Do socjaldemokracji zabrakło tylko demokracji

·

Do socjaldemokracji zabrakło tylko demokracji

·

Król i fabrykanci zapewniali pracownikom domy, szkoły, lekarzy i bezpieczną starość.

Jedną z tych społecznych utopii zrealizowano w XVIII wieku pod Neapolem, drugą sto lat później w przemysłowej Lombardii. W obu przypadkach cały świat pracownika zaprojektował właściciel.

Wyobraźmy sobie ofertę pracy, w której pracodawca zapewnia mieszkanie, bezpłatną edukację dla dzieci, opiekę lekarską, zabezpieczenie na wypadek choroby i starości oraz jednakową płacę kobiet i mężczyzn wykonujących te same obowiązki. Inwestuje w kształcenie zatrudnionych, organizuje profilaktykę przeciw ospie, skraca dzień pracy i wspiera osoby, które ze względu na wiek albo chorobę nie są w stanie zarabiać. Buduje domy dla pracowników i skupia wokół produkcji całą lokalną wspólnotę.

Brzmi jak program socjaldemokratyczny albo kampania employer brandingowa firmy, która bogatą ofertą welfare walczy o miejsce w rankingu najlepszych pracodawców.

Tyle, że jest rok 1789. Państwo włoskie jeszcze nie istnieje, Karol Marks urodzi się dopiero za niemal trzydzieści lat, a pracodawcą jest Ferdynand IV Burbon, absolutny monarcha Królestwa Neapolu.

San Leucio, a sto lat później również Crespi d’Adda, były czymś więcej niż typowymi osiedlami robotniczymi. Działały jak opiekuńcze mikropaństwa, w których władca lub fabrykant organizował nie tylko pracę, lecz także znaczną część życia mieszkańców od edukacji, leczenia, po religię, wypoczynek i rozrywkę.

Ta historia komplikuje zarówno wygodną opowieść o postępowej lewicy, jak i bajkę o dobroczynnym kapitalizmie.

Królewska kolonia pod Neapolem

Neapol nie był wówczas południową prowincją jednego kraju, znanego dziś jako Włochy, lecz stolicą odrębnego królestwa. Na wzgórzu San Leucio, niedaleko pałacu królewskiego w Casercie, Ferdynand IV stworzył manufakturę jedwabiu i osadę dla zatrudnionych w niej rodzin.

W 1789 roku zasady pracy i życia w Królewskiej Kolonii San Leucio zapisano w osobnym kodeksie. Na tle epoki szczególnie radykalne były obowiązkowa edukacja dziewcząt i chłopców oraz jednakowa płaca kobiet i mężczyzn wykonujących tę samą pracę. Dzień pracy skrócono do jedenastu godzin, podczas gdy w innych manufakturach pracowano nawet szesnaście. Ten sam kodeks znosił posag, ograniczał manifestowanie różnic majątkowych i regulował sposób ubierania się mieszkańców. Zasadniczo o pozycji człowieka miały świadczyć jego umiejętności i zachowanie, nie bogactwo. W jednym dokumencie spotykały się więc postęp społeczny i daleko idąca ingerencja w życie prywatne. Planowaną rozbudowę kolonii w regularnie zaprojektowane miasto Ferdinandopoli zatrzymały wojny końca XVIII wieku.

San Leucio bywa przedstawiane jako socjalizm przed socjalizmem. To określenie jest efektowne, ale mylące. Wszak pracownicy nie zarządzali manufakturą ani nie decydowali o podziale zysków. Właścicielem ziemi, mieszkań i zakładu pozostawał monarcha, który ustanawiał prawa kolonii i gwarantował jej system pomocy społecznej. Równość była częścią porządku zaprojektowanego dla mieszkańców, nie wywalczonego ani współtworzonego przez nich.

Najbardziej intrygujący w San Leucio jest nie sam katalog świadczeń, lecz właśnie ów polityczny paradoks całego przedsięwzięcia. Prawa mieszkańców były zapisane w kodeksie, ale nie wynikały z ich obywatelskiego współdecydowania. Ich zakres i trwałość zależały od woli monarchy. Pokazał to sam Ferdynand, który ustanawiał w San Leucio oświecone reformy, a po rewolucji neapolitańskiej z 1799 roku sięgnął po egzekucje, konfiskaty i więzienia.

Oświecona opieka i polityczna przemoc nie wykluczały się. Obie wynikały z tej samej nieograniczonej władzy.

Od króla do fabrykanta

San Leucio pozostało lokalnym eksperymentem. Sto lat później podobny model pojawił się ponownie. Tym razem nie pod berłem monarchy, lecz w przemysłowej Lombardii. W Crespi d’Adda króla zastąpił fabrykant.

Pod koniec lat siedemdziesiątych XIX wieku Cristoforo Benigno Crespi uruchomił nad rzeką Adda (okolice Bergamo) zakład włókienniczy i zaczął budować wokół niego miasto fabryczne. Ostateczną formę nadał mu jego syn Silvio. Nie była to bezpośrednia kontynuacja San Leucio, lecz podobieństwo pozostaje uderzające.

Geometryczny porządek Crespi d’Adda bywa interpretowany jako nośnik symboliki masońskiej, choć równie dobrze wpisuje się w dziewiętnastowieczny kult pracy, ładu i postępu. Po jednej stronie głównej drogi znajdowały się fabryka i biura, po drugiej domy robotników. Kierownicy mieszkali w osobnych willach, a nad miastem górował zamek rodziny Crespi. Robotnik, kierownik, ksiądz i właściciel mieli w tej przestrzeni wyznaczone miejsce. Najbardziej wymownym domknięciem tego porządku był cmentarz, do którego prowadziła główna droga. Nad prostymi nagrobkami robotników wznosiło się piramidalne mauzoleum rodziny Crespi, ozdobione symbolami pracy i zwieńczone krzyżem. Jakby całe życie mieszkańca, od szkoły i fabryki aż po śmierć, miało zamknąć się w granicach zakładowego świata. Nawet po śmierci hierarchia pozostawała widoczna.

Jednocześnie mieszkańcy korzystali z warunków daleko wykraczających poza standard robotniczych osiedli epoki. Otrzymywali domy z ogrodami i bezpłatną szkołę. Silvio Crespi wiązał sposób projektowania mieszkań z lojalnością pracowników. Krytykując wielorodzinne budynki przypominające koszary, pisał: „Niech przemysłowiec nie łudzi się, że takim sposobem budowania stworzy przywiązaną do zakładu siłę roboczą”. Robotnik miał otrzymać osobny dom z ogrodem, przestrzeń dla rodziny i spokój po dniu pracy.

Mieszkańcy mieli również do dyspozycji teatr, orkiestrę, zajęcia kulturalne, parki oraz miejsca zabaw dla dzieci. Z czasem powstało rozbudowane centrum sportowe z boiskiem, kortem tenisowym i welodromem, a także bezpłatny basen z ciepłą wodą.

W miejscowej klinice wykonywano bardzo zaawansowane wówczas zabiegi chirurgiczne, działały też pracownie radiologiczna i diagnostyczna. Leczenie było bezpłatne, a w poważniejszych przypadkach rodzina Crespi na własny koszt sprowadzała najlepszych specjalistów z mediolańskich szpitali. Elektrownia wodna zapewniała mieszkańcom darmową energię.

Miasto oferowało bezpieczeństwo niemal od dzieciństwa po starość. Każdy element tego bezpieczeństwa prowadził jednak z powrotem do fabryki.

Dom z ogrodem, pracownik na miejscu

Rozbudowane świadczenia wiązały pracowników z zakładem, ograniczały rotację i zmniejszały ryzyko konfliktów. W dzisiejszej prezentacji HR pojawiłyby się zapewne jako strategia retencji i sposób na obniżenie attrition. Crespi bez korporacyjnego kamuflażu mówił o „przywiązanej do zakładu sile roboczej”.

San Leucio było królewską manufakturą oświeconego absolutyzmu, Crespi d’Adda prywatnym miastem przemysłowym rozwijającego się kapitalizmu. Łączyła je jednak ta sama intuicja – bezpieczeństwo pracownika służyło stabilności produkcji. Jednocześnie sprawiało, że miał on więcej do stracenia. Paternalizm nieprzypadkowo odwołuje się do figury ojca. Właściciel zapewniał bezpieczeństwo, ale ustalał również jego warunki. Zależność nie kończyła się przy bramie fabryki. Utrata pracy mogła oznaczać utratę domu, szkoły dla dzieci i innych świadczeń, ale też miejsca w lokalnej wspólnocie.

Czy Włosi wymyślili owocowe czwartki?

Od królewskiej kolonii nie prowadzi żadna prosta linia do karty sportowej i pakietu prywatnej opieki medycznej. Łączy je jednak bezpieczeństwo realne, lecz warunkowe. W San Leucio gwarantowały je prawa nadane przez monarchę, w Crespi d’Adda przynależność do fabrycznego świata, a dziś firmowy welfare trwa zazwyczaj tak długo jak zatrudnienie. Prawa socjalne znikają ostatniego dnia pracy. A nie powinny.

Zanim korporacje zaczęły mówić o employee experience, burbońscy monarchowie i fabrykanci projektowali je w skali całego miasta. Nie oferowali karty sportowej, lecz budowali bezpłatny basen. Zamiast pakietu prywatnej opieki medycznej utrzymywali własną klinikę z zaawansowanym zapleczem. Więc być może Włochy dały światu nie tylko espresso, operę i dolce vita. W San Leucio i Crespi d’Adda zbudowano socjaldemokratyczny sen, zanim powstała socjaldemokracja, oraz firmowy welfare, zanim pojawiły się korporacje. Do pierwszego brakowało tylko demokracji, do drugiego angielskiej nazwy i prezentacji dla zarządu.

Sara Chironi

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Crespi d’Adda, fot. Ian Spackman, 2007, https://it.wikipedia.org/

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie