Wiecznie na walizkach na przykład dlatego, że zachowali na tyle smutnej przytomności umysłu i poczucia niezależności, że nie chcą wziąć kredytu na mieszkanie. Albo dlatego, że nie mogą otrzymać tego kredytu, bo przecież elastyczne formy zatrudnienia są tak wspaniale wolnościowe, tak sympatycznie antysocjalistyczne i niechybnie stymulują gospodarkę. Co prawda liberalni konserwatyści prawią prekariuszom o wartościach i wspaniałości rodziny, ale biedni trzydziestoletni wciąż są na brzegu stabilnego życia, bo ci sami liberalni konserwatyści głoszą apoteozę rynku, który zawsze ma rację. Prekariusze miast, miasteczek i wsi żyją zatem od jednej umowy cywilnoprawnej do drugiej w wynajętych pokojach i mieszkaniach albo wciąż siedzą kątem u rodziców, zdani na ich łaskę i niełaskę, ich kaprysy, rozczarowania i wypominania. A czasem pakują walizki i wyjeżdżają za chlebem. Mają dość praktycznych skutków płynnej ponowoczesności, którą tak zachwycają się w teorii, bo chcieliby choć trochę stać się konserwatystami: nawet w wolnym związku, nawet ze świeckim ślubem, ale wreszcie na dobre pod wspólnym dachem, z dzieckiem czy dwojgiem dzieci, z najmniejszym nawet oknem z widokiem na przyszłość i z przedszkolem na sąsiedniej ulicy.