Adam Ciołkosz: Przeszedł do historii [1936]
Kochał go lud i pokochała historia. Danym mu było oglądać urzeczywistnione swe myśli.
Wbrew pozorom świat idei totalnych nie zaniknął po roku 1989. Wraz z błyskawicznym rozprzestrzenianiem się neoliberalizmu po upadku bloku wschodniego kolejne sfery życia tak prywatnego, jak i publicznego zaczęły być przenikane przez logikę rynku i aksjomat zysku oraz optymalizacji kwotowej. I o ile sam rynek, w rozumieniu mechanizmów rynkowych i konkurencyjnych, żadną nowością czy totalnością nie był i nie jest, o tyle pomysł, aby podporządkować mu sfery do tej pory oparte na zupełnie innej logice i celowości – to już inna sprawa. Logika kapitalizmu i neoliberalizmu opiera się na dwóch głównych filarach: akumulacji kapitału i środków produkcji oraz na ekspansji zarówno na zewnątrz (nowe rynki), jak i do wewnątrz – w te dziedziny życia, które do tej pory podlegały innym, dużo lepszym i naturalnie im przypisanym zbiorom zasad.
Po co są instytucje?
Kapitalizm nie wynalazł rywalizacji czy reguł rynkowych. One w tej czy innej postaci oraz natężeniu istnieją, odkąd istnieje ludzka cywilizacja. Kapitalizm, zwłaszcza zaś ten w wydaniu anglosaskim, zrobił co innego. Rozciągnął logikę rynkową, percepcję i wszechwładzę zysku na te aspekty i instytucje, które nigdy temu nie podlegały. Nie jest tak, że – jak w systemie zerojedynkowym – wszystko musi kierować się zyskiem i optymalizacją finansową albo tego zupełnie nie robić. Są różne pola funkcjonowania człowieka, społeczeństwa i narodu. O ile w handlu czy działalności produkcyjnej jest oczywiste, że różne podmioty rywalizują jakością, ilością i innymi aspektami, o tyle są elementy życia wspólnoty, które mają zupełnie inny cel.
Zadajmy sobie kilka pytań. Po co jest szkoła albo uniwersytet? Jaki ma cel szpital lub przychodnia zdrowia? Dlaczego działają kolej i transport zbiorowy? To tylko pozornie trywialne pytania. Odpowiedź na nie określa przede wszystkim stosunek do samej idei rynkowego totalizmu.
Dlatego – na wszelki wypadek! – podajmy te odpowiedzi.
Szkoły i uniwersytety służą edukowaniu i nauczaniu. Szpitale służą leczeniu i ochronie zdrowia oraz profilaktyce. Transport zbiorowy, a zwłaszcza kolej ma pomóc w łatwym przemieszczaniu się ludzi. Odpowiedzi te tylko teoretycznie są oczywiste i trywialne. Po roku 1989 bowiem doświadczyliśmy w pełni działania doktryny szoku, którą w swoim sztandarowym dziele opisała Naomi Klein. Podaje ona tam istotny fakt. Neoliberałowie zawsze dążą do trzech rzeczy: obniżenia podatków (dla siebie i swoich korporacji), deregulacji rynku oraz prywatyzacji. Cel jest tu jeden: maksymalizacja dywidendy wzdłuż i wszerz, a więc nie tylko zwiększenia marży, ale i liczby podmiotów, które służą akumulacji kapitału. Stąd szeroka prywatyzacji usług medycznych, edukacji czy transportu. Zwróćmy uwagę na rzecz charakterystyczną. Eksperci mówią tu o „rynku usług medycznych” czy „rynku edukacji”. Już w tych terminach kryje się główny sens neoliberalnej polityki.
Skoro odwrócona zostaje logika działania tradycyjnych instytucji państwowych i społecznych – ze służenia potrzebom ludzi na rzecz zysku niezwykle wąskiej grupy właścicielu podmiotów – to także ich działanie oraz mechanizmy funkcjonowania muszą ulec diametralnej zmianie. Na gorsze.
Służba zdrowia
Wprowadzenie mechanizmów kapitalistycznych i zysku jako celu w lecznictwie powoduje traktowanie naszego zdrowia jako rynku, a nie celu samego w sobie. O ile w „klasycznym”, czyli normalnym układzie, wyzdrowienie pacjenta i jego powrót do pełni zdrowia są czymś oczywistym, o tyle ze sprywatyzowanego punktu widzenia brak chorych to brak klientów i zysków. Pierwsza więc rzecz, która systemowo i wielopłaszczyznowo jest w państwach neoliberalnych niszczona, to profilaktyka. Obserwujemy to chociażby w kontekście alergicznej reakcji alkoprawicy na ustawę ograniczającą promowanie spożycia alkoholu. Zamiast profilaktyki zaś rynek usług medycznych oferuje niezwykle drogie leczenie, pakiety medyczne i leki oraz wszędobylskim magiczne preparaty i suplementy (jesteśmy na pierwszym miejscu w Europie w ich spożyciu). Co więcej, zazwyczaj usłużne wobec neoliberałów państwo celowo niszczy pubiczną służbę zdrowia, aby tym samym zmusić obywateli do przejścia do sektora prywatnego. A co ciekawe, im bardziej sprywatyzowana służba zdrowia – tym droższa. Przeciętny pakiet medyczny w USA, państwie o bardzo słabym dostępie do usług medycznych jak na kraj rozwinięty, kosztuje 10 400 dolarów. A skuteczność tego jest zatrważająco mała – Amerykanie to ludzie toczeni przez dziesiątki chorób cywilizacyjnych (profilaktyka…) oraz, co ciekawe, średnia długość życia od kilku lat tam spada. Tymczasem koszt leczenia w Kanadzie wynosi 4400 dolarów na osobę, w dużej mierze kraj ten bazuje na publicznej służbie zdrowia oraz – co najważniejsze! – jest w czołówce państw OECD pod względem zdrowotności. Pamiętajmy też, że pakiety medyczne i plany zdrowotne są skupowane przez globalne grupy finansowe (np. BlackRock, Bain Capital), które wyciągają ze środków obywateli gigantyczne dywidendy.
Dla prywatnych podmiotów nie tylko nie liczy się, abyśmy byli zdrowi, ale wręcz się to nie opłaca. Jak pisze profesor Ladislau Dowbor: „Z punktu widzenia przedsiębiorstwa prowadzącego działalność lukratywną – handlującego lekami lub pobierającego opłaty za każdy dzień pobytu w szpitalu – liczy się wzrost PKB i większy zysk. Jest to różnica między służbą zdrowia a przemysłem chorobowym. Z prywatystycznego punktu widzenia, brak chorych to brak klientów”.
Edukacja
Prywatyzacja i urynkowienie wiedzy prowadzą w pierwszej kolejności do wytworzenia się przemysłu produkcji dyplomów, co w największym stopniu widać w edukacji wyższej. To całkowite zaburzenie podstawowego celu, jaki przyświecał w średniowieczu powstaniu uniwersytetów, czyli poznawaniu wiedzy i przekazywaniu jej (relacja uczeń – mistrz). W warunkach rynkowych wiedza nie jest już celem samym w sobie, lecz staje się wynikiem oczekiwań rynku pracy, korporacji i innych sił, często tych samych, które finansują uczelnie wyższe. Dochodzi więc do promocji tych umiejętności i wiedzy, których oczekują przyszli pracodawcy, a cierpi na tym cała reszta. Do tego obniża się poziom nauki, bo skoro student staje się dla prywatnej szkoły źródłem przychodu, to nie można go traktować zbyt ostro. W końcu klient płaci i klient wymaga, a skoro klient płaci, to na końcu ma dostać wymarzony dyplom, bez względu na to, czy jest on odzwierciedleniem jakiejkolwiek wiedzy lub mądrości. Zwróćmy zresztą uwagę, że w takim układzie wykładowca, z zasady człowiek o dużej wiedzy i praktyce akademickiej, jest tu po prostu kosztem.
Kolejny aspekty prywatyzacji i urynkowienia szkolnictwa wyższego to kryzysy zadłużenia. W USA ludzie kończąc uniwersytety często mają do spłacenia długi liczone w dziesiątkach tysięcy dolarów, a spłata zajmuje wiele lat.
Tworzy to zjawisko elitaryzacji szkolnictwa wyższego. Młodzi ludzie często dochodzą w takich warunkach do wniosku, że nie ma sensu studiować, skoro oznacza to ogromny dług, którego nie przykryje nawet średnio wyższa pensja dla osób z wykształceniem wyższym.
Logika rynku w ramach szkolnictwa, zwłaszcza wyższego, prowadzi także do blokowania dostępu do wiedzy. Ta zaś w dobie cyfrowej jest czymś, co przecież może być powielane i dzielone bez dodatkowych kosztów, w przeciwieństwie do zasobów materialnych. Sprawę tę zmienia restrykcyjne prawo patentowe i autorskie.
Całość ma też swoisty wymiar pokoleniowy. Osłabienie systemu darmowej edukacji państwowej i prywatyzacja tego segmentu zmuszają rodziców do poświęcenia się (więcej pracy, więcej stresu, więcej wysiłku) w imię lepszej przyszłości swoich dzieci, ale w ostateczności zyskują na tym wielkie korporacje, które zatrudniają tych ludzi oraz następnie ich świeżo wyedukowanych potomków, wcześniej zmuszając ich do wzięcia kredytu, by opłacić szkołę, która ma umożliwić im pracę w tychże korporacjach. Prawdziwe kapitalistyczne perpetuum mobile.
Transport i infrastruktura
Prywatyzacja i rozbicie transportu zbiorowego po roku 1989 były szczególnie dotkliwe dla polskiej prowincji, a wdrożenie w ramach tegoż logiki rynkowej oznaczało podważenie głównego sensu istnienia zbiorkomu. Skoro koleje czy autobusy mają „opłacać się” to siłą rzeczy oszczędza się na taborze, nie rozwija infrastruktury, a do tego podnosi nieadekwatnie ceny i opłaty. Wszystko w celu maksymalizacji dywidendy i marży.
Kolejna sprawa to tworzenie szkodliwych, prywatnych monopoli. Dotyczy to wielu branż, nie tylko transportowej, ale i energetycznej, telekomunikacyjnej, wodociągowej etc. Ich sensem jest jednak obsługa konkretnych społecznych i wspólnotowych zapotrzebowań, a nie zyski bogaczy.
Ponadto coś tak dużego, zwłaszcza w kraju jak Polska, jak sieć kolejowa czy transportowa, wymaga długoterminowej wizji, systemowych celów i planowania, co zakłada szeroko zakrojony udział państwa. Do bólu zaś skupiona na własnym zysku (i na niczym innym) sfera prywatna nie będzie robić takich rzeczy, gdyż zwyczajnie nie leżą one w jej wąsko rozumianym interesie.
To, czego doświadczamy bezustannie od 35 lat, czyli urynkowienia zbiorkomu, prowadzi do narastającego i strukturalnego wykluczenia transportowego, gdzie ponownie metropolie wygrywają wyścig o dobra i zasoby z prowincją. Inna rzecz, że drenaż i w gruncie rzeczy niszczenie idei transportu zbiorowego ma zmusić także ludzi do kupna samochodów, co znowu jest na rękę wielkiemu kapitałowi i motoryzacyjnym gigantom. Czy faktycznie transport samochodowy w skali makro jest skuteczniejszy? W São Paulo czynny zawodowo mieszkaniec tego miasta traci na przejazdy 2 godziny 40 minut dziennie, czyli ponad 10% swojego czasu spędza się w korkach i smogu. Każdy, kto mieszka w dużych miastach, jak Warszawa, Kraków, Łódź czy Wrocław, styka się z bardzo podobnymi problemami. To zresztą symptomatyczne, że ta sama neoliberalna władza, która uwielbia prywatyzować i to zazwyczaj za śmieszne pieniądze, przedsiębiorstwa transportowe, nie robi nic w celu udrożnienia ruchu samochodowego, w efekcie czego dostajemy do wyboru stać w korkach lub polegać na zawodnej, awaryjnej, skrajnie niedofinansowanej komunikacji zbiorowej.
Podsumowanie
Jakiś czas temu, w ramach wewnątrzunijnej dyskusji o przyszłości UE, wykształcił się zapomniany już termin „Europa dwóch prędkości”. Może – a nawet na pewno! – pora już na to, żeby wdrożyć pojęcie ekonomii dwóch (jeśli nie więcej) prędkości czy jakości. Bo o ile można zrozumieć, że są segmenty i branże, gdzie mechanizmy rynkowe są czymś zrozumiałym – jak chociażby handel, tak są też dziedziny, gdzie logika rynku pasuje jak pięść do nosa. Szkoły, uniwersytety, szpitale, koleje nie powstały i przez setki lat nie funkcjonowały po to, aby zarabiać i umożliwiać suty zarobek swoim właścicielom. Ich celem było wspieranie społeczeństwa, jego rozwój, realizacja jego potrzeb i pomoc w problemach i wyzwaniach. To z definicji wymaga nie tylko myślenia pozbawionego skupiania się na zyskach, ale także długofalowego, wielopłaszczyznowego planowania i zarządzania. To także oznacza absolutne pierwszeństwo potrzeb różnych grup ludzi, także tych biedniejszych i mniej zamożnych, przed modleniem się do stopy wzrostu i zysku.
Logika neoliberalna, jak wspomniałem, jest totalna i absolutna. Ze względu na charakter kapitalizmu dąży ona do objęcia swymi mackami każdego człowieka i każdej dziedziny życia. Oznacza nie tylko pomniejszenie, ale wręcz zaprzeczenie i negację jakiegokolwiek innego celu ludzkiej działalności, niż nihilistyczny kult pieniądza i bogacenia się. Najwyższa pora zrozumieć, że myślenie takie to nowotwór na zdrowym ciele społeczeństwa i niezbędna jest radykalna chemioterapia. Rozumiem przez to zarówno strukturalne i własnościowe przywrócenie szeregu dziedzin i branż społeczeństwu, jak również ponowne podporządkowanie ich potrzebom ludzi, a nie rynku i rentierów.
Grzegorz Ćwik
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay
Kochał go lud i pokochała historia. Danym mu było oglądać urzeczywistnione swe myśli.
Dużą rolę w tym uprzywilejowaniu Cieszyńskiego odgrywa i sentyment, i rozsądek.