Miłość jako pochwała ryzyka
To absolutne utowarowienie miłości sprytnie podszyte językiem terapii.
Slavoj Żiżek w swojej książce „Od tragedii do farsy” przywołuje słowa Kierkegaarda o tym, że nigdy nie możemy być pewni swojej wiary, możemy tylko wierzyć, że wierzymy, oraz podobnie brzmiącą formułę Marksa: „[ancien régime] tylko roi sobie, że sam w siebie wierzy”. Czyni tak po to, aby słusznie zauważyć, że w ramach dzisiejszej liberalnej ideologii jest dokładnie odwrotnie – dzisiaj roimy sobie, że nie wierzymy w naszą ideologię. Wszyscy ostatecznie wierzymy w neoliberalną ideologię. Robimy tak niezależnie od deklarowanych poglądów – od umiejscowienia siebie na popularnej osi politycznej, które to umiejscowienie jak zauważa Dawid Kujawa w swojej książce “W myśl praw geometrii”, staje się swoistym performansem, który ma przede wszystkim eksponować to, co oryginalne w naszych poglądach i wyrażać w ten sposób nas jako indywidua. Inaczej mówiąc, nawet najbardziej radykalne czy oryginalne poglądy znajdują się na mapie współrzędnych wyznaczonych przez nieuświadomionego, determinującego je liberalnego ducha.
Kilka tygodni temu media pisały o wielodniowej transmisji prowadzonej przez influencera o pseudonimie „Łatwogang”, który podczas trwania streama zebrał wiele milionów złotych w celu walki z rakiem u dzieci. Można oczywiście robić wyrzuty systemowi ochrony zdrowia, który nie zapewnia odpowiedniej opieki, że konieczne stają się prywatne inicjatywy. Niedostrzeganie tego, że konieczność prywatnej inicjatywy wynika tylko z tego, że publiczne instytucje są bezsilne, jest już najbardziej skrajnym przejawem opanowania przez ideologię albo po prostu pokazem ignorancji. Ale ideologia panująca w społeczeństwie kapitalistycznym w tym przypadku przejawia się również w czymś innym – mianowicie wiara w autoteliczną wartość pieniądza. Pieniądz jest wartością samą w sobie – odpowiednia jego ilość potrafi rozwiązać każdy problem. Wystarczy zebranie odpowiednio dużej kwoty. Im większe wrażenie robi suma, tym bardziej rozwiązany jest problem.
Pozycja pieniądza jest tak duża, że zakrywa fakt, że przy obecnym rozwoju medycyny nie jesteśmy w stanie wyleczyć dużej części nowotworów, że świat jest w tym aspekcie bezwzględny, jeśli chodzi o cierpienie u dzieci. Aby tę egzystencjalną niesprawiedliwość zakryć, potrzebna jest wiara, że ostatecznie sprawiedliwość istnieje, że istnieje jakiś nadrzędny dobroczyńca, który to naprawi. Potrzeba takiej wiary ma swoje ujście w rzeczywistym świecie, tj. w świecie symbolicznym, świecie ideologii, kiedy Realne jest z gruntu odmienne. W świecie symbolicznym sukces zbiórki znaczy tyle, co rozwiązanie problemu. Kontrowersyjny ze względu na polityczny kontekst, baner fundacji WOŚP głosił przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi: „Polacy, pokonajmy to zło!!! WYGRAMY z sepsą”.
Współczesny kapitalizm dokonał perwersyjnego transferu tej boskiej omnipotencji na sam pieniądz. Jak obiecywał Prorok w księdze Izajasza, co później miało się spełnić w Ewangelii w postaci Jezusa: „On wziął na siebie nasze słabości i dźwigał nasze choroby”. W świecie, gdzie „Bóg umarł”, jedyną obiektywną wartością jest wycena giełdowa danego dobra lub waluty, to właśnie wszechmoc i wszechdobro pieniądza leczy całe zło i niesprawiedliwość świata po Upadku.
To, że wiara w pieniądz sam w sobie jest tak metafizyczna jak dawne religie, polega na tym, jak bardzo jest ona abstrakcyjna i oderwana od Realnego, rozumianego jako przeciwieństwo porządku czysto symbolicznego. Pieniądz jest przede wszystkim zastępnikiem uniwersalności (w rozumieniu pojęciowym, nie ekonomicznym). Gotówka jako byt konkretny i pojedynczy jest zawsze czymś mniej niż wartość pieniądza jako taka, która istnieje obok samego papierowego nośnika, a obok tej wartości istnieją również funkcjonalnie z nią powiązane normy postępowania w stylu “należy szanować każdy grosz”. Mają one za zadanie budować podświadomy szacunek wobec nowego bóstwa.
Cała metafizyczność wiary w pieniądz objawia się w tym, że abstrahuje on od warunków materialnych, w których funkcjonuje. Zebranie określonej kwoty samo w sobie nic nie znaczy, jeśli nie ma warunków, które mogłyby „pracować”. Co dałoby na przykład zebranie tysięcy złotych monet na leczenie dżumy w XIX-wiecznej Mandżurii, skoro nie istniały wówczas antybiotyki, a jedyny dostępny lekarz to Europejczyk setki kilometrów dalej? Tadeusz Miciński w „Xiędzu Fauście” daje nam ciekawe świadectwo, że właśnie na nieuleczalnej wtedy dżumie ówcześni lekarze zarabiali sowite pensje, jednocześnie nie robiąc nic, aby wynaleźć lekarstwo.
Wspomniana obsesja na punkcie zbiórek internetowych niebezpiecznie kojarzy się zresztą z tym, co Żiżek nazywa „szaleństwem zbieracza skarbu” i cytuje „Kapitał” Marksa: „Natomiast cyrkulacja pieniądza jako kapitału jest celem samym w sobie, gdyż pomnażanie wartości odbywa się tylko w tym ciągle powtarzającym się ruchu”. Może moc zbiórek internetowych nie polega tylko na tym, że są one organizowane w szczytnym celu, ale również z podświadomej rozkoszy doświadczanej na widok samopomnażającego się kapitału, gdy z kilku złotych wpłacającego robią się miliony efektu końcowego? Czy kapitalizm zaszczepił w nas fascynację nieograniczoną reprodukcją albo przynajmniej w nas tę fascynację rozbudził? Jednak jest coś przyciągającego w obserwowaniu rosnących wykresów giełdowych. Podobny mechanizm działa w popularności gier na smartfony typu „clicker”, gdzie na początku należy klikać na dane obiekty, aby uzyskać monety, a następnie można inwestować w „maszyny”, które same tę wartość wielokrotnie mnożą.
Natomiast w ideologicznej wierze w pieniądz jako taki, właśnie wiara w jego Die absolute Macht przypomina wiarę religijną. Czy dzisiejsze zbiórki prywatnych podmiotów nie mają w sobie czegoś z dawnych nabożeństw? „Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” – czy odkupienie stworzenia z tej egzystencjalnej niesprawiedliwości, którą widzi człowiek, nie wynika zawsze z zapłaty abstrakcyjnej ceny? Z przelania krwi w religiach starożytnych, z bezkrwawego powtórzenia tego przelania w religii chrześcijańskiej? W tych dawnych formach ideologicznych krew była zawsze tylko ceną za sprawstwo określonych sił wyższych – zdawano sobie sprawę, że krew przelewana jest po to, aby Bóg czy bogowie podjęli określone działania i to od ich woli i sił zależy co dalej – natomiast kult pieniądza jest o tyle irracjonalny, że pomija się możliwości, które posiada. Przypomina to zbieranie określonej sumy jako wznoszenie totemu. Totemizm (jak zauważył Witkacy) nam współczesnym wydaje się właśnie czymś takim nieracjonalnym, czego już dzisiaj nie rozumiemy i pojąć nie możemy, czemu właściwie miał on służyć. Właśnie wiara w moc sprawczą pieniądza jest czymś totemicznym. Nikogo nie interesuje, czy zebrana suma komukolwiek pomoże, ile dzieci będzie mogło zostać wyleczonych, czy posiadamy odpowiednią ilość personelu i technologii, która pozwoli odpowiednio wykorzystać tę wartość pieniężną itd. Media nie śledzą skutków, jakie daje pieniądz w rzeczywistym medycznym, materialnym świecie, w którym ostatecznie może nie dać żadnych zadowalających efektów, ze względu na nieprzewidywalność losu i zawsze niedoskonałą wiedzę medyczną. Nie śledzą też pracy lekarzy, która to praca tak naprawdę może uratować życie, a której nie da się po prostu przeliczyć na pensje – bo to oznaczałoby, że życie człowieka można wycenić. Liczy się tylko totem pieniądza, którego odpowiednia ilość jest sukcesem w samym sobie.
Jednocześnie nie uważam, że uprawnione jest stwierdzenie, że kult pieniądza jest po prostu religią starego typu. Byłoby to spłyceniem. Twierdzę raczej, że istnienie pojęcia abstrakcyjnego, które usprawiedliwia niesprawiedliwość świata jest – żeby spróbować wyrazić to w kantowskiej terminologii – postulatem czystego rozumu, w który wlewa się w różnych epokach różną treść, ale sama treść modyfikuje zarazem formę, w którą się ją wlewa. Forma w tej wierze w pieniądz jest zmodyfikowana np. w ten sposób, że sprawia wrażenie w pełni immanentnej wobec świata, w porównaniu do większości bóstw dawnego typu oraz nie tyle odkupuje świat w pełnym zakresie, ile raczej pozwala człowiekowi wierzyć, że za pomocą pieniądza jest w stanie w pewnym, nawet niewielkim stopniu naprawić świat, obcina więc horyzont zmiany świata. Pozostaje oczywiście w związku z postmodernistycznym zanegowaniem wiary w Wielkie Narracje, tyle że sam pieniądz pozostaje taką Wielką Narracją. I to narracją również w innym sensie. Ponieważ każda wartość ekonomiczna, żeby być wartością potrzebuje ciągłego „dmuchania balonika”, rynki potrzebują ciągle zapewniać o swojej stabilności, żeby kapitał nie odpłynął, a produkty potrzebują zapewniać o swojej luksusowości lub przydatności, żeby zwiększyć swoją cenę.
Często podnoszonym aspektem jest to, że zbiórki charytatywne mają złagodzić społeczne wyrzuty sumienia oraz pokryć dziurę w wydatkach na ochronę zdrowia. Mniej dostrzeganą kwestią jest sam status pieniądza i ideologiczna wiara w jego moc absolutną. Zauważenie pierwszych dwóch, bez zauważenia tego ostatniego jest wciąż pozostawaniem w kręgu wpływu liberalnego sposobu myślenia.
Gabriel Przybyłek
Za krytyczne i pouczające uwagi dotyczące tekstu dziękuję mojej koleżance Ani Borowiak.
Grafika w nagłówku tekstu: Moondance from Pixabay
To absolutne utowarowienie miłości sprytnie podszyte językiem terapii.
Pieniędzy nie ma i nie będzie – dla was!