także to, co zwykły obywatel pamiętał z wyjazdów na zbieranie truskawek pod El Dorado. Polska zaczęła przypominać fantazmat Zachodu oglądany z zewnątrz. A pod spodem – surowa bieda, która staje się coraz bardziej głośna i którą coraz trudniej jest ignorować. Ona obrzydza, burzy porządek, zakłóca cukierkowy sen. Do tego dochodzą pandemia i kryzysy kolejnych instytucji społecznych, do których mieliśmy jako naród zaufanie. Coraz trudniej tego nie widzieć, choć wielu moich ziomków dokonuje cudów w dziedzinie ignorowania dysonansów poznawczych. Pomagają im w tym kolejni decydenci, starając się zakrzyczeć, zaklajstrować, zakitować to, co widzą a raczej wyczuwają na peryferyjnej wizji, gdy suną limuzyną przez świat, wskazać winnych – raz hołota, raz LGBT, raz zacofane polactwo, raz Żydzi i Unia Europejska. To dzielenie, wydalanie, wypraszanie. To jest skutek naszej wschodniej „transformacji”.

Właśnie tu widać, czemu Polska Gierkowska i transformacyjna były różne. Bo ta pierwsza tworzona była w intencji dla wszystkich. Ta druga – dla tych, którzy są jej godni, a więc można z niej wykluczać pewne kategorie obywateli. Była dla przedsiębiorczych, dynamicznych, nie była dla roszczeniowców i komuchów. Ta pierwsza skończyła się bolesnym przypomnieniem, co to znaczy „wszyscy”, które obudziło ducha społeczeństwa. Czym kończy się ta druga? Obawiam się, że nie ma już poczucia „wszyscy”, bo ono nie zostało nam w tej fazie dane. Gdy nic nas nie łączy, pozostaje tylko rosnąca entropia.

Ale jednak… Ludzki chaos to nie to samo, co entropia. Genialny francuski reżyser Jacques Tati nakręcił w 1967 roku piękny i profetyczny firm „Playtime”, rozgrywający się w supernowoczesnej dzielnicy miasta pełnej idealnie proporcjonalnych, doskonale czystych, szklanych wieżowców, błyszczących od pustki korytarzy, sterylnych ulic, siedzib firm i mieszkań. Wszystko jest absolutnie nowoczesne, przezroczyste, triumfujące swą racjonalnością nad niedoskonałością ludzkiej natury. Przestrzeń miejska jest idealnie gładka, zaplanowana, domknięta w każdym detalu. Jeden z bohaterów – Monsieur Hulot, postać grana przez samego reżysera, szuka w tej przestrzeni kogoś z kim się umówił, ale dziwnym trafem rozmija się z nim, za to wpada na inne, znane i nieznane mu osoby. Podobnie błądzą i znajdują się inni bohaterowie, przede wszystkim fale turystów, wpompowywane i przepompowywane przez system komunikacji z pobliskiego nowoczesnego lotniska. Przestrzeń ma tu własną dynamikę i jest to dynamika władcza. Pod jej kierunkiem Monsieur Hulot, turyści i mnóstwo innych osób trafiają wieczorem do lokalu, idealnie wydesignowanego i zorganizowanego, gdzie każdy gość ma swój wyznaczony stolik, obsługiwany przez superefektywnych kelnerów. Na podium gra zespół muzyczny. Wszystko przebiega zgodnie z planem, aż do momentu, gdy fragment dekoracji wnętrza urywa się i spada na salę. Psują się kolejne elementy instalacji, zawodzą jednak nie do końca nieskazitelne architektoniczne rozwiązania. Ujawnia się niedoskonałość tej twierdzy doskonałości, jaką jest uosobiona w dzielnicy miasta nowoczesność, rozpada się idealny porządek. Na podium wchodzi spontaniczna pianistka – jedna z gości, która jednak całkiem nieźle gra. Ludzie zaczynają chaotycznie tańczyć, rozmawiać ze sobą „ponad” przypisanymi stolikami, pić więcej, niż proponuje menu. Nawet kelnerzy wyglądają coraz mniej perfekcyjnie. W pewnym momencie pojawia się, wśród wrażenia powszechnej entropii, coś, czego wcześniej nigdzie w nowoczesnej dzielnicy nie było i co przejmuje całkowicie definicję miejsca i czasu – cudowne, chaotyczne ludzkie bycie razem. Jest po prostu zajebiście. Absolutnie nie ma znaczenia, że zabawa ma miejsce w szklanym nowoczesnym wieżowcu z gigantycznymi oknami, przez które przypadkowy przechodzień może obserwować życie dzielnicy we wszelkich szczegółach. Nie ma znaczenia, że przestrzeń jest idealnie zaplanowana, ale całkiem prozaicznie się rozsypuje. Bawiąc się, ludzie tworzą własną przestrzeń na wskroś, w poprzek, obok zadanego porządku – i intensyfikującego się nieporządku rozpadu. Nie minął rok od produkcji filmu i przez Paryż przepłynął wielki playtime 1968.

Co to wszystko znaczy, co ma do powiedzenia Polakom AD 2021 Monsieur Hulot z 1967 roku? Czy teraz stworzymy coś takiego jak chaotyczna ludzka wspólnota, mimo że przez 30 lat musieliśmy się raczej obejść bez poczucia jedności, siostrzeństwa i braterstwa? Kto wie! Gdy skończy się pandemia i gdy wylegniemy na ulice bez maseczek, bez strachu, bez wirusa. Kto wie, co wtedy może się stać. Mieliśmy zapowiedź tego podczas protestów kobiet: mocna niemieszczańska poezja połączonego solidarnością tłumu, muzyka do rewolucji i do tańca, żywy teatr romantyków na warszawskiej ulicy, spontaniczna sztuka i odwaga cywilna, która przenosi góry. Do przedefiniowania przestrzeni à la Tati brakowało tylko jednej, ale za to bardzo ważnej rzeczy – swobody ludzkiego ciała, by poddać się grawitacji wspólnoty – najpotężniejszemu antidotum na rosnącą entropię.

prof. Monika Kostera

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie