Prof. Monika Kostera: Imperatyw kategoryczny neoliberalizmu

·

Prof. Monika Kostera: Imperatyw kategoryczny neoliberalizmu

·

Jeśli kogoś można wykorzystać, to absolutnie trzeba. To nowy imperatyw kategoryczny. Najbardziej dramatycznym jego przejawem są sprawy takie jak ta z podwójnym morderstwem w podkaliskiej wsi Tłokinia Wielka, gdy skazany został niepełnosprawny intelektualnie Piotr M., jedynie na podstawie własnego zeznania i wbrew zasadzie domniemania niewinności. W jego winę nie wierzą bliscy ofiar zabójstwa i nie świadczą o niej ani ślady ani nawet poszlaki. Piotr M. był pod ręką, ulegał wpływom, przyjmował rację innych osób, z którymi rozmawiał, więc został oskarżony i skazany. Nie wiemy, co się stało naprawdę, ale narracja brzmi jednocześnie przerażająco nieludzko i swojsko.

Jeszcze bardziej zwyczajnie swojsko-nieludzko brzmi opowieść wcześniejsza. Zanim to wszystko się stało, Piotr M. był zatrudniany dorywczo za grosze do ciężkiej pracy fizycznej, spał w budynkach gospodarczych nieprzeznaczonych do mieszkania przez ludzi. Nie protestował, nie domagał się swego, nie sprzeciwiał. Można było go wykorzystać, a więc – naturalnie – należało. To właśnie nowy imperatyw kategoryczny w działaniu codziennym – co bardziej ogarniętych rolników, pomniejszych Januszów biznesu i wielkich korpobossów. A także i zwykłych biedaszaraków, jeśli starczy refleksu.

Kilka przykładów ze świata zarządzania. W dużej, szacownej firmie są i środki, i świadomość przepisów prawa pracy, dotyczących nadgodzin. Ale spośród pracowników nikt nie idzie do domu po przepracowaniu 8 godzin, to nie do pomyślenia! Nadgodzin też się nie płaci. Dlaczego? Pytam szefa. „Bo nikt tak nie robi, bylibyśmy śmieszni. A poza tym pracownicy też by się źle z tym czuli, myśleliby, że ich zaangażowanie nie jest dla firmy ważne”. Dodam, że szef, Dominik, jest sympatycznym człowiekiem, oczytanym i refleksyjnym. To nie jest tak, że on lubi łamać kodeks pracy. Nawet wierzę mu, że nie jest zachwycony sytuacją, gdy ludzie przesiadują w biurze zamiast śmigać z dzieckiem do kina. Robi „to, co wszyscy”. Gdyby robił inaczej, na jego miejsce przyszedłby szybko psychopata. A poza tym „trzeba troszkę powykorzystywać”, bo inaczej jest frajerstwo, a wtedy cię ludzie nie szanują.

Drugi przykład – przy projekcie pracuje zespół pracowników. Jeden spośród nich, Kazik, chętnie dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, pomaga innym. Projekt z nim w zespole świetnie idzie i dobija szczęśliwie do mety. Pracownicy składają projekt w ręce szefa, razem z dodatkowym nowatorskim opracowaniem. Jest znakomicie przygotowane i bardzo przydatne. Tyle że nie ma na tym ostatnim nazwiska Kazika, w ogóle nie figuruje, choć wszystko, co tam jest zamieszczone, pochodzi właśnie od niego. Po co się dzielił? Mógł zachować wiedzę dla siebie. A tak – jest mniej ludzi do dzielenia się nagrodą. Kazik traktowany jest w firmie jak ktoś pomiędzy kozłem ofiarnym a Kopciuszkiem, ludzie śmieją się z niego na korytarzach. A klienci go uwielbiają. Jednak współpracownicy Kazika są tak bardzo przywiązani do swojej wizji jego postaci, że za każdym razem, gdy pojawi się pozytywna opinia klienta na jego temat, reagują zdziwieniem. Mam wrażenie, że autentycznym.

Kolejny przykład. Idąca jak błyskawica w górę hierarchii Bianka zaprosiła do współpracy przy ważnym międzynarodowym projekcie zatrudnioną na umowę zlecenie Grażynę. Grażyna pracuje w firmie od 10 lat, zawsze na zlecenie, bo skromna, pracowita i „nieasertywna”. Jednak „samo się przez się rozumie”, że umowy są jej przedłużane. Grażyna robi tak znakomitą robotę, że zagraniczni goście zwracają uwagę na jej wkład i wyrażają to w swych pożegnalnych przemówieniach. Grażyna zabiera głos, również dziękuje. Popełnia jednak katastrofalny dla siebie błąd – dziękuje nie tylko Biance, ale także jej starej mentorce, dzięki której cały projekt w ogóle zaistniał. Po przyjęciu Bianka zaprasza Grażynę i ze spokojną radością w głosie ogłasza jej, żeby pakowała swoje rzeczy, bo chyba rozumie, że nie ma tu po co wracać. Grażyna pakuje. Bianka ostro awansuje. Wszyscy w firmie starają się być jak Bianka.

Samo w sobie zjawisko nie jest ani szczególnie odkrywcze. Weźmy, na przykład, takiego szekspirowskiego Tymona z Aten. Tymon był starożytnym Ateńczykiem, znaczącą postacią w polityce i kulturze. Był hojny, dzielił się wszystkim z potrzeby serca. Jego przyjaciele uczestniczyli we wszystkim, wszystko chętnie brali, ale gdy Tymonowi skończyło się bogactwo, odmawiali pomocy, „bo nie mogą”, mają tyle „ważnych i wielkich problemów”, „nie ten moment”, „ten drugi jest gorszy, a został poproszony o pomoc wcześniej, to dla mnie zniewaga” itd. Są przy tym bardzo z siebie wszyscy zadowoleni, każdy ma świetny powód, a Tymon sam przecież jest sobie winien – po co tak rozrzutnie się zachowywał?

Nowość imperatywu kategorycznego, o którym tu mowa, nie polega na tym, że ludzie wykorzystują innych. To wszystko już było. Jego specyfika w dzisiejszych czasach wiąże się z rolą legitymizacji systemu, jaką obecnie pełni. Za Gierka takie postępowanie znane było raczej jako cwaniactwo (albo gorzej). Obecnie pomaga nadawać sens społecznym działaniom pod szlachetnym sztandarem przedsiębiorczości. Wreszcie stanowi podwalinę pod system, który potrafi zaprząc niskie rejestry natury ludzkiej w imię postępu i rozwoju – pamiętamy wszyscy, co mówił Gordon Gekko z filmu „Wall Street”: „greed is good”, chciwość jest dobra!”. Dzięki temu neoliberalizm nawet przez przeciwników bywa określany jako „naturalny”. Może jest brzydki, ale przecież taki jest człowiek, taka jest ludzka natura.

Tak, zapewne to część ludzkiej kondycji (bo co jest, a co nie jest ludzką naturą, to temat na dłuższą dyskusję i niekoniecznie z teoretyczką od zarządzania). Przypomnijmy sobie przyjaciół Tymona czy licznych niemiłych cwaniaków uprzykrzających życie bliźnim w czasach gospodarza domu Anioła albo Balladyny. Ale – nie, nie jest to definicja tego, kim jest człowiek i na co nas stać. Nawet w Alternatywy 4 czy w Balladynie nie ma takiego przesłania. Człowiek nie jest wyłącznie potworem, a w każdym razie stać nas na więcej.

Najnowsza książka australijskiego profesora zarządzania Petera Fleminga, „The worst is yet to come” (Najgorsze jeszcze przed nami), dopowiada do końca liczne systemowe opowieści, które rozwijają się teraz na naszych oczach. Wątki stają się coraz mroczniejsze – zniszczenie planety, ostateczne zohydzenie pracy, wstrętne dyktatury nazywające siebie bezczelnie demokracjami, odarcie ludzi z resztek praw i godności, jeszcze większa koncentracja bogactwa… Autor jest celowo dosadny i nie podaje żadnych środków znieczulających. Ma do zaoferowania niewiele budujących rad. Z wyjątkiem tych, gdy proponuje, by patrzeć na siebie wzajemnie z życzliwością, być solidarnymi, organizować się – i cwaniakować, owszem, ile dusza zapragnie, ale wobec systemu, który faktycznie jest na ostatnich nogach i naprawdę upada, ale po jego upadku nie czeka nas raj na Ziemi. Zamierza zabrać w niebyt ze sobą nas i całą planetę. Od swojej słabości odwraca naszą uwagę na różne sposoby – siejąc strach, potęgując poczucie niepewności, podsycając zawiść i szerząc pogardę. Więc tak, należy być czujnym, ale zamiast patrzeć, jak można wyrolować Piotra M., Kazika, Grażynę czy Tymona, trzeba patrzeć uważnie na słabości algorytmów, dostrzegać, jak bardzo korporacje boją się zjednoczonej pracowniczej siły. Hojność nie jest słabością, a dzielenie się nie jest frajerstwem. Frajerstwem jest dawanie się robić w konia upadającemu systemowi, a słabością jest hojne obdarowywanie go naszą energią, pomysłowością i zaufaniem. W obecnej fazie żywi się on właśnie tym, czego sam nie posiada i czym my go obdarowujemy – wartościami, których sam nie jest w stanie wytworzyć i które wyłudza od nas. Nie róbmy tego. Oddajmy neoliberalnemu cesarzowi co cesarskie – jego własny imperatyw; bądźmy hojni, bądźmy razem cwani, bądźmy solidarnymi hojnymi cwaniakami!

prof. Monika Kostera

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie