Janusz Korczak: Przeciw rozpuście (1905)

·

Janusz Korczak: Przeciw rozpuście (1905)

·

Przed czterema laty w domu 46 przy ulicy Kruczej, na parterze od frontu, na prawo z bramy, znajdował się magazyn kapeluszy damskich. Szyld był tylko osłoną. W owym magazynie dziesięcio-, dwunastoletnie dziewczęta używane były do zbrodniczych praktyk.

Opowiedział mi o tym adwokat przysięgły J. S. w następującymi słowach:

– Kolega mój, lekarz prowincjonalny, zachęcony został do udania się tam, jeśli „pragnie ujrzeć coś ciekawego”. Na zapytanie jego, „czy kapelusik już gotów”, wprowadzony został do sąsiedniego pokoju i tu znalazł dwie dziewczynki, które uczyniły mu propozycję. – „Ja wam pokażę” – zawołał oburzony. – Wówczas otworzyły się drzwi sąsiedniego pokoju, i ukazał się w nich drab jakiś o groźnej postawie. „Co nam pokażesz” – zapytał. Lekarz wyjął rewolwer i tyłem wycofał się z pułapki.

Zapytałem adwokata przysięgłego, który zna prawa, co myśli ze swą informacją uczynić.

– Mówiłem o tym z Gr… Powiedział, że to do niego nie należy, że są to rzeczy znane, że trudno tu coś poradzić. –Trzeba by to jakoś sprawdzić.

Udaliśmy się więc tam nazajutrz. Wizyta nasza zrazu silnie zaniepokoiła właścicielkę magazynu, ale po chwili uspokoiła się i kazała przyjść nieco później. Po wypiciu kawy w cukierni powróciliśmy. Tym razem otrzymaliśmy pewne informacje:

Panowie są nieostrożni: zajeżdżają w nocy, czasem pijani, robią awantury. Mieszkanie parterowe od frontu jest niewygodne. Prostytutki uliczne, zatrwożone konkurencją, denuncjują ją. Ma wiele kłopotu z policją. Wreszcie ktoś doniósł matkom tych dzieci. Ostatecznie wyprowadza się, więc za dni kilka da nam nowy adres i tam nas zaprasza „po kapelusik”.

Po tygodniu udałem się sam. Trafiłem akurat na przeprowadzkę. Stróż nie chciał mi udzielić nowego adresu i odmówił wszelkich informacji…

Zwróciłem się w tej kwestii do redaktora L. S. Nie udało mi się silniej go zainteresować tą sprawą. Przyznał natomiast, że jest to bardzo „niełatwa do wyświetlenia sprawa”…

Był moment, kiedy chciałem raz jeszcze tam się udać, zastrzelić handlarkę dzieci. Był to czas, kiedy wierzyłem gorąco w wartość „protestów moralnych”. Zwierzyłem się temu i owemu – odradzono. Fakt ten silnie wpłynął na mój światopogląd: przejrzałem…

A potem już z pobłażaniem patrzałem na działalność Wysłouchów, towarzystw ochrony kobiet itd., itp.

Fakt ten uważałem za jedną z tajemnic kształtowania się mego ducha i dlatego nigdzie nie wspominałem o nim przez lat cztery. Dziś, zdaje mi się, nie wolno mi o nim przemilczeć. A wreszcie nic spóźnionego: bohaterowie niniejszego faktu (resp. panowie S. i S.) żyją i mogą go potwierdzić.

Zaznaczam raz jeszcze: ani adwokat przysięgły, ani redaktor dziennika nie potrafili zareagować na ohydną i jawną zbrodnię. Stosunki cenzuralne tak się wówczas układały, że stójkowy z ową damą, znaczyło to narazić się na porażkę i – zemstę ze strony alfonsów.

Nasza prasa nigdy nie konstatuje faktów, jeno radzi i… stawia stopnie ze sprawowania, wydaje świadectwa – ulicy. Nic to, że ulica jej nie czyta, a na stopniach się nie zna. Jeśli Rabski czy Bartoszewicz napiszą swojej kucharce czy lokajowi, że sprawowali się źle, będzie to miało w rzeczy samej pewien skutek; ale oni nie poprzestaną za nic w świecie na tak skromnej roli: od czegóż są publicystami, publicznymi dziennikarzami? Publicznych dziennikarzy mamy dziś więcej niż dawniej, mnożą się…

Walka z upadkiem, z rozpustą jest świętą sprawą, „splamiono ją, zbezczeszczono krwią ludzką” – pisze pan Straszewicz w „Kurierze Polskim”. „Od krwi ludzkiej zła rdza osiada na zawsze na duszy zabójcy. Zabójstwo znieprawia zabójcę”.

Przyznaję, że są to ładne zdania – powinien był jednak ich autor pamiętać, że wszystkie święte sprawy są w ten sposób zbezczeszczone. – „Sprawcy rozruchów obniżyli poziom obyczajowy i moralny ludności całej, robiąc ją świadkiem gwałtu i mordu”. I to ładne; niestety jednak świadkami gwałtu i mordu są całe pokolenia od wieków, chronicznego.

„Niech sądy najsurowiej karzą wyrzutków społecznych, niech będą obmyślone i zastosowane jak najsurowsze środki zapobiegawcze” – krzyczy „Goniec”. Mądrzejsi są już ci, którzy wołają o szkoły: wówczas liczba wyrzutków społecznych spadłaby do poziomu zagranicy, i sądy mniejszą ich liczbę musiałyby surowo karać.

„Słowo” pragnie otoczyć Żydów opiekuńczym skrzydłem swych rozumowań.

Odpowiada mu słusznie „Kurier Codzienny”:

Co ruch antysemicki może mieć wspólnego z ruchem antyprostytucyjnym? Możemy zapewnić „Słowo”, że samorodnie nie wynikną one, zbyt bowiem blisko poznał się tłum chrześcijański z proletariatem żydowskim.

Niepotrzebnie jednak pragnie „Kurier Codzienny” się dowiedzieć, gdzie się owe nieszczęśliwe dziewczęta podziały, kto je nakarmił, kto im dal pomieszczenie? Od ciekawości podobnej jeden krok tylko do rady, na wzór „Kuriera Warszawskiego”, by je umieścić w przytułkach – towarzystw ochrony kobiet wyznań obu.

***

„Kurier Warszawski” jak zwykle – po błazeńsku.

„Walka z rozpustą i lincz. Śpiew anioła i ryk rozjuszonego tygrysa”.

Któż po tym „tygrysie” i „aniele” nie poznałby pióra operetkowego sprawozdawcy?

A przecież sprawa zbyt poważna chyba, by się po niej
ślizgał dziennikarski totalizatorowicz.

***

„Warszawski Dniewnik” jako bezpośredni powód rozruchów podaje fakt następujący:

Na weselu żydowskim zebrano dla nowożeńców kilkadziesiąt rubli. Nagle wszedł na salę alfons czy nożowiec, zabrał pieniądze i poszedł. Wydaje się to nieprawdopodobne: jakim prawem wszedł, jakim prawem wziął pieniądze, czy mógł sądzić na chwilę bodaj, że mu to ujdzie bezkarnie?

Odpowiadam: mógł sądzić, że mu to ujdzie bezkarnie.

***

Tęgie łby mieszczańskiej inteligencji zrazu zaczęły rozważać, czy zabicie dwóch prostytutek spośród kilkunastu tysięcy i zranienie dziesięciu zbirów spośród drugich kilkunastu tysięcy – usunie prostytucję czy też nie.

I rzekły, że nie usunie. I zaczęły pouczać ulicę, że ta się trudzi daremnie. Ależ ulica wie o tym, wie…

A potem spadając na łapy, jak kot, nieszkodliwie, z wyżyn tragicznego faktu – orzekły łby twarde, że w Piasecznie jest jeszcze pięć wolnych miejsc dla pięciu kobiet upadłych, które zechcą już teraz… być moralnymi.

O tym wiele… wiele jeszcze można by powiedzieć. Tylko że rana jeszcze krwawi; niech zastygnie.

Janusz Korczak

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w warszawskim postępowo-radykalnym piśmie „Głos” 3 czerwca 1905 roku. Artykuł ukazał się po głośnym „pogromie lupanarów”, w ramach którego głównie żydowscy, ale także polscy robotnicy o poglądach socjalistycznych dokonali rozbicia „zagłębia” domów publicznych w Warszawie przy ulicach Marszałkowskiej, Krochmalnej, Leszno i innych. W trakcie trzydniowych zamieszek zdewastowano kilkadziesiąt domów publicznych, miały miejsca liczne pobicia sutenerów (kilku zabito), a walki między zorganizowanymi robotnikami a alfonsami trwały jeszcze przez kilkanaście dni. Nie są całkowicie wyjaśnione przyczyny tych zajść, aczkolwiek jedną z prawdopodobnych jest gniew żydowskich robotników wobec masowego i coraz bardziej zaawansowanego procederu handlu żywym towarem na potrzeby branży usług seksualnych, dotykającego głównie kobiet ze środowisk robotniczych, w tym żydowskich. Janusz Korczak (wówczas młody lewicowy dziennikarz) i środowisko pisma „Głos” wraz z ówczesną postępową inteligencją (m.in. jednym z czołowych jawnych działaczy PPS, Stanisławem Posnerem) angażowali się w zwalczanie prostytucji. Tekst ze względu na cenzurę carską odnosi się do tych wydarzeń w sposób ogólnikowy i aluzyjny.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie