Przeciwko cywilizacji śmierci

·

Przeciwko cywilizacji śmierci

·

Słyszałem ostatnio od kilku znajomych osób, osób które swoją drogą za różne rzeczy szanuję, że „musimy się nauczyć żyć z wirusem”. Od innej osoby, którą bardzo cenię, słyszałem, że powinniśmy pogodzić się z tym, iż „ludzie umierali, umierają i będą umierać”.

Nauczyć się z tym żyć, to znaczy przede wszystkim nauczyć się żyć ze śmiercią innych. Pogodzić się, to znaczy pogodzić się z kilkudziesięcioma tysiącami dodatkowych zgonów. W Polsce mieliśmy w tym roku najwięcej dodatkowych zgonów od zakończenia II wojny światowej, w 2020 roku zanotowano ich ponad 76 tys. więcej niż w poprzednich latach – 2017, 2018 i 2019. W USA liczba ofiar COVID prześcignęła liczbę amerykańskich ofiar wojny w Wietnamie.

COVID można więc potraktować jako ćwiczenia z przyzwyczajania się do umierania – innych. Ćwiczenia bardzo przydatne władzy, która chce utrzymać się na powierzchni, decydując, o tym, kto ma prawo do życia. Można to widzieć jako ćwiczenia w tym, co Tomasz Kozak nazwał (afirmatywnie i w kontekście dehumanizacji tzw. płodów) eugeniką. Ćwiczenie przed katastrofą klimatyczną i innymi katastrofami.

Widzieć w tym można ćwiczenia z wypisywania z życia, wpisywania w koszty, spisywania na straty określonych grup, w przypadku COVID – przede wszystkim osób starszych. Godzenia się z tym, że „niestety nie wszystkich da się uratować, nie dla wszystkich znajdzie się miejsce na łodzi, z kogoś musimy zrezygnować”.

Niewiele rzeczy budzi mój gniew tak bardzo, jak ta kolaboracja z duchem śmierci.

Niewiele jest też rzeczy bardziej krótkowzrocznych niż taka kolaboracja, o czym dobrze wie Pismo: „Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się z zagłady żyjących. Ci zaś którzy uważają ją za przyjaciółkę, i zawierają z nią przymierze – stają się jej własnością” (Księga Mądrości).

Dlaczego powiedziałem, że takie myślenie, taka próba zaprzyjaźnienia się ze śmiercią innych, zawarcia z nią sojuszu – jest krótkowzroczna?

Dlatego, że powiedzenie „wszyscy jesteśmy połączeni” lub „jesteśmy członkami/organami jedni drugich”, to nie tylko pewna etyczna wizja, ale w warunkach pandemii to też po prostu opis struktury rzeczywistości. Naprawdę wszyscy jesteśmy „jednym ciałem”.

Wprawdzie bogatym państwom Północy i korporacjom nie zależy na umożliwieniu dostępu do szczepionki biednym krajom Południa, a Izraelczycy nie chcą szczepić Palestyńczyków. Ale wirus nie zwraca uwagi na to, kto jaki ma paszport. Krótkowzroczność takich rozwiązań jest więc nie tylko, mówiąc łagodnie, nieetyczna; jest też samobójcza.

Podobnie powtarzane nam ciągle przeciwstawienie życia ludzi, którzy umierają na COVID – „gospodarce”, życiu ludzi, którzy tracą pracę czy swoje małe firmy, nie bardzo trzyma się kupy. Bo najlepiej z gospodarczą stroną kryzysu radzą sobie nie te kraje, które udawały, że pandemii nie ma (jak Szwecja, notująca dziś równie słabe wyniki gospodarcze, co jej skandynawscy sąsiedzi i przerażająco wysokie wskaźniki śmiertelności wśród ludzi starszych mieszkających w domach opieki), lecz te państwa, które – jak Australia, Singapur czy Korea Południowa – potraktowały i walkę z wirusem, i wsparcie ludzi w kryzysie poważnie i systemowo.

Skoro pozwalanie na panoszenie się wirusa nie ma sensu ani epidemicznego, ani ekonomicznego, to dlaczego się na to pozwala?

Zgadzam się z Marcinem Kędzierskim, że na razie nic się z tym nie robi, bo politykom nie chce się, nie opłaca się działać inaczej. Bo politycy liczą, że obywatele się przyzwyczają i jakoś będą żyć z tymi kilkudziesięcioma tysiącami dodatkowych śmierci.

Wiele osób obawia się dziś wszechmocy władzy. Rozumiem to. Wcale tych lęków nie lekceważę myśląc o tym, co z naszymi danymi już dziś robią firmy i państwa. Ale tym, z czym ja się zetknąłem przyglądając się, jak na COVID i jego ekonomiczne i społeczne skutki reagowała większość (na szczęście nie wszyscy) przedstawicieli władz europejskich i krajowych, było czymś zupełnie innym niż wszechwładza. Spotykałem się przede wszystkim z bezwładem. Z braniem na przeczekanie. Z niechęcią do działania. Z niechęcią do podejmowania nowych i trudnych zadań, które generują ryzyko niepowodzenia – zwłaszcza niepowodzenia medialnego.

Jednym z najgorszych produktów obecnej sytuacji – oprócz tego, że ludzie umierają, tracą bliskich lub zdrowie – jest to, co dzieje się z nami, zdrowymi i żywymi. Bo to nasze „serca” się „zatwardzają”, tracą wrażliwość.

***

Dobrze, ale czy są jakieś alternatywy?

Tak, bo są kraje które mimo błędów i trudności doprowadziły do punktu bliskiego „ZERO COVID”. Kraje które zmobilizowały swój potencjał solidarności i obroniły zarówno gospodarkę, jak i życie i zdrowie swoich obywateli.

Ale co można zrobić konkretnie, w Polsce?

Można zacząć od prostej rzeczy.

Kluczowe w tym momencie jest m.in. wsparcie Sanepidu. Sanepid potrzebuje wsparcia w monitorowaniu zakażeń i przeprowadzaniu wywiadów telefonicznych z osobami, które powinno się kierować na kwarantannę.

Sanepid mogą w tym wesprzeć szybko przeszkoleni ludzie; w pierwszej kolejności studenci odpowiednich kierunków, a w dalszej kolejności odpowiednio przeszkoleni ludzie, którzy stracili pracę.

Wesprzeć nie jako wolontariusze – ale za pieniądze. W ten sposób walka z pandemią zacznie generować nowe miejsca pracy w ramach wdrażanej na niewielką, testową skalę Gwarancji Zatrudnienia.

Jednocześnie osoby kierowane na kwarantannę nie mogą bać się utraty wynagrodzenia. Bo właśnie ten lęk jest jednym z ważnych powodów, który skłania je do niemówienia ankieterom prawdy. Ludzie na kwarantannie muszą mieć zapewnione 100% postojowego, a nie jedynie 80% jak do tej pory (bo to, zwłaszcza przy niskich pensjach, robi realną różnicę, gdy ktoś nagle traci 1/5 wynagrodzenia). Muszą mieć zapewniony dochód (100% miesięcznego świadczenia dla bezrobotnych) także wtedy, gdy byli bezrobotni w momencie, kiedy zachorowali i gdy, jak zdecydowana większość polskich bezrobotnych, nie byli uprawnieni do żadnego świadczenia.

Tak widzę pierwszy prosty i konkretny krok.

***

Wniosek na koniec.

Z pandemiami, ze skutkami kryzysu klimatycznego będą umiały sobie radzić te społeczeństwa, które nie będą naturalizować nienaturalnych katastrof. Społeczeństwa, które nie będą się z pokornie godzić z tym, że „tak już widocznie musi być”. Społeczeństwa, które będą umiały mobilizować, orkiestrować zbiorowy wysiłek i skutecznie nim dowodzić.

Coś z tej intuicji uchwycili doświadczony senator Edward Markey i młoda kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez, pisząc w swojej pierwszej rezolucji o Nowym Zielonym Ładzie, że pokonanie kryzysu klimatycznego będzie wymagało „mobilizacji niewidzianej od czasów II wojny światowej i Rooseveltowskiego Nowego Ładu”.

Takie postawienie sprawy jest ważne – z punktu widzenia zupełnie pragmatycznego, a nie idealistycznego. Hasło „Green New Deal” zażarło także dlatego, że Markey i AOC nie obiecali tylko dobrych i stabilnych miejsc pracy. Nie obiecali tylko lepszych pensji. Nie obiecali tylko bezpieczeństwa, odsunięcia groźby katastrofy. Zaproponowali coś więcej – udział w zbiorowym wysiłku, w czymś, co ma znaczenie.

Zapewniając ludziom stabilną ekonomiczną podstawę, „budując podłogę”, takie rozwiązania antykryzysowe jak Antypandemiczny Dochód Podstawowy czy Gwarancja Zatrudnienia, mają zapewnić, że zbudowany zostanie fundament, zbyt często przywoływanej, „piramidy Maslowa”.

Ale w rzeczywistości piramida Maslowa zawsze stała na głowie. Jednym z powodów, dla których wielu ludzi tak ciężko znosi kwarantannę, jest nie tylko to, że stracili pracę czy rozrywkę. Powodem jest też to, że musieli, że musieliśmy zawiesić wiele naszych wolności i zrezygnować z rzeczy, które czynią nasze życie wartościowym, z bycia razem. Z tego, co jest na szczycie, a nie tylko w podstawie „piramidy”.

Jeśli wojna z COVID-em nie ma zostać przegrana – i przez tych, którzy zupełnie niepotrzebnie umrą, bo spiszemy ich na straty – i przez tych, którzy przeżyją, ale z efektem śmierci innych zapisanym w ciele, z „twardymi sercami” – to trzeba zbudować obie piramidy naraz. Zapewnić podstawę: odszkodowanie za utracone wolności i podstawę utrzymania. I jednocześnie zaproponować udział, chociaż mały, w zbiorowym wysiłku i potencjalnym zwycięstwie nad wirusem.

To znaczy: w małym zwycięstwie ludzi nad śmiercią.

dr Mateusz Piotrowski

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie