Alojzy Bonczek: Ciągle w ogniu walki (1932)
Górnicy po wiecu i zakończeniu strajku długi czas przypominali sobie odwagę, zręczność i nadzwyczaj zimną krew swojego kochanego Tadzia.
„A nie może ktoś pani pomóc?”. W tym zdaniu mieszczą się samochód, wolny dzień, opieka nad dzieckiem i para rąk do podniesienia dorosłego człowieka. Wszystko bezpłatne, dostępne od jutra. Wystarczy znaleźć właściciela.
Wyobraźmy sobie następującą sytuację. Kobieta dostaje termin wizyty lekarskiej w sąsiednim mieście. Dojazd komunikacją publiczną nie pozwala jej zdążyć, wrócić i odebrać dziecka. Przez telefon słyszy radę, żeby kogoś poprosiła. Dzwoni więc do siostry. Siostra zamienia zmianę z koleżanką. Koleżanka prosi partnera, by tego dnia zawiózł ich dziecko do szkoły. Partner zaczyna pracę później i będzie musiał odrobić godzinę. Wizyta się odbywa.
Z perspektywy placówki problem został rozwiązany. W systemie można odnotować obecność pacjentki. Siostry, koleżanki, partnera i ich poprzesuwanych dni nie trzeba nigdzie wpisywać. Przyjadą do domu zmęczeni, podziękują sobie, może następnym razem pomogą w drugą stronę. Przecież tak właśnie robią bliscy.
Cała ta pomoc jest prawdziwa i cenna. Problem zaczyna się wtedy, gdy organizator usługi traktuje ją jako zasób, którym może dysponować, choć nigdy nie zapytał jego właścicieli o zgodę.
Ktoś, czyli kto?
W zdaniu „proszę kogoś poprosić” osoba pomagająca pozostaje bez właściwości. Nie ma własnej pracy, chorego kręgosłupa, ograniczonego urlopu ani szefa, który już krzywo patrzy na kolejne zamiany. Nie trzeba wiedzieć, ile kosztuje paliwo i czy jej samochód przejdzie przegląd. „Ktoś” jest zawsze w pobliżu i może.
Osoba, która radzi poprosić, często naprawdę chce pomóc. Pracownica rejestracji nie ustala rozkładu autobusów, nie tworzy miejsc w przedszkolu i nie ma drugiego kalendarza wizyt dla pacjentów z trudnym dojazdem. Podsuwa jedyną możliwość, którą widzi. Jej życzliwość łagodzi sytuację, której sama nie zaprojektowała.
Warto jednak przyjrzeć się chwili, w której kończy się zakres odpowiedzialności instytucji, a zaczyna prywatne poszukiwanie ratunku. Termin został zaoferowany. Świadczenie jest dostępne. Adres się zgadza. Cała reszta ma się wydarzyć pomiędzy ludźmi.
Jeżeli pacjentka przyjedzie, placówka potwierdzi swoją dostępność. Jeżeli nie przyjedzie, pozostanie odwołana lub niewykorzystana wizyta. Bez pytania o przyczynę łatwo uzyskać obraz, w którym usługa działa, a zawodzi korzystający z niej człowiek. W obu wariantach warunki dotarcia mogą pozostać poza oceną.
Tymczasem właśnie tam rozstrzyga się nierówność. Dwie osoby z takim samym skierowaniem i podobnym dochodem nie muszą mieć podobnych możliwości. Jedna ma siostrę z samochodem, druga samotnego ojca, którym sama się opiekuje. Pierwsza uruchomi telefonem kilka godzin cudzej pracy. Druga będzie musiała je kupić albo z czegoś zrezygnować.
O dostępie do usługi współdecyduje wtedy zasób, którego nie widać w jej regulaminie: liczba ludzi, którzy mogą przerwać własny dzień.
Rachunek bez faktury
Pomoc nie przestaje kosztować dlatego, że nie wystawiono za nią rachunku. Trzeba ją wykonać w konkretnych godzinach i konkretnym ciałem. Dziecka nie odbierze wdzięczność. Schodów nie pokona dobre wychowanie córki. Życzliwość sąsiada nie zatankuje samochodu.
Główny Urząd Statystyczny w badaniu „Budżet czasu ludności w 2023 r.” uwzględnia czas poświęcony na pracę domową, opiekę i pomoc innym gospodarstwom. Publikacja obejmuje również wycenę nieodpłatnej pracy gospodarstw domowych, między innymi przygotowywania posiłków, sprzątania i opieki nad dziećmi oraz dorosłymi [Główny Urząd Statystyczny, „Budżet czasu ludności w 2023 r.”, 2025; opis badania „Budżet czasu ludności (BCL)”: https://stat.gov.pl/badania-statystyczne/badania-ankietowe/badania-spoleczne/budzet-czasu-ludnosci-bcl/; publikacja: https://stat.gov.pl/files/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultaktualnosci/5486/36/1/1/budzet_czasu_ludnosci_2023_2.pdf]. Mamy więc narzędzia, by dostrzec ekonomiczną wartość czynności, które w codziennym języku mieszczą się w słowie „pomagam”.
W globalnych szacunkach Międzynarodowej Organizacji Pracy za 2023 r. obowiązki opiekuńcze stanowiły przyczynę pozostawania poza siłą roboczą dla 708 milionów kobiet i 40 milionów mężczyzn. Szacunki opublikowane w 2024 r. oparto na danych ze 125 krajów [International Labour Organization, „Unpaid care work prevents 708 million women from participating in the labour market”, 29 października 2024, https://www.ilo.org/resource/news/unpaid-care-work-prevents-708-million-women-participating-labour-market. Dane za 2023 r. odnoszą się do osób w wieku co najmniej 15 lat]. To nie jest statystyka opisująca samą Polskę ani dowód, że każda z tych osób została pozbawiona odpowiedniej usługi publicznej. Pokazuje jednak, dlaczego nie wolno traktować opieki jako drobnego dodatku do gospodarki. Miliony ludzi wykonują pracę, która ogranicza lub wyklucza możliwość podjęcia innej, płatnej.
Wróćmy do skali jednej rodziny. Dorosła córka ogranicza liczbę godzin w pracy, żeby być przy matce. Początkowo to rozwiązanie przejściowe. Później okazuje się najłatwiejsze do utrzymania, bo już działa. Rodzeństwo przyzwyczaja się do nowego podziału, pracodawca do mniejszej dyspozycyjności, sama córka przestaje brać pod uwagę niektóre oferty zatrudnienia. Koszt rozkłada się na kolejne miesiące: mniejszy dochód, utracone możliwości, własne sprawy odłożone do chwili, kiedy będzie luźniej.
Gdy taka organizacja zastępuje usługę, której brakuje, oszczędność instytucji ma drugą stronę. Ktoś dopłaca do niej własnym życiem zawodowym. Wydatek znika z jednego budżetu i pojawia się w drugim, rozpisany na raty, których nikt nie zestawia.
Przysługa na stałym dyżurze
Przysługa zakłada możliwość odmowy. Można dzisiaj nie mieć czasu, zachorować, wyjechać. Wzajemna pomoc potrzebuje tej swobody, bo inaczej stopniowo zmienia się w obowiązek przypisany osobie, która raz się zgodziła.
Jeśli sąsiadka odbiera dziecko raz, ratuje trudny dzień. Jeśli ma odbierać je przez cały rok, bo godziny pracy rodzica rozmijają się z godzinami opieki, staje się częścią stałej organizacji życia. Tyle że ta organizacja nie zapewnia jej zastępstwa, wynagrodzenia ani urlopu. Nadal nazywa się ją dobrą sąsiadką i liczy, że określenie wystarczy.
Granica ujawnia się szczególnie wyraźnie, gdy pomagający próbuje się wycofać. Dotąd był chwalony za oddanie. Teraz musi wyjaśnić, dlaczego nie może jeszcze trochę. Potrzeba pozostała, alternatywy nie przygotowano, więc jego odmowa wygląda jak przyczyna kryzysu. Łatwiej zobaczyć człowieka, który przestał pomagać w poniedziałek, niż wielomiesięczny brak rozwiązania, które mogłoby go zastąpić.
W ten sposób dobra wola staje się zastawem. Im więcej komuś zawdzięczamy, tym trudniej pozwolić mu odejść od zadania. Najbardziej niezawodni są szczególnie narażeni: ich przeciążenie przez długi czas nie zakłóca działania całości. Jako pierwsi rezygnują z własnego odpoczynku, więc inni najpóźniej zauważają, że dzieje się coś złego.
I nie jest to wyłącznie kwestia braku wdzięczności. Można kochać siostrę opiekującą się matką, szczerze jej dziękować i nadal korzystać z układu, w którym jej czas jest mniej chroniony od naszego. Podziękowanie nie przychodzi na zastępstwo.
A jeśli nie ma kogo poprosić?
Nie każdy ma rodzinę w pobliżu. Nie każda rodzina jest bezpieczna. Nie każdy znajomy ma samochód, zdrowie czy pracę pozwalającą na wyjście w środku dnia. Bywa również, że wszystkie dostępne przysługi zostały już wykorzystane. Człowiek nadal zna ludzi, lecz nie potrafi po raz kolejny zadzwonić z prośbą.
Pomoc ma także koszt relacyjny. Trzeba opowiedzieć o swojej sytuacji, odsłonić brak pieniędzy, uzasadnić potrzebę. Niekiedy przyjąć komentarz, na który nie ma się ochoty. W trudnej relacji prośba może przywrócić zależność, z której ktoś długo próbował się wydostać. Usługa dostępna bez pośrednictwa bliskich chroni więc również możliwość decydowania, komu i ile chcemy o sobie powiedzieć.
Nie oznacza to, że wspólnota powinna przestać sobie pomagać. Sprawna opieka, transport czy wsparcie w codziennym funkcjonowaniu mogą właśnie ocalić relacje przed przeciążeniem. Córka mogłaby odwiedzić matkę także po to, żeby z nią posiedzieć, bez listy czynności zajmujących całą wizytę. Sąsiadka mogłaby zgodzić się na odebranie dziecka, wiedząc, że jej jednorazowe „tak” nie podpisuje zobowiązania na resztę roku.
Owszem, usługi publiczne też wymagają pieniędzy, pracowników i rozsądnego ustalania priorytetów. Nie każdą niedogodność da się usunąć. Nie każdą potrzebę można zaspokoić natychmiast. Ten argument powinien rozpoczynać uczciwy rachunek, w którym uwzględnia się również koszt pozostawienia sprawy rodzinie. Zestawienie płatnej usługi z rzekomo bezkosztową pomocą córki fałszuje wybór już na starcie.
Pomogłoby proste pytanie zadawane przy organizowaniu usług: czy może z nich skorzystać osoba, która nie ma bezpłatnego kierowcy, opiekuna ani pełnomocnika? Gdy odpowiedź brzmi „nie”, trzeba nazwać brakujący element. Może nim być transport, opieka w określonych godzinach, dostępna pomoc w załatwieniu sprawy. Dopiero wówczas widać, co naprawdę kosztuje realizacja publicznej obietnicy.
Nie wystarczy przy tym znaleźć kolejnych źle opłacanych kobiet, które przejmą zadania przeciążonych krewnych. Dostępna opieka wymaga godnych warunków dla osób, które ją wykonują. Inaczej ciężar zostanie przesunięty jeszcze raz, a o oszczędności ponownie zdecyduje czyjaś ograniczona możliwość odmowy.
Warto też słuchać tych, którym nie udało się dotrzeć. Rezygnacja z wizyty, kursu czy oferty pracy nie musi oznaczać braku zainteresowania. Czasem jest końcem długiego szeregu telefonów, po których nikt nie mógł pomóc. W zestawieniu zostaje jedna nieobecna osoba. Nie widać, ile prób poprzedziło jej nieobecność.
Kobieta z początku tekstu wróciła z wizyty i podziękowała siostrze. Wieczorem ustaliły, jak odwdzięczyć się za zamianę zmiany. Sprawa została załatwiona. Można by zamknąć opowieść pochwałą rodzinnej solidarności.
Zostańmy jednak chwilę przy siostrze. Jutro idzie do pracy. Jej własna zaległa wizyta nadal czeka na umówienie. Jeszcze nie wie, kogo poprosi.
Kiedy instytucja mówi: „proszę kogoś poprosić”, powinna przynajmniej umieć odpowiedzieć na następne pytanie: a kto pomoże temu komuś?
Justyna Majewska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Elisa from Pixabay
Górnicy po wiecu i zakończeniu strajku długi czas przypominali sobie odwagę, zręczność i nadzwyczaj zimną krew swojego kochanego Tadzia.
Tym, co rządzi jego widzeniem świata i opisem są gniew i poczucie porażki, pozwalające widzieć to, czego nie widzą zadowoleni i wygrani.