Za, a nawet przeciw. Filozofia polityczna III RP
Od początku transformacji otrzymaliśmy wiele przykładów, że wykluczanie ludzi, którym strukturalnie nowy ład dał się we znaki, odbywało się przy użyciu nośnych insynuacji: to rozpita, leniwa hołota, co to ani firmy nie założy, ani roboty nie poszuka. Ile osób spośród tej hołoty, ilu ludzi z tych nizin na emigracji zarobkowej odnalazło się jako pełnoprawni pracownicy, którzy ułożyli sobie życie na obczyźnie, choć nie tak rzadko za cenę rozpadu rodzin – opinia publiczna raczej się nie dowie. Zresztą, opinia publiczna w Polsce coraz częściej jest od tego, żeby „j…ć islamistów”, krzyczeć „ZUS na okrada” i przedstawiać jako cudowne lekarstwo na patologie społeczno-gospodarcze hasełka „zausz firmę”, a nie od tego, żeby racjonalnie opisywać rzeczywistość. To już nie jest tak, że to tylko „telewizja kłamie”, że z wozów TVN rozpyla się miraże, że Lis i Kraśko wychodzą z kątów i szczają nam do garnków jak te mrożkowe karzełki – więc nic się nie udaje. To jest tak, co dobrze widać po jakości debaty internetowej, w której nikt już przecież nie przeszkadza mówić ludowi własnym głosem, że schizofrenia narodowa, dysfunkcjonalne „za, a nawet przeciw” to standard. Kto na tym wygra? Wielki kapitał. Kto przegra? Większość Polaków, czasem nawet ci, którzy potrafią rozpychać się łokciami. Bo pękną im kości i skóra na łokciach, gdy spotkają silniejszych od siebie, albo gdy z przyczyn różnych nie będą już mogli wywiązywać się ze swoich finansowych zobowiązań względem skrajnie urynkowionego świata.
Patronite
