OPINIE

500 plus samochód

Dealerzy samochodów i analitycy rynku wiążą boom na używane auta z wejściem w życie rządowego programu „Rodzina 500 plus”, w ramach którego polskie rodziny co miesiąc otrzymują po 500 zł na drugie i każde kolejne dziecko. W ramach tegorocznej fali ściągane są do Polski głównie samochody najtańsze. Tegoroczny boom na używane samochody sprowadzane z zagranicy to kolejny etap wyraźnie widocznego od kilkunastu lat trendu wymuszonej motoryzacji. Wymuszonej z jednej strony słabym dostępem do pracy i usług na wsi i w mniejszych miastach, a z drugiej – fatalną ofertą transportu publicznego, która na wielu obszarach Polski nie zaspokaja nawet podstawowych potrzeb. W 2002 r. na 1000 mieszkańców naszego kraju przypadało 288,6 samochodów osobowych. Do 2014 r. wskaźnik ten wzrósł do poziomu 519,9 (dane Głównego Urzędu Statystycznego). Jak prognozuje Centrum Zrównoważonego Transportu, rok 2016 Polska zamknie wynikiem 612 samochodów osobowych na 1000 mieszkańców, znacznie przekraczając poziom „usamochodowienia” Czech, Francji, Niemiec, Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii. Aktualnie w Polsce – w ramach nowego etapu wymuszonej motoryzacji – decyzję o wejściu w posiadanie samochodu podejmują ludzie, których dotykał problem wykluczenia transportowego, ale dotychczas nie było ich stać na wydatki związane z zakupem i utrzymaniem choćby skromnego auta. Czytaj więcej

dario azzelini
Dario Azzellini

Jak pracownicy przejmują kontrolę w dobie kryzysu kapitalizmu

W lutym 2016 roku kilkunastu byłych pracowników zakładu obróbki drewna w niewielkiej greckiej miejscowości Patrida, około 60 kilometrów od Salonik, powiedziało „Dość!”. Od 2008 roku byli oszukiwani przez właścicieli. Obiecując rychłą wypłatę, szefowie nie wypłacali pracownikom pełnej pensji, zredukowali godziny pracy i ogłosili upadłość firmy – nie informując o tym oficjalnie. Sytuacja nie poprawiła się, a pracownicy nigdy nie ujrzeli swoich pieniędzy. W grudniu 2015 roku zakład został zamknięty. Dług firmy w postaci niewypłaconych pensji sięga obecnie 700 tys. euro. Pracownicy nie wierzą, że kiedykolwiek zobaczą należne im pieniądze. Zamiast tego, postanowili przejąć zakład i prowadzić go pod własną kontrolą. Robotnicy z Patridy robią to samo, co tysiące innych na całym świecie w ciągu ostatnich kilku lat kryzysu kapitalizmu. Zjawisko przejmowania zakładów pracy stało się najbardziej widoczne i znane w Argentynie, w odpowiedzi na kryzys z 2001 i 2002 roku – a następnie rozpowszechniło się na całym świecie. Na początku roku 2016 w Argentynie działało około 360 odzyskanych firm zatrudniających 15 tys. pracowników, co najmniej 78 odzyskanych zakładów zatrudniających 12 tys. pracowników w Brazylii i prawie 25 fabryk w Urugwaju. W Wenezueli istnieje kilkadziesiąt firm odzyskanych przez robotników, niektóre z nich są wspólnie zarządzane przez pracowników i lokalną społeczności, nieco takich inicjatyw pojawiło się też w Meksyku, Indiach i Indonezji. W czasie obecnego kryzysu około 60 zakładów zostało odzyskanych w Argentynie, około 25 w Wenezueli, kilka we Włoszech, Francji, Grecji, Bośni, Chorwacji, USA, Egipcie, Turcji oraz Tunezji. Czytaj więcej

Audiowizualny prozak, czyli o prawdziwej i nieprawdziwej Polsce

Kilka dni temu mój szef opublikował na Twitterze zdjęcie z RPA. Zostało zrobione z lotu ptaka. Widać na nim po lewej stronie dzielnice bogatych i klasy średniej, a po prawej slumsy, w których zamieszkuje biedota. Bardzo sugestywna fotografia wywołała reakcję użytkowników serwisu społecznościowego. „To jest podział na nierobów i nieuków oraz na przedsiębiorczych i zaradnych” – pisał jeden. „Nawet gdyby dać im te osiedla po lewej i kilkaset miliardów w gotówce, to za 5 lat lewa strona będzie wyglądać jak prawa” – dodał drugi. Znieczulica – można by powiedzieć. Do tego podszyta głupotą i neoliberalnymi bajkami o tym, że obie strony na starcie miały takie same szanse, przy czym jedna je wykorzystała i żyje w dobrobycie, a drugiej nie chciało się pracować i mieszka w slumsach. W tej narracji nie ma słowa o tym, że 1 na 5 osób w tzw. krajach rozwijających żyje za 1,25 dolara dziennie, a 836 milionów egzystuje w skrajnym ubóstwie. Nie ma też zdania o dysproporcjach płacowych, nierównym dostępie od edukacji itp. Z klipów nakręconych z pokładów dronów, ukazujących Polskę, wyłaniają się czerniące się autostrady i ekspresówki, okazałe warszawskie drapacze chmur, pięknie oświetlone zabytki. Niebo jest zawsze niebieskie, trawa soczyście zielona, a kłosy zbóż złote. Jak w telewizyjnej reklamie. Widać same pozytywy i żadnych negatywów. Ten sielankowy obraz jest fałszywy. To taki audiowizualny prozak. Czytaj więcej

Czyste ręce, brudne paznokcie

Myślę sobie, że właśnie po to powielacze powielały, solidaryce się solidaryzowały, szczekaczki wyszczekiwały, internaty internowały, po to kieliszki w Magdalence pociły się i fraternizowały, terapie szokowały, jedne gazety wyborczały, a drugie polszczały, żeby stare kobiety w tak pięknym kraju mogły wbijać lekko niepewny wzrok w resztki kolorowych napojów wielkich światowych kompanii spożywczych. Ale w sumie to krzepiące, jak po ludzku ciepłe i normalne jest wnętrze lokalnego baru mlecznego pełnego zwykłych ludzi, z których generałowie różnych armii chcieliby zrobić albo ciemną, niehigieniczną, propisowską tłuszczę, albo wmówić tym wszystkim Polkom i Polakom konsumującym mielone z ziemniakami i kapustą na ciepło, że najstraszliwsi są dla nich uchodźcy i francuskie problemy postkolonialne, a najlepszy – proruski straszny dziadunio Trump walczący z „homoterrorem”. Nie będę czcił żołnierzy wyklętych. Będę wspominał starego komunistę, który miał ule. Nie będę zachwycał się terapiami celebrytów, którzy czasem jeżdżą do Azji, by dowiedzieć się, jak smakuje biedne życie. Będę rzewnie myślał o płaczliwej staruszce z baru mlecznego na Bronowicach. 500+ przekona mnie tylko do 500+, a nie – na przykład – do polityki informacyjno-kulturalnej TVP po #dobrazmiana. Pogardzam ludźmi, którzy z domniemanych i realnych Polaków-biedaków zrobili chłopca do bicia w swojej wojence z rządzącą partią. Pogardzam ludźmi, którzy głosili hasełka o rodzinie na swoim, a równocześnie pozbawiali polskich rodzin infrastruktury publicznej, źródeł zarobkowania, wymuszając de facto na dzieciach tych ukochanych polskich rodzin trwałą emigrację zarobkową. To wszystko zrobili ludzie, których dziś znajdziemy i w PiS, i w KOD-owskiej opozycji. Patrzę na elity tego społeczeństwa: polityczne, kulturowe, biznesowe, są to elity i prawoskrętne, i lewoskrętne. Wszyscy mówią o sobie, że mają czyste ręce i zawsze dobrze chcieli. Tylko skąd mają tyle brudu za paznokciami? Czytaj więcej

Derucki
Marcin Derucki

Czyje są murale w Turku? Kilka słów o przestrzeni publicznej

Kiedy wieści o tym dotarły do opinii publicznej, w lokalnej społeczności zawrzało. Mieszkańcy (nie tylko młodzi) na wieść o tym, że mogą utracić coś, co wyróżnia Turek oraz daje poczucie dumy z miasta, zareagowali żywiołowo, dając upust swoim emocjom w mediach społecznościowych. Dopiero nagłośnienie sprawy oraz reakcja władz doprowadziła do tego, że zarządzono głosowanie door-to-door, przeprowadzone przez pracowników zarządcy (spółka miejska) wspomnianych wspólnot mieszkaniowych. Okazało się wtedy, że ponad 60% mieszkańców bloków z muralami chce ich odtworzenia. Pomimo pozytywnego (z punktu widzenia całej społeczności miasta) zakończenia tego konfliktu, sytuacja pokazuje, że często o estetyce i funkcjonowaniu przestrzeni ważnej dla wszystkich mieszkańców miasta decyduje mniejszość, która jest właścicielem danego zasobu. I nie zawsze musi się ona kierować tymi samymi pobudkami, co większość społeczności związanej z danym miastem. Nawet jeżeli udziałowcy wspólnot mieszkaniowych nie ponoszą żadnych negatywnych skutków ekonomicznych swojej decyzji, zawsze w grę mogą wejść negatywne emocje, niedoinformowanie, a także zwykłe braki w edukacji lub brak poczucia wspólnoty z innymi członkami społeczności. Czytaj więcej

Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy?

Dlaczego bowiem prawicowy PiS wygrał w ubiegłym roku wybory w Polsce? Odpowiedzi jest wiele, ale nie pomylę się, gdy napiszę, że stało się to również dlatego, że Polacy nie czuli się beneficjentami sukcesu, o którym trąbiła przez lata Platforma. Hasła socjalne z kampanii Prawa i Sprawiedliwości padły więc na podatny grunt. To taki polski paradoks, że partia na wskroś konserwatywna, ocierająca się czasem o narrację skrajnie prawicową, doszła do władzy z lewicowymi hasłami na sztandarach. Jeszcze smutniejsze jest to, że jednocześnie dla wielu przedstawicieli tej partii „lewactwo” to główne zło tego świata. Można zżymać się na media głównego nurtu za to, że obrzydziły lewicę Polakom, utożsamiając ją z SLD. Można irytować się na to ostatnie ugrupowanie, że z lewicy uczyniło – excuse-moi – nalepkę na sedes. Wszystko to musztarda po obiedzie. Lewicy bowiem dziś w parlamencie nie ma i niewiele wskazuje, że zmieni się to w najbliższej dekadzie. Jakaż to ironia losu, że prawicowa partia pobiła lewicę hasłami, które powinny być fundamentem tej ostatniej i jeszcze linczuje na poziomie semantycznym wszystko, co z lewicą ma się kojarzyć. Można mieć w głębokim poważaniu cały ten spór rozbijający się o nazewnictwo i definiujący strony politycznego konfliktu. W zasadzie każdy, kto wyczekuje utopii, jaką jest sprawiedliwość społeczna, powinien się cieszyć z pomysłów PiS, które śmiało można uznać za lewicowe. Problem w tym, że na jeden dobry lub przynajmniej zadowalający pomysł przypada dziesięć złych lub bardzo złych. Jakich? Czytaj więcej

Rok szkolny po zmianie

Jeśli wsłuchamy się w narrację obecnej władzy, zobaczymy, że kuleje społeczny wymiar myślenia o edukacji. Widać to także po pierwszych przeprowadzonych i zapowiedzianych ruchach. Cofnięcie „reformy sześciolatków” niesie wiele problemów, np. zmniejszenie szans na znalezienie miejsca w przedszkolu dla trzylatków. Likwidacja godzin karcianych może ograniczyć części uczniów dostęp do zajęć pozalekcyjnych. Plan likwidacji gimnazjów również nie niesie realnej obietnicy wyrównywania szans, natomiast stan przejściowości i zagrożenia zwolnieniami nauczycieli nie tworzy dobrego klimatu dla efektywnej pracy z uczniem, zwłaszcza tym z trudnościami. Mając to na uwadze, z obawami spoglądam na tory, na które weszła polityka edukacyjna po ostatnim przesileniu politycznym. Nadaktywność w przewracaniu do góry nogami instytucjonalnych ram polityki oświatowej, a w dalszej kolejności także programu (zwłaszcza jeśli chodzi o przedmioty humanistyczne), może sprawić, że z pola widzenia znikną potrzeby i problemy uczniów w trudnej sytuacji. Warto, byśmy wyciągnęli naukę i przemyśleli to, zanim zadzwoni szkolny dzwonek. Oby był to dzwonek budzący do otwarcia się na realne wyzwania społeczne stojące przed polską szkołą, a także na rozsądne modyfikowanie dokonań poprzedników i podjęcie na nowo problemów, z którymi sobie nie poradzili. Czytaj więcej