Moja rodzina i ja. Z klasy ludowej do średniej

·

Moja rodzina i ja. Z klasy ludowej do średniej

·

Wychowałem się na warszawskim Gocławiu, w 1989 miałem 4 lata, jestem świadkiem awansu klasowego mojej mamy, a choć z tatą nadal mieszkają razem, to o nim nie powiedziałbym, że awansował. Ale najpewniej go nie doceniam. To jednak tata zaszczepił we mnie ideę czytania książek, która przez długi czas przeczyła mojemu doświadczeniu – on nie czytał, tylko „Wyborczą” w piątki. Idea jednak tliła się we mnie podtrzymywana przez niego, co skutkowało sporadycznym sięganiem po książki (a na półkach serie o Tomku i o Panu Samochodziku) a w liceum pełną parą połączyła mnie z rzeczywistością inteligencką, nie tylko samego czytania, ale także przeżywania i odnoszenia do siebie oraz – pisania na własną rękę.

Jako socjaliście parzy mi trochę mordkę ten poprzedni akapit afirmujący wartości inteligenckie i awans klasowy. Czy mogłem stać się pełniejszy dopiero, gdy (puste) wezwania ojca do sięgania po książki natrafiło na opowiadania Sartre’a? Smutne to, ale nie było innej możliwości (nie dziwię się też, że tata przestał czytać, gdy serce i głowę miał zajęte bezrobociem od Balcerowicza). To strasznie smutne, że ówczesne państwo, podobnie jak obecne państwo, nie daje dzieciom z klas ludowych twórczej dumy, a jedynie zadania, jak w RPG-u. Kiedyś: zostań pięknym/ą i bogatym/ą; teraz: zostań pięknym/ą i bogatym/ą patriotą/ką. A najgorsza, najbardziej dewastująca w tym procesie dzikiej socjalizacji jawi mi się alienacja wobec rodziców, która w moim przypadku pogłębiła się, gdy zacząłem czytać, a oni dalej raczej nie czytali albo czytali coś dziwnego (mama – rosyjskiego bioenergoterapeutę). Moje nawiązanie kontaktu ze światem inteligenckim wyżłobiło między nami dotkliwe różnice, dając mi również arsenał do sprawniejszego bombardowania naszej relacji, bo rodzice są głupsi, wierzą w boga, małżeństwo i nie czytali Gombrowicza.

A jaki był ogromny, bezpowrotnie utracony potencjał tego, co nazwałbym twórczą, ludową dumą, otwarciem się na to, co chłopskie, robotnicze, wykorzystaniem wiedzy, umiejętności i spojrzenia na świat, wszystkich szkalowanych jako wieśniaków czy roboli? Gdy dorastałem w latach 90. na Gocławiu cały nasz blok był ludowy – wyrósł na ulicy imienia przedwojennego komunisty, Sylwestra Bartosika, przemienionej za dekomunizacji na Przemyka. Mama kolegi i tata koleżanki handlowali na Wiatracznej. Żyli wśród nas sprzątaczki, mechanicy, pomocnice laboratoryjne, kasjerki, elektrycy, pielęgniarki, tokarze, rencistki, bezrobotni. Zaraz jedni mieli wystrzelić w przedsiębiorców, inne umrzeć, stracić pracę, nie zmienić się o milimetr.

Długo miałem problem z moim pochodzeniem. Podczas ponad dwuletniej terapii dużo złości uruchomiłem wobec rodziców i byłem w stanie im ją wyrazić – pierwszy raz bez wulgaryzmów, spokojnie, zdecydowanie. Jednak złość wyłowioną w pokoju terapeutki i zapuszczoną w relacje teraz poszerzam o coś więcej, co wynikało z tła społecznego, co tłem nie było, a realnym inkubatorem postaw wobec świata. Pisali o tym w niedawno wydanych po polsku książkach – James Baldwin w „Zapiskach syna swego kraju” i Didier Eribon w „Powrocie do Reims”.

Mówię o wstydzie.

Wieść o edukacji

Moi rodzice z klasy ludowej i ja z niej, ale częściowo, ponieważ wychowywałem się w procesie ich walki (bardziej walki mamy) o zmianę pozycji społecznej. Na sztandarach umieścili edukację dzieci jako absolutny priorytet i nie szczędzili korepetycji, lekcji gry na keyboardzie, wakacji z rakietą tenisową, kaset do nauki języka angielskiego. Wszystko po to, żebyśmy z siostrą mieli dobrą pracę, a z niej dobre pieniądze.

Ze znacznym uporem negowałem zarówno ich dążenia społeczno-ekonomiczne, jak i ludowość sposobu bycia. Od piętnastego roku życia miałem wyraźny cel – zostać genialnym (lub przeklętym) poetą i przeżyć wielką miłość. Inteligencki romantyzm wcielił się we mnie – brzydziła mnie praca fizyczna, straszyły wszelkie zajęcia manualne, techniczne, nie interesowała technologia, wkurzało codzienne oszczędzanie, bo nie było nas stać. Zarazem chłonąłem wulgarność rodzicielskich kłótni oraz uzależnienia ojca i babci kopcącej na potęgę.

Z ludu rodzice bez wątpienia mieli i nadal mają wiele. Mama: siarczystość języka i uległość wobec wszelkich wpływów; tata: nieufność, strach wobec świata. Mama ćwiczyła i stopniowo stawała się coraz bieglejsza w mieszczańskich pozycjach ciała i minach. Nie garbić się, uśmiechać się, nie kląć. Teraz tylko, gdy wróci od rodziny z Borów Tucholskich, przez parę dni mówi „jo” zamiast „tak” i kurwy używa jak ciszy.

Przebyła niezwykłą drogę społeczną. Z chłopskiej rodziny trafiła na fotel dyrektorki przedszkola. Zacytowałbym serial „Mad Man”, w którym o sekretarce agencji reklamowej pracującej w wysokim wieżowcu mówi się „astronautka”, bo życie zaczęła w stodole na prowincji. O mojej mamie bym tak jednak nie powiedział – umiejętności potrzebne do współpracowania z ludźmi nabyła już w dzieciństwie, opiekując się młodszymi braćmi, gdy babcia była w polu, a dziadek pod sklepem. Tata z kolei, elektryk, doświadczony służbą wojskową podczas stanu wojennego, od maleńkości wciągający alkoholowo-papierosowe opary środowiska robotniczego – zachował w sobie coś z marzyciela. Jako nastolatek czytał Karola Maya i jeździł na kolarzówce, a teraz potrafi pisać wybujałe opisy przyrody w esemesach z wyjazdów. Po 40-tce skończył płatne studia i został niskopłatnym urzędnikiem. Wrócił jednak do pracy fizyczno-technicznej – obecnie jako dozorca oraz konserwator w bibliotekach. Nieskory do zmian, skory do nieskrępowanych zachowań ciała w swoim mieszkaniu.

A ja dorastając, stawałem się coraz bardziej rozdarty. Chłonąłem ambicje matki i apatię ojca. Zaważyło to na moim życiu i w dużej mierze stworzyło mnie. Mój społeczny dramat zaczął się w liceum, do którego bez większych problemów zdałem, ale ledwo je skończyłem. W podstawówce na Przyczółku Grochowskim byłem całkiem dobrym uczniem. W ogólniaku okazało się, że uczyłem się w innej, gorszej galaktyce. Wszystkie przedmioty wydawały mi się prowadzone w obcym dialekcie i wymagały wiedzy, w którą nie zostałem wyposażony. Nigdy nie nadgoniłem tej różnicy, popadłem w używki, nastoletni bunt. Polonistka z liceum powiedziała o mnie na forum klasy: „cicho mówi, brzydko pisze – na odstrzał!”.

W obecnym kształcie nauczyciel to nikt inny jak namiestnik państwa ds. egzekwowania granic społecznych. Szkoła zamiast mi pomóc, starała się mnie pozbyć. Rodzina przekazywała ambitne cele awansu, ale nie dawała poczucia bezpieczeństwa i kapitału kulturowego. Jedynie przypadek sprawił, że poszedłem na studia – wsparli mnie nastoletnia relacja miłosna i krytyk teatralny, który mieszkał w bloku mojej dziewczyny.

Pokochać lud i nie stracić go z oczu

Bardzo późno zacząłem rozwijać w sobie twórczą dumę z pochodzenia klasowego. Dopiero po 30-tce. Od razu popadłem też w nutę nostalgii za minionym PRL-em. Dziadka, którego jako konserwatywny student ganiłem za antysemityzm i podważanie roli AK w polskiej historii, teraz pokochałem jako robotniczą sól tej ziemi i chłonąłem jego zawodowe przechwałki. Pewnego razu podczas lekko ironicznej rozmowy rodzinnej powiedziałem o nim i o sobie: my, komuniści… oburzył się! Stwierdził stanowczo, że jest robotnikiem, a nie komunistą.

Przyjąłem to zdanie dziadka z niepokojem, który później pomógł mi doprecyzować Didier Eribon, m.in. pisząc: „Uważałem się za marksistę, ale mój marksizm za czasów studiów i moje goszystowskie poglądy były jedynie sposobem idealizowania klasy robotniczej, przemienienia jej w mistyczną istotę, w porównaniu z którą życie moich rodziców wydawało się godne potępienia”.

Obecnie największym wyzwaniem dla mnie jako artysty i aktywisty jest twórcze podjęcie pochodzenia mojego i innych przeciwko toksycznej chłopomanii tak samo, jak i klasistowskiej pogardzie. To, skąd jestem, od zawsze wołało do mnie politycznie, ale dopiero od niedawna wyraźnie słyszę ten głos. Długo nie rozumiałem, kim jestem, bo długo byłem znikąd, tej krainy pełnej lęku, którą tak trudno wypowiedzieć. Gdy ustami mojej mamy, taty, babci, dziadka dochodzą do mnie teraz głosy z przeszłości to chcę wysłuchać, spisać, przetworzyć, zachować, nadać im nowe znaczenia.

Inną strategię obrała moja siostra. Do dziś krytycznie podchodzi do naszych korzeni. Skrupulatnie pilnuje zachowania rodziców podczas rodzinnych obiadów. Wszelkiego rodzaju niefrasobliwe sposoby poruszania ciałem, zgarbienia, mlaskanie, wzdęcia, stara się błyskawicznie wyrugować, przywołując rodzinę do pionu i porządku. Piszę o tym trochę ironicznie, ale widzę w wymaganiach mojej siostry przejawy wypierania ludowości, którą sam aktywnie pogardzałem, wstydziłem się jej, może i nienawidziłem.

Nie chcę jak James Baldwin rozpaczliwie stwierdzić po śmierci ojca: „żałowałem, że nie mam go obok siebie, by w jego twarzy szukać odpowiedzi, które od tej chwili mogła przynieść mi już tylko przyszłość.”. W twarzach mojej rodziny są rysy mojej twarzy, w ich społecznie ukształtowanych ciałach, myślach, działaniach – przyczyny mnie. Z odcisków ojca od narzędzi i kabli – moje gładsze, nie imające się młotka, dłonie; z czarnych od nikotyny zębów babci i jej dymnych pocałunków – moja skłonność do uzależnień; z pracowitości drugiej babci – moja energia do działania; z ambitnych planów oszczędzania mamy – moja oszczędność i umiejętności organizacyjne; z powierzchownej wiary mojej rodziny – mój ateizm.

Powstałem z nich. Klasa ludowa daleka jest od jednoznaczności. Bywa bardzo sprawcza, wpływowa, zaradna. Też pełna strachu i uprzedzeń. Frustracji. Głupoty. Pełna tajemnic i uroku.

Tomasz Gromadka

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie