Głos „Lódu”

·

Głos „Lódu”

·

Inwektywy na usługach polityków i publicystów są nieodzowną częścią rytuału, zwanego debatą publiczną. Są wśród nich takie, które budzą natychmiastową reakcję w obozie przeciwników i te, którym towarzyszy jedynie głuche echo. Stanowią dobro narodowe, choć pośledniejszego gatunku. Moherowe berety, łże-elity, wykształciuchy, socjalistyczna hołota – zabawy słowem zasilają wyobraźnię masową, pomagają w zdefiniowaniu wroga politycznego, samoidentyfikacji, nierzadko służą jako narzędzie terapii grupowej. Są wielkim dobrodziejstwem wydrążonej demokracji, pozbawionej jakiejkolwiek szansy na radykalną zmianę społeczną – za sprawą interaktywnych mediów czynią słyszalnym dysortograficzny „Głos Lódu”. Tam, gdzie nie wznosi się barykad i nie świszczą kule, pozostają słowa powtarzane jak różaniec.

Oszczerstwo, obok powietrza, jest dziś jednym z niewielu dóbr, których wespół używają decydenci i masy. Tym pierwszym inwektywa pomaga zrzucić z siebie ciężar wyjaśniania złożoności gier politycznych, w jakich uczestniczą i skomplikowanych procedur rządzenia. Tym drugim pozwala czuć się współuczestnikami wydarzeń politycznych, współobywatelami świata bogów, których siedziba mieści się, hen, w chmurach. Gdy zatem człowiek w podniszczonym płaszczu, stojący w deszczu na przystanku tramwajowym ogłasza wszem i wobec, że polityk X jest głupi, nie tyle wyraża obiektywny sąd o tym panu, co zgłasza swój akces do życia publicznego. Podobnie, gdy ucinam sobie z kioskarzem miłą pogawędkę na tematy, które obaj znamy tylko z mediów, oprócz niewątpliwej przyjemności rozmowy towarzyszy nam poczucie, że chcąc nie chcąc wypełniamy swój obywatelski obowiązek. Ponieważ trudno nam naocznie ocenić partyjne gry, ekonomiczne naciski lobbystów, trudne moralne wybory warszawskich dziennikarzy – z pewną dezynwolturą, ale przecież dla dobra sprawy wydajemy z siebie głos. Tak bardzo ceniony w demokracji Głos Lódu. A że trudno nam obiektywnie ocenić stan rzeczy, posługujemy się sądem wartościującym, który znacznie ułatwia sprawę.

Odnoszę wrażenie, że tylko hipokryci, skrajni naiwniacy lub ludzie bez serca mogą ubolewać, iż jejmościanka inwektywa ma się dziś tak dobrze. Wykształciuchom nie zaszkodzi, jeśli ktoś im przyłoży słowem jak cepem. Także ich przeciwnikom beret z głowy nie spadnie, gdy usłyszą parę cierpkich i niczym nie usprawiedliwionych słów pod swoim adresem. Sceptyk powie, że inwektywa więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Zapewne, ale co z tego, skoro alternatywą jest głucha cisza? Inwektywa jest bliźniaczą siostrą mitów narodowych, a te, mimo wszelkich prób demistyfikacji, mają się dobrze i wciąż podtrzymują wątły szkielet samoświadomości narodowej. Jest w tym jakaś fatalność, że świat społeczny budujemy na uproszczeniach, ale jeśli przyjąć, że wolność to uświadomiona konieczność – nie stać nas na nic więcej, niż ironiczne przyzwolenie: pogodzenie się z rzeczywistością.

Ekskluzywny, nowolewicowy projekt walki z uprzedzeniami, mitami narodowymi itp. przypadłościami „zacofanych społeczeństw”, choć określa się mianem racjonalnego dyskursu i dąży do reedukacji mas w duchu poprawności politycznej, to dla ogółu nie mniejszy bełkot, niż majaczenia wariata. I podobnie izolowany na łamach kilku periodyków. Jego fiasko ujawnia się w chwili, gdy trzeba masom przedstawić swoją opinię i pognębić przeciwnika. Wtedy filozofka, Magdalena Środa, oskarża swych prawicowych oponentów, że w piwnicy malują swastyki na ścianach, na co jej adwersarz, Artur Zawisza, odpowiada, że urządza sabaty czarownic. Kalumnia wraca do łask jako niezbędne narzędzie w politycznym sporze, napięcie rośnie, widownia wydaje nieartykułowane dźwięki a racjonalny dyskurs za pośrednictwem mediów elektronicznych, tej współczesnej wersji agory, odkłada się na później, czyli – mówiąc mniej eufemistycznie – na świętego Nigdy.

Chwalmy potęgę inwektywy, lecz nie traktujmy jej zupełnie serio. Chwalmy spoty z pustymi lodówkami, dziadków w Wehrmachcie, oskarżenia o kaczyzm i klerofaszyzm; chwalmy internetowe blogi, świątynię egalitaryzmu, gdzie zamiast cherubów fruwają czasem myśli wzięte z sufitu, a logikę zastępują sylogizmy. Ceną za to jest zgoda na sporą dawkę prostactwa i banału; zagrożenie manipulacją. Ale – by twórczo rozwinąć myśl klasyka – życie to nie Wersal. Jeśli można pokazać przeciwnikowi zęby, to znak, że jeszcze ich nie wybito. Oczywiście, kto nie chce poprzestać na rzucaniu inwektyw jako formie współuczestnictwa w życiu społecznym, ten może zmieniać kawalątek świata wokół siebie – pracując w hospicjum, pedałując w Masie Krytycznej, organizując sąsiadów do zbierania psich kup ze skwerku, podrzucając płonące żagwie w teatrze ulicznym. Lecz, ostatecznie, w chwili bezradności i tak westchnie: „ale głupi ci ludzie”. A czujne echo chętnie powtórzy i zwielokrotni jego głos. Lepiej być tego świadomym, by później nie popaść w czarnowidztwo. Cała sztuka: zmieścić swój szept gdzieś między Głosem Ludu i Głosem Lódu i nie grymasić, że jedno bez drugiego nie ma racji bytu.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie