OPINIE

A nie mówiłem?

Niesamowite! Co za odkrycia! Więc Obama jednak nie był mesjaszem amerykańskiej i światowej lewicy, tylko reprezentantem korporacji? Więc istnieje coś takiego, jak biała (!) klasa robotnicza (!), i klasa ta ma świadomość marginalizacji? Więc lewicowości nie da się zredukować do „tęczowej koalicji” opartej na kwestiach kulturowych? Szok. Istotą lewicowości było kiedyś to, co dziś nazywa się „populizmem”: lewica wypowiadała się w imieniu ludu, starała się artykułować interesy zwykłych ludzi, próbowała reprezentować plebejską większość. W dobie globalizacji wyrosła w pełni kosmopolityczna burżuazja, ponadnarodowe koncerny, którym jakiekolwiek bariery polityczne i kulturowe na globalnym rynku utrudniają maksymalizację zysków. Nowy kapitalizm wymaga maksymalnej mobilności jednostki, dlatego chce usunąć wszystko, co to utrudnia, unieważnić struktury społeczne takie jak rodzina, sąsiedztwo, naród. To wszystko sprawiło, że w latach 90. kapitalizm rozszedł się z nacjonalizmem i religią, kapitał odrzucił niepotrzebne mu już protezy. Lewica tego nie zauważyła, a jeśli nawet – to źle zinterpretowała. Nie dostrzegła, że w nowych warunkach nacjonalizm i religia mogą być instrumentami mobilizowania ludu. Zamiast tego postanowiła wykorzystać koniunkturę do załatwienia starych porachunków z nacjonalistami i kościołami. Goszyści stanowili tylko pomocniczy oddział turbokapitalizmu pacyfikujący niedobitki reakcji. I mamy do czynienia z żałosnym spektaklem, gdy zdezorientowani lewicowcy z mniejszym lub większym zapałem bronią status quo (Brexit) i solidaryzują się z establishmentem (Clinton) jako „mniejszym złem”, a prawicowcy stają na czele osieroconego ludu w walce o zmianę. Czytaj więcej

ostolski
dr Adam Ostolski

Trump, Clinton i walki klasowe w USA

Jak przestrzegał dawno temu Mark Twain, są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, wierutne kłamstwa i statystyka. W tym przypadku powyborcza statystyka używana jest często do okłamywania samych siebie. Tymczasem wygrana Trumpa to jeden z tych momentów, gdy naprawdę warto porzucić przywiązanie do utrwalonych narracji – czy to „pocieszających”, czy „przerażających” – i cierpliwie pochylić się nad danymi, aby bez uprzedzeń spróbować zrozumieć, co takiego się wydarzyło. Jeśli spojrzymy na kategorie dochodowe, okaże się, że biedni wprawdzie częściej głosowali na Clinton, ale w tej ostatniej grupie swing przechylał się na stronę Trumpa. Odwrotnie z bogatymi: częściej głosowali na Trumpa, ale swing był wyraźnie w stronę Clinton. Co istotne, najprawdopodobniej chodzi tu nie tyle o przepływy głosów, ile o spadek frekwencji – za ten efekt odpowiada nie tyle zmiana preferencji głosujących z Demokratów na Republikanów, co rezygnacja części demokratycznego elektoratu z udziału w wyborach. Wyglądałoby więc na to, że Trumpa pośrednio wybrali biedni nie-biali wyborcy. Nie dlatego, że na niego postawili, lecz dlatego, że nie stawili się gremialnie przy urnach, by wybrać Clinton. Dlaczego tak się stało? Niektórym odpowiedź wyda się oczywista: „Jak taka antypatyczna, siedząca w kieszeni Wall Street, establishmentowa kandydatka jak Hillary Clinton mogłaby w ogóle kogoś do siebie przekonać?”. Słabości kandydatury Clinton są dobrze znane, ale to jednak w najlepszym razie tylko część wyjaśnienia. Czytaj więcej

Bydłowozy i Gombrowicz – podróż przez wschód Polski

Mamy pocztówkę z kraju, który cofnął się do połowy ubiegłego wieku. Przejazdy powinny być reklamowane sloganem: „Tylko my zabierzemy cię w podróż w czasie”. Sama jazda bardziej przypomina doświadczenia z krajów byłego Związku Radzieckiego niż zachodnie standardy. To zresztą nie tylko wina taboru. O ile droga wojewódzka nr 835 jeszcze spełnia jakieś kryteria jakościowe (i jest właśnie modernizowana), to trudno o takich mówić, gdy w miejscowości Tarnawa Mała skręci się w lewo. Miejscowi się śmieją, że gdzieniegdzie wójt zwinął asfalt na zimę i zapomniał rozłożyć z powrotem. Gdy czasami opisuję na Facebooku swoje „przygody” z podróży, spotykam się z niedowierzającą reakcją znajomych z innych części Polski. „Ale przecież jest pendolino, darty, flirty”. Niestety, nie udało mi się załapać na te cuda techniki na trasach, które pokonuję. Te, zaledwie dwie, choć niestety powtarzalne sceny, ogniskują w sobie obraz transportu publicznego na wschodzie Polski. Tutaj, jeżeli nie masz samochodu, jesteś skazany na przemieszczanie się w warunkach, które są nie tylko dalekie od komfortu, ale i od godności. Tak, nie żartuję. Mówię to z pełną stanowczością. Uważam, że jestem zmuszony podróżować w warunkach, które uwłaczają ludzkiej godności. W XXI wieku. W Polsce z autostradami, ze szklanymi domami górującymi nad stolicą. Czytaj więcej

Misiewicze kontra Morawiecki

Koncepcja bardziej zaawansowanej aktywności państwa we wsparciu rozwoju gospodarczego jest kierunkiem nieuchronnym, jeżeli chcemy nadrobić dystans do krajów zaawansowanych, które takich instrumentów używały bądź używają. Fakt, że brakuje nam społecznej dojrzałości do wytworzenia instytucji i organizacji mogących w łatwy sposób sprostać temu zadaniu, nie oznacza, że nie powinniśmy się starać. W perspektywie kilku lat symboliczne niezręczności rządzących, takie jak awansowanie kadr przysłowiowej „Apteki w Łomiankach” na wysokie funkcje w gospodarce, mogą stać się idiomem zastępującym dyskusję o aktywności państwa w gospodarce. W połączeniu z nieuchronnymi niepowodzeniami niektórych aspektów „planu Morawieckiego” powstać może zbitka pojęciowa ośmieszająca nie-neoliberalne podejście do polityki gospodarczej. PiS, zapewne wbrew swoim intencjom, może uczynić prowadzenie wieloaspektowej polityki gospodarczej w przyszłości znacznie trudniejszym. Możliwe „wpadki” w zarządzaniu będą więc w pewnej mierze spowodowane wysokim poziomem trudności, lecz zła polityka kadrowa nada temu dodatkowy wymiar – niszczący zaufanie do możliwości pozytywnego wpływania przez państwo na procesy gospodarcze. Bez wątpienia część opiniotwórców o nastawieniu sceptycznym wobec obecności państwa w gospodarce wykorzysta tę okazję do wieszczenia klęski „projektu państwowego”. Największym przeciwnikiem Morawieckiego mogą się okazać jego właśni „sprzymierzeńcy”. Czytaj więcej

Trump a sprawa polska

Polski dyskurs publiczny jest wyjątkowo zideologizowany i/lub upartyjniony. Jeśli ktoś jest prawicowcem, najczęściej przyjmuje prawicowość z całym dobrodziejstwem inwentarza, z urzędu broniąc wszystkich, nawet najgłupszych, prawicowych pomysłów. Gdy ktoś jest lewicowcem, zwykle nie zastanawia się, czy na pewno wszystkie postępowe postulaty są uzasadnione i odpowiadają polskim warunkom – są według niego uzasadnione, bo tak już ustalono gdzieś na Zachodzie, a jeśli polskie społeczeństwo krzywo na nie patrzy, to tym gorzej dla społeczeństwa. Przez długi czas podziały te nie przenosiły się bezpośrednio na debatę na temat stosunków międzynarodowych. Niestety, druga dekada XXI wieku przyniosła w tej materii wyraźną zmianę na gorsze. Ideologiczne podziały zaczęły być wprost przenoszone na dyskusje o polityce zagranicznej Polski, a ideologiczne argumenty – odgrywać w tej debacie pierwszorzędną rolę. Prym pod tym względem wiedzie prawa strona, która przez lata chciała uchodzić za pragmatyczną zwolenniczkę realpolitik, w odróżnieniu od lewicowych idealistów. Tymczasem od pewnego momentu zaczęła gremialnie kibicować niebezpiecznym dla polskiego interesu prorosyjskim politykom z zagranicy, takim jak Le Pen we Francji, Hofer w Austrii czy ugrupowanie Alternatywa dla Niemiec. Zaczęła też fetować zdarzenia i procesy groźne dla Polski, takie jak Brexit czy dezintegracja UE. Kulminację tego absurdalnego procesu przyniosło zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA. Fakt, że prezydentem został kandydat jawnie prorosyjski oraz podważający bezwarunkowość NATO, będącego fundamentem polskiej architektury bezpieczeństwa, przestał mieć większe znaczenie – istotniejsze, że „liberalne elity” dostały po głowie. Tak, jakby szczęście lub nieszczęście CNN albo „New York Timesa” miało dla Polski większą wagę niż zgodnie działające NATO. Czytaj więcej

eugeniusz-temkin
Eugeniusz Temkin

Świńska sprawa

Podstawowa dziedzina polskiej gospodarki rolnej, tj. hodowla trzody chlewnej i bydła, od około 20 lat podlega ekspansji kapitału zagranicznego o charakterze kolonialnym. Pod koniec XX wieku na terenie Polski nastąpiła inwazja amerykańskiego koncernu Smithfield Foods. Rozpoczęła się od wykupu, po radykalnie zaniżonych cenach, świeżo zmodernizowanych zakładów mięsnych Animex. Następnym etapem była budowa olbrzymich ferm tuczu przemysłowego na terenach popegeerowskich, w zasadzie eksterytorialnych i często nawet nierejestrowanych przez administrację wojewódzką (co wykazała kontrola NIK z 2006 r.). Towarzyszyły temu duże konflikty na tle nieliczenia się koncernu z przepisami ochrony środowiska i zatruwania okolicznych mieszkańców. Głównym narzędziem ekspansji obcego kapitału w obszarze hodowli i eliminacji przez niego polskiej rodzimej gospodarki hodowlanej nie są jednak gigantyczne fermy tuczu przemysłowego, lecz wprowadzony ok. 2003-2004 roku system tuczu nakładczego (zwanego też tuczem kontraktowym). Polega on na tym, że do zbankrutowanego polskiego rolnika-hodowcy zgłasza się zagraniczna firma, która oferuje kredyt na rozbudowę chlewni. Następnie podpisywana jest umowa przewidująca dostarczanie do owej chlewni zakupionych zagranicą (najczęściej w Danii) warchlaków. Zadaniem polskiego hodowcy jest tucz warchlaków paszą dostarczoną przez zagraniczną firmę. Warchlaki i pasza są własnością tej zagranicznej firmy. Mimo iż pasza jest jej własnością, co zresztą precyzuje umowa, hodowca dokonuje fikcyjnego zakupu na podstawie fałszywej faktury wystawionej przez tę firmę. Jest ona podstawą do ubiegania się o nienależny zwrot VAT. Czytaj więcej

Pańska Polska (w ciągłej budowie)

Dwa, trzy lata temu, w rodzinnej wsi razem z sąsiadką wsiedliśmy do jednego z niewielu autobusów, który stamtąd wyjeżdżał. Sąsiadka jest po sześćdziesiątce, musiała coś załatwić w miejskim urzędzie oddalonym o kilkanaście kilometrów. Było około ósmej rano. Na miejscu byliśmy może pół godziny później. Autobus powrotny był po piętnastej. Spacerowałem po miasteczku, wpadłem do znajomych, do księgarni, wypiłem kawę, spacerowałem nad rzeką, poszedłem do lokalnej biblioteki z dostępem do internetu. Gdy wróciłem na dworzec autobusowy, sąsiadka już tam siedziała. Ponad sześćdziesięcioletnia kobieta spędziła na tym dworcu około pięciu godzin, czekając na powrotną komunikację. Na szczęście latem, na szczęście w bezpiecznej okolicy, na szczęście o własnych siłach. Dodam jeszcze, choć to niewiarygodne: tych parę lat temu komunikacja publiczna była tam nieco mniej zwinięta niż obecnie…Oto miara cywilizacji, miara realiów w państwie, w którym elity a to bronią wartości, a to demokracji – ale w swoim egoizmie warstwy uprzywilejowanej już dawno odwróciły się najmniej przyzwoitym otworem ciała do sporej części Polski. I co najwyżej potrafią się między sobą licytować, kto bardziej winien, kto zorganizował te urocze zawody w zwijaniu ładu instytucjonalnego i infrastruktury publicznej w ich różnych wymiarach. Ale przecież łatwo sprawdzić, choćby w Wikipedii, kto rządził pańską Polską w poszczególnych latach; łatwo sprawdzić, kto kiedy w jakiej był partii, na jakie hasła się powoływał i jakie to skutki miało w praktyce; łatwo też sprawdzić, jak opisywali rodzimą rzeczywistość i jakie podsuwali recepty wpływowi redaktorzy, publicyści, osoby opiniotwórcze, przeróżne autorytety, specjaliści od katolickich wartości i od europejskich standardów demokratycznych. Czytaj więcej