Prof. Monika Kostera: Twarzą w twarz ze wszystkim – teraz

·

Prof. Monika Kostera: Twarzą w twarz ze wszystkim – teraz

·

Prawie wszystkie moje dotychczasowe felietony dotyczyły rzeczy poważnych, smutnych, wstrząsających – mimo mojej zapowiedzi w pierwszym z nich, że będzie o tańcu i rewolucji. Więc niech choć ten będzie lekki, bardziej do tańca niż do płaczu. Chciałabym w nim opowiedzieć o tym, dlaczego spotkanie twarzą w twarz ze sztuką jest ważne i że wnosi coś, czego nie są w stanie wnieść ani kebab, ani ośmiorniczki.

Oczywiście, będzie też o tym, że kapitalizm jest systemem ucisku i udręki – jestem jedną z tych osób, które nie są w stanie powstrzymać się od wymyślania kapitalizmowi nawet na najweselszej imprezie (cud boski, że istnieją nadal ludzie, którzy mnie na imprezy zapraszają… serio, chciałabym skorzystać tu z okazji i powiedzieć, że jestem Wam bezgranicznie wdzięczna – z Wami da się przeżyć nawet kapitalizm! A jak by się fajnie budowało razem socjalizm…).

„Czarny księżyc” – Karolina Matyjaszkowicz

Zmarły niedawno wielki szwedzki socjolog Johan Asplund pisał o osobistym spotkaniu ze sztuką, że jest ono intensywnym przeżyciem obecności, tak samo jak spotkanie drugiego człowieka, doświadczeniem niedającym się sprowadzić tylko do doznań przyjemności czy zaciekawienia. Dlatego, mówi Asplund, robi to tak wielką różnicę, czy mamy do czynienia z fałszerstwem, nawet technicznie bardzo sprawnym, czy z oryginałem. Nie chodzi bowiem nawet o doskonałość przedstawienia czy o talent wykonania. Liczy się co innego – moment otwarcia nowych drzwi w rozpoznanej codzienności, stanięcie w obliczu tego czegoś, co twórca spotkał i co kierowało jego czy jej ręką, mięśniami, okiem, myślą, ciałem, w procesie tworzenia, który jest jednocześnie bardzo fizyczny i całkiem niepojęty. Asplund podaje przykład mistrzowskiego fałszerstwa obrazu Vermeera dokonanego przez Hana van Meegerena, który przyznał się do oszustwa wbrew opiniom ekspertów, nadal utrzymujących przez jakiś czas, że praca musi być oryginałem. Jednak obraz stracił swoją moc, i wcale nie chodzi tylko o cenę, a już na pewno nie o techniczne czy nawet estetyczne walory. Eksperci upierali się przy wysokiej ocenie materialnej strony dzieła. Dzieło nie przestało być wybitne. Jednak przestało być punktem przejścia obecności, drzwiami między czymś większym od nas a naszymi zmysłami.

Brytyjski dziennikarz i aktywista głębokiej ekologii Dougald Hine pisze o tym doświadczeniu jako o tajemnicy, stopniowo spłaszczanej i trywializowanej przez oświeceniowy racjonalizm, aż do obecnego momentu, gdy właściwie dokonało się całkowite unieważnienie kategorii tajemnicy i misterium, wręcz stabuizowanie jej w społecznych rozmowach o widzeniu, rozumieniu i doświadczaniu rzeczywistości, także sztuki. Właściwie tylko dzieci zdolne są do takiego widzenia, co nie znaczy, że trzeba mieć cztery lata, by rozumieć sztukę. Nie, zadziwione dziecko jest w każdym z nas, choć zbyt często siedzi zahukane w kąciku świadomości, osaczone ględzeniem o konieczności, o dorosłości, o niedaniu się inaczej, o słuszności. Ta codzienna nasza przemoc powszechna blokuje i zagradza drogę do tego, co jest nierozłączną częścią naszego bycia ludźmi. Część to bardzo ważna, bo, choć jest małym ziarnkiem, to pozwala zaczynać od nowa, nie niszcząc nikogo, dawać – nie odbierając. Wewnętrzne dziecko jest zaprzeczeniem kapitalizmu.

„Kwiaty i gwiazdy” – Karolina Matyjaszkowicz

Dlatego kapitalizm robi wszystko, by je zniewolić i zastąpić wyrobem zastępczym. Co takiego daje zamiast? Branding i marki, o których pisałam w poprzednim felietonie. Prawa autorskie i wyceny. Oscar Wilde powiedział przeszło sto lat temu, że „Ludzie znają dziś cenę wszystkiego, nie znając wartości niczego” i ten sposób doświadczania rzeczywistości rozwinęliśmy w neoliberalnym kapitalizmie do perfekcji. Wartość jest utożsamiana z ceną. Wszystko jest produktem, albo nie istnieje wcale. A jednak nie opisuje to kondycji ludzkiej, także w odniesieniu do sztuki, i wiemy o tym nawet jeśli nie umiemy o tym mówić. Istnieją artyści i dzieła, które poruszają nas na wiele sposobów wymykających się obowiązującej płaskiej interpretacji świata.

Sztuka, która nie jest tylko estetyką lub kodem wywodzącym się z kapitału społecznego czy kulturowego, nieskierowana wyłącznie do klasy średniej, a więc klasy posiadaczy tego kapitału. Sztuka niepolegająca na protekcjonalnym karmieniu klasy pracującej produktami opartymi na tych samych zasadach co disco polo czy lepkie hamburgery masowo produkowane przez megakorporacje. Sztuka żywa, która dotyka i porusza zwykłych ludzi, ludzi wykształconych, nieposiadających i aspirujących do posiadania, nie tylko swoją estetyką, nie tylko prowokując czy konfrontując z lękami lub uprzedzeniami, ale wywołując niedającą się łatwo opisać obecność.

„Wieszczki” – Karolina Matyjaszkowicz

Nie będę tu proponować przeglądu takiej sztuki ani próbować udawać, że jestem w stanie przedstawić nawet wybitnie uproszczony przegląd. Będę typową uczoną od zarządzania (jak to się mówi jednym słowem? na wzór takich nazw jak socjolożka, psycholożka, geograf? może – zarządzaczka; tak mówią studenci, tak jest przekonująco) i zastosuję studium przypadku. Opowiem o jednej artystce, która posłuży jako przyciągający uwagę przykład, będący czymś więcej niż przykładem – kluczem do zjawiska.

Polska malarka Karolina Matyjaszkowicz, zamieszkała w Łowiczu i wywodząca się z ziemi łowickiej, tworzy dzieła, o których wiem na pewno, że przemawiają do bardzo różnych odbiorców, z klas wyższych i z klasy pracującej. Jej obrazy tryskają barwami i symboliką wysnutą z łowickiej sztuki ludowej i ludowej wyobraźni. Część mojej rodziny pochodzi z tego regionu Polski i odnajduję znakomicie te ścieżki snów i marzeń, którymi rozkwitały łowickie wesela, odpusty, te melodie, które śpiewała moja babcia Weronika, robiąc wąziutki makaron, te bajki, które opowiadała ciocia Marysia lekko przerażonej i mocno zachwyconej dziatwie, te barokowe wnętrza lokalnych kościołów, a szczególnie niesamowitej bazyliki katedralnej, która inspirowała i zadziwiała pokolenia łowiczan. Każdy obraz Matyjaszkowicz jest wszystkim tym: melodią, opowieścią, dekoracją weselną i czymś jeszcze, co chwyta uwagę i podróżuje potem z nami do środka naszego świata, bo zawsze tam było, jest prawdziwe tak samo, jak prawdziwe jest płótno, na którym malarka zostawia ślady swoich spotkań z tym czymś, z tajemnicą. Patrząc na oryginały – reprodukcje są piękne, ale nie mają tego efektu – chce mi się opowiadać dziwne historie, one właściwie same przepływają przez moją głowę, są nie do powstrzymania.

„Światy odmienne” – Karolina Matyjaszkowicz

Pracujemy teraz razem z Karoliną nad zbiorkiem bajek powstałych właśnie w ten sposób. Ona otwiera swoimi obrazami źródełko, z którego czerpiemy obie ogromny dostatek treści, obrazów i słów, czujemy się tak jak wtedy, gdy jako małe dziewczynki stałyśmy (nie razem, ale jakby razem) oniemiałe w łowickiej bazylice i gapiłyśmy się w symbole, które zdawały się nie mieć końca, przekształcać się, wypełzać zewsząd, jak byśmy były w samym środku wielkiego, nieprawdopodobnego rogu obfitości. To jest miejsce mocy, które nie ma ceny. Można przyjść i stanąć w samym środku, a przepłynie przez nas coś większego, niż my sami, do czego słowo „własność” ma się nijak, tak jak pierdnięcie do Komety Halleya. Matyjaszkowicz często tam staje i tworzy: z baroku, ale bez nostalgii, z folkloru, ale bez Cepelii (jednak nie odżegnując się od jednego ani od drugiego, nie spoglądając na nie z góry) i jest to sztuka nie tylko o pięknie, choć ono jest tam widoczne dla każdego, ale o marzeniach, o kościach, o śmierci, o pożądaniu, o tym, kim jesteśmy, gdy nikt nie patrzy.

Nie, to nie artystów, nie sztuki nam brakuje, to wszystko jest. Brakuje nam języka, przestrzeni do rozmawiania o tym. Ach, jak bardzo przydałby się polski John Berger! Ten wywodzący się z brytyjskiej klasy pracowniczej – i do końca życia jej wierny – krytyk sztuki, autor, artysta i wizjoner, miał odwagę, by mówić o nienazwanym i niepojętym bez protekcjonalności, bez upraszczania, racjonalizowania, ale także bez mieszczańskiego zadęcia i zadufania w elitarności znaczeń i symboli. Syn klasy pracowniczej pisał o sztuce językiem daru, inspiracji, tłumaczył, że ona jest świadkiem, że życie jest większe, niż przewidują kanony i tradycje, że miary i wyceny mają się nijak zarówno do treści, jak i formy. Rozumiał aż zbyt dobrze, że na ogół dyskursy o sztuce – burżuazyjne – budowane są z tego, co jest lub może być zawłaszczone na różne sposoby, czy to jako własność materialna, czy jako symboliczna przemoc polegająca na wykluczaniu, odcinaniu, marginalizowaniu tych, którzy należą do innych klas i innych symbolicznych kosmosów.

„Przeczucie” – Karolina Matyjaszkowicz

Berger podkreślał, że dzieło przeciętne, poprawne, tworzone jest cynicznie, w zgodzie z tym, co twórca ocenia jako posiadające właściwe wartości i język, mogące trafić do istotnych odbiorców. Dzieło wybitne wymaga oddania, pojawia się wtedy, gdy artysta bardziej ceni sens i znaczenie tego, co tworzy, niż względy wynikające z takiej wyceny. Prace komercyjne, nieoryginalne, są produktem rynku. Być artystą to nie znaczy być kimś lepszym, doskonalszym niż otoczenie. To znaczy patrzeć w innym kierunku niż ono, zauważa Dougald Hine w swoim eseju o Bergerze, którego miał szczęście znać osobiście i siedzieć z nim razem przy stole. Te rozmowy, jak mi wyjaśnił Dougald podczas naszego spotkania w Sztokholmie (też przy wspólnym stole), były dla niego bardzo cenne i miał wrażenie takiej niezwykle ważnej ich prawdziwości.

Amerykańska pisarka Ursula LeGuin porównuje w „Czterech drogach ku przebaczeniu” rozum do sieci zarzucanej na ocean. Prawda, którą przynosi, jest tylko fragmentem, cząstką, błyśnięciem tego, co jest całą prawdą – nieskończoną, nieogarniętą. Ludzka wiedza jest wycinkowa, lokalna, w gruncie rzeczy arbitralna – co nie znaczy, że nieistotna, nieważna. Wręcz przeciwnie, każde ziarnko prawdy jest odzwierciedleniem tego czegoś wielkiego i niepojętego, o ile zaczerpnięte jest z głębi oceanu i o ile ma sens, a nie tylko cenę. Spotkanie ze sztuką daje możliwość doświadczenia jakiejś lokalnej prawdy w chwili, gdy się rodziła w człowieku, który ją tworzył, ale także otwiera drzwi na bezgraniczne, nieskończone źródło całości, nie odbierając przy tym widzowi rozumu i jej czy jego sobą nie miażdżąc. Dougald Hine kończy swoje wspomnienie o Johnie Bergerze takimi słowami: „Grupa nieznajomych osób siedzi przy stole i wspólnie je posiłek. Przybysz opowiada historię przy ognisku. Przychodzi ci na myśl cytat, który słyszałeś w dzieciństwie, o tym, że wystarczy, by dwoje czy troje zgromadziło się razem”.

„Południca” – Karolina Matyjaszkowicz

Nic dziwnego, że biznes sztuki nie rozumie, że rządy się jej boją. Spotkanie twarzą w twarz to moc bez granic, przy której wszelka władza ludzka jest śmieszna – takie spotkanie to nieskończone bogactwo, całkiem za darmo.

prof. Monika Kostera

W tekście za wiedzą i zgodą Autorki zamieszczono prace Karoliny Matyjaszkowicz. W nagłówku tekstu znajduje się praca pt. „Łowczyni komet”.

 

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie