OPINIE

Derucki
Marcin Derucki

Czyje są murale w Turku? Kilka słów o przestrzeni publicznej

Kiedy wieści o tym dotarły do opinii publicznej, w lokalnej społeczności zawrzało. Mieszkańcy (nie tylko młodzi) na wieść o tym, że mogą utracić coś, co wyróżnia Turek oraz daje poczucie dumy z miasta, zareagowali żywiołowo, dając upust swoim emocjom w mediach społecznościowych. Dopiero nagłośnienie sprawy oraz reakcja władz doprowadziła do tego, że zarządzono głosowanie door-to-door, przeprowadzone przez pracowników zarządcy (spółka miejska) wspomnianych wspólnot mieszkaniowych. Okazało się wtedy, że ponad 60% mieszkańców bloków z muralami chce ich odtworzenia. Pomimo pozytywnego (z punktu widzenia całej społeczności miasta) zakończenia tego konfliktu, sytuacja pokazuje, że często o estetyce i funkcjonowaniu przestrzeni ważnej dla wszystkich mieszkańców miasta decyduje mniejszość, która jest właścicielem danego zasobu. I nie zawsze musi się ona kierować tymi samymi pobudkami, co większość społeczności związanej z danym miastem. Nawet jeżeli udziałowcy wspólnot mieszkaniowych nie ponoszą żadnych negatywnych skutków ekonomicznych swojej decyzji, zawsze w grę mogą wejść negatywne emocje, niedoinformowanie, a także zwykłe braki w edukacji lub brak poczucia wspólnoty z innymi członkami społeczności. Czytaj więcej

Rafał Gdak
Rafał Gdak

Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy?

Dlaczego bowiem prawicowy PiS wygrał w ubiegłym roku wybory w Polsce? Odpowiedzi jest wiele, ale nie pomylę się, gdy napiszę, że stało się to również dlatego, że Polacy nie czuli się beneficjentami sukcesu, o którym trąbiła przez lata Platforma. Hasła socjalne z kampanii Prawa i Sprawiedliwości padły więc na podatny grunt. To taki polski paradoks, że partia na wskroś konserwatywna, ocierająca się czasem o narrację skrajnie prawicową, doszła do władzy z lewicowymi hasłami na sztandarach. Jeszcze smutniejsze jest to, że jednocześnie dla wielu przedstawicieli tej partii „lewactwo” to główne zło tego świata. Można zżymać się na media głównego nurtu za to, że obrzydziły lewicę Polakom, utożsamiając ją z SLD. Można irytować się na to ostatnie ugrupowanie, że z lewicy uczyniło – excuse-moi – nalepkę na sedes. Wszystko to musztarda po obiedzie. Lewicy bowiem dziś w parlamencie nie ma i niewiele wskazuje, że zmieni się to w najbliższej dekadzie. Jakaż to ironia losu, że prawicowa partia pobiła lewicę hasłami, które powinny być fundamentem tej ostatniej i jeszcze linczuje na poziomie semantycznym wszystko, co z lewicą ma się kojarzyć. Można mieć w głębokim poważaniu cały ten spór rozbijający się o nazewnictwo i definiujący strony politycznego konfliktu. W zasadzie każdy, kto wyczekuje utopii, jaką jest sprawiedliwość społeczna, powinien się cieszyć z pomysłów PiS, które śmiało można uznać za lewicowe. Problem w tym, że na jeden dobry lub przynajmniej zadowalający pomysł przypada dziesięć złych lub bardzo złych. Jakich? Czytaj więcej

Rok szkolny po zmianie

Jeśli wsłuchamy się w narrację obecnej władzy, zobaczymy, że kuleje społeczny wymiar myślenia o edukacji. Widać to także po pierwszych przeprowadzonych i zapowiedzianych ruchach. Cofnięcie „reformy sześciolatków” niesie wiele problemów, np. zmniejszenie szans na znalezienie miejsca w przedszkolu dla trzylatków. Likwidacja godzin karcianych może ograniczyć części uczniów dostęp do zajęć pozalekcyjnych. Plan likwidacji gimnazjów również nie niesie realnej obietnicy wyrównywania szans, natomiast stan przejściowości i zagrożenia zwolnieniami nauczycieli nie tworzy dobrego klimatu dla efektywnej pracy z uczniem, zwłaszcza tym z trudnościami. Mając to na uwadze, z obawami spoglądam na tory, na które weszła polityka edukacyjna po ostatnim przesileniu politycznym. Nadaktywność w przewracaniu do góry nogami instytucjonalnych ram polityki oświatowej, a w dalszej kolejności także programu (zwłaszcza jeśli chodzi o przedmioty humanistyczne), może sprawić, że z pola widzenia znikną potrzeby i problemy uczniów w trudnej sytuacji. Warto, byśmy wyciągnęli naukę i przemyśleli to, zanim zadzwoni szkolny dzwonek. Oby był to dzwonek budzący do otwarcia się na realne wyzwania społeczne stojące przed polską szkołą, a także na rozsądne modyfikowanie dokonań poprzedników i podjęcie na nowo problemów, z którymi sobie nie poradzili. Czytaj więcej

Kate Aronoff
Kate Aronoff

O dobre zielone miejsca pracy

Wprowadzana po latach społecznych nacisków nowa polityka klimatyczna, w połączeniu z siłami rynkowymi, doprowadza do likwidacji rafinerii i elektrowni węglowych, a wraz z nimi miejsc pracy. W ciągu ostatniego roku liczba zatrudnionych przy wydobyciu gazu i ropy spadła o 18 procent, podczas gdy w sektorze energii odnawialnej wzrosła o 6 procent. O ile są to dobre wieści dla środowiska, to, jeśli chodzi o poziom uzwiązkowienia, cały proces może wpłynąć na jego zmniejszenie. Związkowcy rozpoczęli więc kampanię organizującą pracowników sektora czystej energii. W Kalifornii firmy wytwarzające i sprzedające energię odnawialną na skalę przemysłową są tworzone przy pomocy uzwiązkowionej siły roboczej, której zapewniają dobre stawki i dodatkowe świadczenia. Z kolei pracownicy montujący instalacje przydomowe są przeważnie nieuzwiązkowieni i działają w modelu bardziej „elastycznym”, wolnorynkowym. Średnie stawki monterów instalacji słonecznych na skalę przemysłową są o dwadzieścia procent wyższe niż zarobki monterów instalacji przydomowych. To właśnie instalacje przydomowe są jednym z najszybciej rosnących źródeł energii odnawialnej, co stwarza dobrą okazję dla związków. – Monterzy paneli mierzą się z tymi samymi wyzwaniami, co wszyscy inny nieuzwiązkowieni pracownicy – mówi Maria Somma, dyrektorka ds. organizacyjnych w USW. Wyzwania te to m.in. stawki niższe od przeciętnych, niepewność pracy, a także brak kolektywnej siły negocjacyjnej, potrzebnej, by zmienić obie powyższe kwestie. Ogólnie zarobki w sektorze energii słonecznej sytuują się znacznie poniżej tych w branży wydobycia i przetwórstwa gazu i ropy, gdzie lata zaangażowania związków zapewniły dobre wynagrodzenia i świadczenia licznym grupom pracowników. Według Bureau of Labor Statistics, mediana stawki godzinowej dla montera paneli słonecznych wynosiła w 2015 roku 18 dolarów, podczas gdy dla operatora rafinerii były to 32 dolary. Czytaj więcej

Zmądrzejemy?

W naszym kraju pewną popularnością wśród środowisk opiniotwórczych cieszy się pogląd, że nadzieja na poprawę warunków bytowych powinna być walutą zakazaną na politycznym i wyborczym bazarku. Takie „schlebianie ludowi” jest bowiem uznawane przez wyrazicieli tego poglądu za populizm, nierozsądne, krótkowzroczne, może nawet nieetyczne rozdawnictwo, które z pewnością musi skończyć się katastrofą budżetową. Konsensus wyrazicieli tego poglądu jest taki, że dokonanie bardziej wyrazistej redystrybucji jest po prostu niemożliwe – a nawet jeżeli możliwe, to przypomina ignorowanie sił grawitacji: po początkowym impecie dobrych chęci musi nastąpić bolesne sprowadzenie na ziemię. Doskonałym przykładem tego typu przekonań jest kwestia wprowadzenia dodatku 500+. Zwolennik konsensusu „ludzi rozsądnych” powie, że 500+ jest pustą obietnicą, która nie może być zrealizowana. Kiedy już ta obietnica się zrealizuje, z równą pewnością stwierdzi, że jest to tylko świetny aprioryczny dowód nadchodzącej katastrofy (…bo przecież jest niemożliwe). Wbrew wieszczom imposybilizmu, 500+ jest możliwe do sfinansowania w tym i kolejnym roku. Jeżeli rząd na własne życzenie nie rozchwieje budżetu, to przy progresywnych przesunięciach w podatku PIT uda się uczynić 500+ programem permanentnym, z którego nie zrezygnują również kolejne ekipy. W międzyczasie, dzięki efektom poprawy ekonomicznej sytuacji mniej zamożnych Polaków, możliwe będzie nie tylko takie zwiększenie spójności i stabilności społecznej, jakie wykluczy organizowanie impulsu zbiorowego przez mrzonki typu „Polexit” czy wojenki kulturowe, ale i umożliwi zbudowanie zaangażowanego, dobrze poinformowanego społeczeństwa obywatelskiego. Czytaj więcej

Lewica bez państwa, państwo bez lewicy

Pozwólmy sobie na śmiałe ćwiczenie wyobraźni. Za osiem, może dwanaście lat lewicowa partia wygrywa wybory parlamentarne i dochodzi do władzy. Do obsadzenia są nie tylko najwyższe urzędy ministerialne i miękkie fotele prezesów/prezesek spółek skarbu państwa. Okazuje się, że trzeba zarządzać całym aparatem administracyjnym III Rzeczpospolitej po plus/minus dwudziestu latach sterowania nim przez ugrupowania prawicowe. Trzeba zająć się nie tylko ministerstwem pracy i polityki społecznej, ochroną zdrowia i mieszkalnictwem, nie tylko resortami siłowymi, ale również Instytutem Pamięci Narodowej. Dodajmy do tego, że zwycięska lewica będzie musiała także spróbować zyskać choć częściową kontrolę nad agencjami obsługującymi wieś, przeniknąć mechanizmy działania tego, co zostanie ze służby cywilnej i licznych instytucji, takich jak terenowe oddziały Sanepidu, które dzisiaj właściwie dla nikogo nie istnieją. Wtedy przyjdzie także układać sobie relacje z sądownictwem i prokuratorami, z publicznymi mediami, celnikami. W publicystycznym skrócie: wyobraźmy sobie zatem moment, gdy lewica znów odpowiada za kształt rodzimej rzeczywistości. I do listy lektur koniecznie musi dodać pozycję Maxa Webera o biurokracji. To już nie miejski aktywizm, nie polityka na szczeblu samorządowo-lokalnym, już nie ruchy protestu, panele dyskusyjne, pikiety i marsze, skłoty, prekariacki/inteligencki żywot, już nie debata akademicka. To już nie tylko związki zawodowe jako ewentualny partner do dyskusji – ale również świat biznesu i ambasad obcych państw, świat giełdy, agencji ratingowych i tajnych służb, które skrupulatnie zbierają materiały na polityków i polityczki krajów sojuszniczych, neutralnych i wrogich. To również pytanie o to, czy – pozwolę sobie na metaforę – rządząca lewica znajdzie współpracowników i kadry, którzy pomogą kłaść i remontować szyny, otwierać dawno zamknięte dworce kolejowe, a może nawet zrobi deglomerację. Właściwie podjęcie już tylko tego jednego zadania byłoby czynem iście rewolucyjnym. Czytaj więcej

Wąskie przełyki

To miał być świetny sposób na oszczędności: wraz z przekształceniem stacji w przystanek znikają koszty związane z konserwacją urządzeń sterowania ruchem oraz utrzymaniem rozjazdów, torów dodatkowych i nastawni. Każda stacja przekształcona w przystanek to ponadto obcięcie przynajmniej czterech etatów dyżurnych ruchu. Polityka likwidacji „zbędnych” posterunków ruchu jest prowadzona na polskiej kolei konsekwentnie od ponad dwóch dekad: gdy po zmianie rozkładu jazdy okazywało się, że planowo na danej stacji nie mijają się pociągi, wówczas zapadała decyzja o jej przekształceniu w przystanek. W ten sposób zdegradowano setki stacji w całej Polsce. Dziś za te oszczędności przychodzi płacić wysoką cenę. Na liniach jednotorowych – w wyniku przekształceń „zbędnych” stacji w przystanki – powstały nawet kilkudziesięciokilometrowe odcinki bez możliwości minięcia się pociągów. Trudno w tej sytuacji mówić o wąskich gardłach – to już całe wąskie przełyki na sieci zarządzanej przez spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe. Czytaj więcej